Home



Tuesday, May 15, 2012

Biurokracja

Dlaczego płacimy coraz wyższe podatki? Ponieważ rośnie armia urzędników zajmujących się bezproduktywną pracą i to na nasz koszt. Co łączy Donalda Tuska z Barackiem Obamą i Martinem Shultzem? Ci trzej politycy reprezentują partie władzy, produkują coraz więcej regulacji utrudniających nam życie i coraz głębiej sięgają do naszej kieszeni. Z całą premedytacją rząd za pomocą kampanii reklamowych uzasadnia konieczność coraz dłuższego płacenia składek na ZUS. Jednak zamiast zmuszać obywateli, aby pracowali do utraty zdrowia i życia, państwo mogłoby oszczędzić miliardy złotych ograniczając liczbę urzędników i redukując liczbę przepisów prawnych krępujących ręce przedsiębiorcom. Biurokracja przecież nie dostarcza na rynek żadnego dobra. Utrudnia tylko normalne funkcjonowanie obywatelom, a na dodatek – słono kosztuje. Urzędnikami jest już ponad milion osób w naszym kraju. Od 2008 r. liczba zatrudnionych w administracji wzrosła o 150 tys. Ostatnie miesiące nowego-starego rządu nie pozostawiają złudzeń, że nasza administracja zajmuje się tylko posłusznym wdrażaniem unijnego prawa, bowiem już ok. 90 proc. prawa wdrażanego w Polsce, ma swoje źródło w Brukseli. A więc rosną podatki – akcyza na paliwa, tytoń, nowe podatki kapitałowe i obrotowe, wzrost VAT-u na niektóre produkty przemysłowe, podwyżki składek ZUS. Podatki rosną, można więc werbować nowych urzędników, którzy oddadzą swój głos w wyborach na tych, którzy ich zatrudnili, i tak w koło. Jest to jednak problem uniwersalny, związany z partyjnym sprawowaniem władzy. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie za prezydentury Baracka Obamy wzrasta liczba regulacji i kosztów związanych z ich wdrażaniem. W ciągu trzech lat jego prezydencji liczba nowych regulacji przekroczyła 100, co kosztowało podatników dodatkowe 46 mld dolarów rocznie. Analitycy Heritage Foundation oceniają liczbę wszystkich nowych przepisów na 10 215, co jest i tak jest lepszym wynikiem od administracji Bush’a, który analogicznym okresie zafundował rodakom o 459 aktów prawnych więcej. Administracja Obamy jest jednak bardziej uciążliwa dla podatnika, bo liczba zasadniczych zmian prawa za jego kadencji była ponad 4 krotnie wyższa. Rosną też koszty w Brukseli. Pomijając już wyliczenia jak rośnie europejskie Bizancjum, lepiej przyjrzeć się, czym zajmują się europarlamentarzyści. Ich ostatnie osiągnięcie to uchwała ukazujące coraz większą dyskryminację kobiet w związku z… globalnym ociepleniem. Pod tym kuriozalnym dokumentem podpisało się szereg posłów z Platformy Obywatelskiej, w tym m.in.: Jarosław Wałęsa, Janusz Saryusz-Wolski, Lena Kolarska-Bobińska czy Jacek Protasiewicz. Ten dokument będący szczytem zideologizowanego prania mózgu, które funduje się obywatelom krajów Europy, doszczętnie kompromituje pod względem intelektualnym i moralnym cały ruch związanych z hipotezą efektu cieplarnianego tworzonego przez człowieka. Według autorów jednak zwrócenie uwagi na ten niezwykle ważny przejaw dyskryminacji ma kolosalne znaczenie dla „przetrwania ludzkości”. Ponadto „uwzględnienie aspektu płci” stanowi nie lada okazję do „sprawiedliwszej walki ze zmianą klimatu”. Poszczególne tez są wręcz genialne. „Jeżeli związek między zmianą klimatu a kobietami wydaj się mało intuicyjny, to dlatego, że kobiety nie stanowią jednolitej grupy na całej kuli ziemskiej”. Ale to jeszcze nie koniec. „Tymczasem na całym świecie kobiety cierpią z powodu dyskryminacji, ponieważ są kobietami (…)”. Czy naprawdę do produkcji takich mądrości potrzebujemy Europarlamentu? Bez tego dobrze wiemy, że kobiety nie tylko ocieplają nam klimat, ale także rozweselają nasze serca, gdy mocą równouprawnienia zaczynają sprawować władzę. Artykuł ukazał się w NCzasie
Read more »

Wolność dla Internetu

Internet zmienił świat, nic dziwnego, że rządy i korporacje coraz śmielej chcą zawłaszczyć tę część rzeczywistości wyłącznie dla siebie. Sieć wczoraj i dziś W latach 70. ubiegłego stulecia, na potrzeby wojska stworzono pierwsze sieci komputerowe, będące zaczątkiem Internetu. Dziesięć lat później powstały protokoły definiujące sposoby adresowania (IP) oraz system DNS – wiążący numery komputerów z domenami. Kolejną dekadę zajęło uporządkowanie dokumentów hipertekstowych czyli WWW. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Powstały przeglądarki, komunikatory, skrypty. Prawdziwy boom na sieć rozpoczął się przed przełomem tysiąclecia. Internet zmienił nasz świat nie do poznania. Zmienił naszą gospodarkę, zarządzanie firmami, sposób komunikacji, handel i media, w czasie krótszym, niż to byliśmy sobie w stanie wyobrazić. Stało się tak dzięki przedsiębiorczości milionów ludzi oraz prywatnych firm, którzy na wolnym rynku dostarczyły setki tysięcy innowacyjnych produktów i usług. Podczas, gdy 200 lat temu blisko 90 proc. ludzi było rolnikami, 100 lat temu połowa pracowała w usługach i przemyśle, obecnie większość zajmuje się przetwarzaniem informacji. Jeszcze pół wieku temu 90 proc. informacji miało format, analogowy, dziś 90 proc. to zasoby cyfrowe. Na świecie jest ponad 8 mld stron, a z Internetu korzysta ponad 2 mld ludzi. W Polsce jest to ponad połowa populacji. W najbardziej skomputeryzowanych krajach Unii Europejskiej – Holandii, Luksemburgu, Szwecji, Danii, Niemczech i Finlandii – odsetek ten przekracza 80 proc. Blisko miliard użytkowników Internetu mieszka w Azji, dwukrotnie więcej niż Internautów w Europie. Globalny e-biznes Obecnie zarejestrowanych blisko 3,5 mld kont e-mailowych i 100 mln domen. Facebook może już niedługo liczyć 1 mld subskrybentów, a Twitter – ćwierć miliarda. W 2011 bilion razy odtwarzano klipy na You Tube, a 1,2 mld ludzi korzystało z mobilnego Internetu. To wszystko stało się przy minimalnym wkładzie rządów, a może ich największym wkładem było to, że uwolnili system i nie przeszkadzali w jego rozroście. Internet stał się błogosławieństwem dla gospodarki. Firmy z ociężałych molochów stały się przedsiębiorstwami prowadzącymi operacje biznesowe w czasie rzeczywistym. Przestały gromadzić niepotrzebne zapasy i z opóźnieniem reagować na potrzeby rynku, oszczędzając gigantyczne sumy i wydając je na kolejne innowacje. Sieć stała się jednak nie tylko źródłem oszczędności, ale także nowym kanałem zbytu. Obsługa klienta została przeniesiona w świat wirtualny, a aktywni użytkownicy zaczęli obsługiwać się w końcu sami, jak w supermarkecie. Globalna sieć pobudziła konkurencję i stworzyła nowe miejsca pracy. Kto miał pomysł, mógł stawać w szranki z dotychczasowymi liderami. Co z tego, że po spekulacyjnej bańce w 2000 r. w USA zbankrutowało 300 tys. firm technologicznych, skoro ich miejsce zajęły setki tysięcy innych. Za pomocą Internetu pracuje już kilkaset milionów ludzi, a w takich krajach jak Stany Zjednoczone, Holandia, Szwecja czy Finlandia – już 15 proc. zatrudnionych. Wielu ludzi, włącznie z piszącym te słowa, już dziś nie wyobraża sobie zarabiania na chleb powszedni bez sieci. Rozwój a ochrona praw własności Tak dynamiczny rozwój technologiczny nie byłby możliwy, gdyby nie ochrona praw własności, w tym własności intelektualnej. Firmy są obecnie właścicielami milionów patentów, a w typowym smartfonie ich liczba może przekraczać nawet 100 tys.! Problemem nie jest sama ochrona własności, lecz zbyt ogólne formułowanie zastrzeżeń patentowych, ograniczających konkurencję i rozwój. Największym właścicielem patentów jest Microsoft, który posiada ich ponad 185 tys., co jest liczbą szokującą, zważywszy, że firma działa niemal wyłącznie na rynku oprogramowania. Kolejny na liście jest Samsung, z 128 tys. patentów oraz Canon, H&P, Intel, które łącznie posiadają ich ponad 300 tys. Tendencją, która jest zauważalna jest kilkukrotnie mniejsza liczba przyznawanych patentów w stosunku do złożonych wniosków. Wiodące firmy za pomocą armii prawników, starają się za wszelką cenę wyeliminować konkurencje ze strony małych, niezależnych i dynamicznych firm. W presję mającą na celu ograniczenie wolności Internetu zaangażowane są także rządy, czego groteskowym przykładem jest forsowanie bardzo szkodliwych regulacji jak np. ACTA. Należy się jednak spodziewać, że także rządy będą w przyszłości coraz silnie nastawać na ograniczenie wolności globalnej sieci i to, a jest prawdziwe zagrożenie dla Internetu. Państwa pod rozmaitymi pretekstami chcą coraz bardziej kontrolować swoich obywateli. Chcą także coraz większego opodatkowania, a Internet jest dotąd niezagospodarowanym obszarem, mogącym stać się dodatkowym źródłem do złupienia. Chcą zniszczyć wolność Prawdziwym zagrożeniem, znacznie większym niż ACTA, jest więc tendencja do przejęcia przez rządy zarządzania rdzeniem Internetu czyli adresami IP oraz systemem DNS i rejestracji domen. Od wielu lat – Rosja, Chiny, Brazylia, Indie, RPA, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Tadżykistan, Uzbekistan czy Korea Południowa, starają się odebrać prawo do zarządzania strukturą sieci prywatnej, amerykańskiej spółce ICANN na rzecz przekazania jej uprawnień jednej z agend Organizacji Narodów Zjednoczonych – Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej. Ta grupa autorytarnych reżimów, wspomaganych przez kraje rozwijające się chce skończyć z wolnością Internetu dla swoich celów. Nadrzędnym celem jest ograniczenie wolności i cenzura. Rosja czy Chiny nigdy nie kryły swoich totalitarnych zapędów w zakresie likwidacji wolności obywatelskich. Cyfrowa inwigilacja w tych krajach to codzienność. Innego rodzaju motywacją jest pokusa opodatkowania Sieci i umożliwienie firmom telekomunikacyjnym z tych krajów pobieranie dodatkowych opłat za międzynarodowe połączenia internetowe. Niewykluczone, że rządy będą w ten sposób ograniczać konkurencję i zmuszać internautów do korzystania z lokalnych usług i treści. Internet nie potrzebuje zmian, a jeśli tak, to tylko w stronę liberalizacji i wolnego rynku. Totalitarne zapędy wielu krajów – mogą przeszkodzić jego dalszej ekspansji. Jeśli projekt upaństwowienia Internetu znajdzie poklask u lewicowych polityków Unii Europejskiej czy w Stanach Zjednoczonych – wolność globalnej sieci przejdzie do historii. Artykuł ukazał się w NCzasie
Read more »

Monday, April 16, 2012

O co walczymy?

Polska chce renegocjacji Pakietu Klimatycznego, ponieważ politycy zdali sobie sprawę, że uwikłali się w realizację interesów gospodarczych obcych państw i w obecnej formie jest on zabójczy dla gospodarki.

Polska jako jedyny kraj nie zgodziła się na zaostrzenie kryteriów Pakietu Klimatycznego przez prezydencję duńską. Duńczycy zaproponowali 80 proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz zakaz używania paliw kopalnych w energetyce. Byłoby to destrukcyjne nie tylko dla polskiej gospodarki, ale dla poszczególnych gospodarek krajów europejskich. Aby dokładnie zrozumieć motywy naszego kraju, a także determinację krajów, które próbują narzucić odgórne i radykalne cele ekologiczne, trzeba zdać sobie sprawę, jakie interesy i jakie racje stoją za stanowiskami konkretnych krajów Unii Europejskiej.

Rola węgla w energetyce

Według World Energy Council zasoby węgla kamiennego na świecie szacowane są na 860 mld ton, z czego ponad 272 mld ton przypada na Europę i Eurazję. Największe pokłady węgla znajdują się w Stanach Zjednoczonych – 27 proc. i Rosji – 17 proc., a w Europie – na Ukrainie – 3 proc. i w Polsce, gdzie leży 2 proc. globalnych zasobów węgla. Zasoby węgla kamiennego i węgla brunatnego wystarczą na ok. 250 lat, czego nie można powiedzieć o ropie naftowej i gazie ziemnych, których może zabraknąć już za pół wieku.
Według World Coal Institute Polska, obok RPA, należy do najbardziej uzależnionych od węgla krajów świata. Ze spalania paliw kopalnych uzyskuje się ponad 90 proc. energii elektrycznej. Niewiele mniej od węgla zależne są Chiny, Australia, a także Kazachstan, Indie, Izrael czy Czechy. Globalną potęgą węglową są więc Chiny, gdzie produkcja węgla w ciągu ostatniego półwiecza zwiększyła się stukrotnie. Europa jest trzecim po Chinach i Stanach Zjednoczonych największym rynkiem węgla na świecie, co trzeba zaznaczyć, coraz bardziej zależnym od importu tego surowca.
Polska jest największym w Europie i 9. na świecie producentem węgla. Według danych Ministerstwa Gospodarki w 2010 r. wydobycie wyniosło 76 Mt. To prawie trzykrotnie mniej od Rosji i 38 razy mniej od Chin. Rosjanie, obok Indonezji i Australii są największymi eksporterami surowca, a największymi importerami w Europie są Niemcy i Wielka Brytania. Polska stała się także importerem węgla – głównie z Rosji, ale ze względu na coraz bardziej skomplikowane warunki wydobycia, rosyjski przemysł węglowy jest w dużej mierze zależny od importu polskich maszyn górniczych.
Węgiel po ropie naftowej jest drugim pod względem ważności surowcem energetycznym świata. Jednak jak donosi Financial Times, popyt na energie wytwarzaną z węgla jest równie sumy popytu na energię pochodzącą z innych źródeł – gazu, ropy naftowej, atomu i zasobów odnawialnych. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, mimo przyjętych założeń, popyt na węgiel w Europie nie będzie malał, ani w krótkiej, ani w średniej pespektywie czasowej.

Polska nie zrezygnuje z węgla i gazu

Jest jasne, że dla takiego kraju jak Polska, zredukowanie zależności energetycznej od węgla z 90 proc. do nawet 20 proc. w 2050 r. jest po prostu niemożliwe. Oznaczałoby to zapaść całej gospodarki – drastyczny spadek PKB, horrendalną podwyżkę cen energii, a rezultacie bankructwo wielu przedsiębiorstw, masowe bezrobocie, zwiększone wydatki socjalne państwa, co mogłoby prowadzić do scenariusza znanego z Grecji. Już teraz wskutek rosnących cen energii, wiele polskich rodzin nie stać na płacenie rachunków za prąd czy gaz. Realnie rzecz biorąc możliwa jest natomiast stopniowa dywersyfikacja wytwarzania energii. Trzeba jednak powiedzieć jasno – polityka Unii Europejskiej, bazująca na dogmacie walki ze zmianami klimatu i zmuszająca kraje członkowskie do podporządkowania się dyrektywom wymyślanym w Brukseli jest błędna i szkodliwa dla gospodarek wszystkich krajów członkowskich.
Dotychczas energia wytwarzana ze spalania węgla kamiennego należała do najtańszych. Tymczasem unijna „dekarbonizacja” energetyki oznacza dla naszego kraju nakładanie nowych podatków na przemysł wydobywczy i konsumentów. Od stycznia bieżącego roku obowiązuje akcyza na węgiel i koks do celów opałowych, co zwiększy koszt konsumpcji węgla o ok. 10 dolarów za tonę.
Według przyjętej strategii, dywersyfikacja koszyka energii w Polsce będzie dryfować w stronę nowych siłowni korzystających z gazu ziemnego, co najmniej dwóch elektrowni jądrowych oraz elektrowniach bazujących na źródłach odnawialnych. Nie może być mowy jednak o jakiejkolwiek rewolucji czy rezygnacji z węgla. Radykalna zmiana zasilania energią całej gospodarki, z przyczyn praktycznych i ekonomicznych, nie może przebiegać tak, jak życzyłaby sobie tego Unia Europejska.
Bardzo duże nadzieje wiązane są w Polsce z wydobyciem gazu ziemnego i ropy naftowej ze źródeł niekonwencjonalnych. W Stanach Zjednoczonych, dzięki eksploatacji gazu łupkowego ceny cen gazu spadły o 85 proc. od roku 2005, a kraj stopniowo uzyskuje suwerenność energetyczną. Według koncernu BP USA osiągną samowystarczalność w zakresie wytwarzania energii już w 2030 r.
Tym samym torem chce iść Polska. Najnowsze badania Państwowego Instytutu Geologicznego ukazują realne zasoby gazu z łupków bitumicznych w Polsce na blisko dwa biliony metrów sześciennych. Mimo, że poprzednie prognozy były dużo bardziej optymistyczne, obecne zasoby wystarczyłyby nawet na 200 lat produkcji przy niezmienionym poziomie konsumpcji.

Dlaczego Unia naciska?

Mimo, że zarówno spalanie gazu, jak i siłownie jądrowe gwarantują znaczne obniżenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, czego tak usilnie domaga się Bruksela, poszczególne kraje – głównie Niemcy oraz Francja, protestują przeciwko budowie elektrowni jądrowych w Polsce oraz starają się wszelkimi drogami prawnymi zablokować eksploatacje gazu łupkowego w Europie.
Lęk przed energią atomową podsycany jest niedawną katastrofą w Fukushimie. Podobnie przeciwko gazowi łupkowemu wysuwane są argumenty ekologiczne. Jednak, aby poznać prawdziwe tło narzucania Polsce przejścia z energetyki węglowej na energetykę odnawialną, należy poznać interesy ekonomiczne krajów o najsilniejszej pozycji politycznej w UE.
Polityka klimatyczna jest forsowana przez kraje, które są liderami w dziedzinie technologii energetyki odnawialnej. Wyjątkiem jest Francja, gdzie ponad 78 proc. energii wytwarzają siłownie jądrowe.
Według Eurostatu produkcja energii z biomasy w 2010 to ok. 230 TWh. Jednak zwiększenie udziału tego typu surowców w koszyku energii jest już niemal wyłącznie możliwie przy zagwarantowaniu stabilnego importu, co kłóci się z europejską polityką zrównoważonego rozwoju – bowiem nie można efektywnie kontrolować wszystkich upraw, co prowadzi do częstych sporów z partnerami handlowymi, głównie z Azji (np. kontrowersyjne ograniczanie importu olejów palmowych).
Jeśli chodzi o energię pozyskiwaną z farm wiatrowych czy za pomocą ogniw fotowoltaicznych, to praktycznie w takich krajach jak Dania, Holandia czy Niemcy, kurczą się tereny, gdzie takie nowe elektrownie mogłyby powstawać. Pozyskiwanie ziemi pod farmy staje się coraz droższe – w Danii od 2003 r. nie udało się dokonać większych przyrostów mocy z elektrowni wiatrowych zlokalizowanych na lądzie. Podobny regres obserwuje się w Niemczech, gdzie z kolei zbyt słabe okazały się warunki wiatrowe i wiele inwestycji rozczarowało.
Wskutek powyższego, czołowe europejskie firmy – do niedawna najwięksi w świecie producenci turbin wiatrowych i ogniw fotowoltaicznych muszą szukać nowych rynków zbytu. Największym i najbardziej obiecującym dla nich rynkiem jest Polska. Według Urzędu Regulacji Energetyki liczba zainstalowanych mocy elektrowni wiatrowych przekroczyła w ubiegłym roku 1000 MW. Widząc potencjał rynku, wielu producentów uruchomiło w naszym kraju zakłady produkcyjne elementów wież i turbin wiatrowych.

Postęp opłacany z kieszeni podatnika

Powody, dla którego niemieckie, duńskie i hiszpańskie firmy zainteresowane są Polską jako rynkiem zbytu dla ich technologii, są właściwie dwa. Pierwszy to przymusowa realizacja przez nasz kraj unijnej polityki wobec zmian klimatu, zawartej w Pakiecie Klimatycznym. Kolejny to rządowe wsparcie dla projektów ekologicznych, czyli innymi słowy wspieranie zbytu zachodnich producentów pieniędzmi z kieszeni podatników.
Zyskują na tym największe światowe koncerny – producenci turbin wiatrowych z Niemiec, Danii i Hiszpanii, których można wymienić z nazwy. Opór przed sztucznie nakręcanym popytem wymuszany przez Unię Europejską, kosztem dobrobytu milionów polskich rodzin, musi budzić zrozumienie.
Jest jeszcze jeden aspekt, który uzasadnia determinację Niemiec czy Danii w zmuszaniu polskich podatników do zakupu produktów pochodzących z tych krajów oraz niewycofywanie się Unii Europejskiej z coraz bardziej skompromitowanej polityki klimatycznej.
Unia Europejska powoli zostaje wypierana z globalnego rynku energii odnawialnej przez firmy azjatyckie. Według raportu „Energetyka wiatrowa w Polsce, Europie i na świecie”, firmowanego przez Polską Agencję Inwestycji Zagranicznych, największym producentem energii z wiatru są Chiny, gdzie łączna moc elektrowni wiatrowych wynosi 44,7 GW, co stanowi 22,7 proc. światowego udziału. Tym samym firmom z Europy po piętach depczą już tacy giganci jak chińskie Sinovel, Goldwind, Dongfang Energy czy indyjski Suzlon. W 2010 r. Chińczycy zanotowali prawie 50 proc. wzrost przyrostu mocy z farm wiatrowych, podczas, gdy w Danii wyniósł on zaledwie 1,6 proc., w Hiszpanii 4 proc., a w Niemczech 5,6 proc. Powyższe całkowicie wyjaśnia desperacką postawę tych krajów wobec politycznego oporu Polski wobec Pakietu Klimatycznego.
Nadszedł więc czas na rewizję polityki klimatycznej Unii Europejskiej nie tylko dla Polski, ale także dla wszystkich krajów Europy, które w dobie kryzysu finansowego, muszą się zmagać z nieodpowiedzialnym narzucaniem wyśrubowanych strategii ekologicznych państwom narodowym.
Obecnie należy domagać się pełnej odpowiedzi na forum publicznym na następujące pytania: na jakich postawach naukowych formułowana jest polityka wobec zmian klimatu, jakie efekty przyniosła dotychczasowa polityka klimatyczna oraz jakie skutki gospodarcze wynikają z jej wdrażania.
Tylko odpowiedź na te trzy pytania pozwoli poznać prawdę i rzeczywiste motywacje, którymi kierują się politycy.

Artykuł ukazał się w "Najwyższym Czasie!"
Read more »

Thursday, April 12, 2012

Czas na wolny handel!

Pakiet klimatyczny tylko pogłębi kryzys socjalny w Europie. Czas na globalizację – wolny handel z całym światem.

Uzależnieni od socjalu

Politycy Unii Europejskiej zachowują się jak uzależnieni. Zamiast przyznać się do swojego problemu – wypierają się tego i agresją reagują na każde zwrócenie uwagi, że nie kontrolują już złudnego wyobrażenia o sobie, jakie stworzyli przez ostatnie dziesięciolecia.
Podobnie jak każdy kto ma problem z alkoholem, intruza, który próbuje zakłócić im komfort picia, traktują jako wroga i zamiast argumentów, próbują zdyskredytować go w swoich oczach.
Dyskusja wymaga jakichkolwiek relacji, natomiast nie ma argumentów dla przyzwyczajonego do życia na lekkim rauszu, któremu kończy się zapas piwa i wódki, a któremu próbuje się zabrać ostatnią butelkę. Ponadto taki ktoś nie ma odwagi zmierzyć się ze swoim problemem, bo wymaga on nie tylko realnych zmian, ale musi wiązać się z porzuceniem ułudy, że jest się kimś wyjątkowym i lepszym od innych.
Niestety tak zachowują się wszyscy uzależnieni, w tym uzależni od socjalu. Widzieliśmy już agresywnych protestujących, którzy nie cofali się przed przemocą, aby ów socjal zachować. Widzieliśmy już polityków, którzy najpierw brnęli w zaparte, potem kłamali, że nie ma żadnego problemu, a potem z lękiem przed konsekwencjami, pompowali w gospodarkę kolejne miliardy, wyrzucane w błoto.
Ponadto swoich adwersarzy nie traktowali poważnie, ewentualnie ich strasząc. Przekonywali, że socjalny raj, który stworzyli, przetrwa na wieki, aby potem przekonać się, że spokój i stabilizacja, bardzo pozorna jest tylko krótkotrwałym kłamstwem.
Podobnie jak uzależniony prędzej czy później spowoduje wypadek, albo dostanie wylewu, tak samo nie obyło się z gospodarką Grecji, którą dopiero co musiano reanimować, a już w kolejce ustawiają się kolejni delikwenci.

Klimatyczna trucizna

Niestety trafiają się i tacy specjaliści, którzy uważają, że trzeba leczyć wódkę heroiną. Więc szybko znaleźli się znachorzy, którzy zaproponowali, żeby pod przymusem takie kraje jak Niemcy czy Francja wzbogaciły się kosztem europejskich peryferii z Polską na czele. Producenci turbin wiatrowych czy siłowni jądrowych, mają zastąpić polskie kopalnie i elektrownie i uzależnić je od siebie.
Takie są bowiem realia forsowanego obecnie Pakietu Klimatycznego, który nie tylko zakłada redukcję emisji dwutlenku węgla o 80 proc. do 2050 r., ale także zakaz używania paliw kopalnych, a więc nie tylko węgla, ale także gazu ziemnego, do wytwarzania energii. Co więcej, ze strony polskiej pakt ów wetują ci sami politycy, którzy go przedtem ratyfikowali. Nie trzeba tłumaczyć, że jest to jeden z najdłuższych centralnych planów w historii świata, a udział dwutlenku węgla w składzie atmosfery jest śladowy.
Nie trzeba też nikogo w Polsce przekonywać, że podawanie heroiny alkoholikowi może zakończyć się przyspieszeniem agonii. Niestety, jeśli Pakiet Klimatyczny wejdzie w życie, w takim kształcie jak pierwotnie zakładano, oznacza to bankructwo wielu firm, spadek PKB, wzrost bezrobocia i wzrost wydatków socjalnych państwa. W Polsce nie ma przyzwolenia na taką politykę i doprawdy już rzadko kto wierzy w hipotezę antropocentrycznych zmian klimatu.
Z drugiej strony sprawy zaszły już tak daleko, że nie wyobrażam sobie, w jaki sposób w obecnych realiach europejskiej polityki, można zatrzymać te szalone postulaty dekarbonizacji i degazyfikacji gospodarki. Obawiam się, że polityczne ambicje obecnie rządzących, mogą za chwile pokazać, że ów opór był jedynie pozorny.

Prawda wyzwala

Dla uzależnionego jest jednak ratunek. Jest nim prawda, która wyzwala. Jeśli uzależniony przyzna się do swojej słabości, może liczyć na zmianę i sukces.
Kraje europejskie muszą więc wyznać, że ich uzależnienie od socjalu to nałóg, a wyjść z kryzysu pomoże im tylko wolna gospodarka. Szczególnie wolny handel z całym światem, w dobie globalizacji, odejście od szkodliwych praktyk protekcjonistycznych oraz interwencjonistycznych, ceł i taryf, może uzdrowić gospodarkę Unii Europejskiej.
Na niedawnej konferencji Instytutu Globalizacji w Parlamencie Europejskim, Signe Ratso, Dyrektor Strategii Handlu w Komisji Europejskiej, przyznała, że wolny handel jest kluczową częścią strategii unijnej strategii rozwoju, a Wspólnota pozostaje największym blokiem handlowym na świecie. Ponadto 36 mln miejsc pracy na Starym Kontynencie zależy właśnie od możliwości prowadzenia handlu z resztą świata. Nietrudno zauważyć, że UE po liberalizacji swojej strategii i większym otwarciu na globalizację zwiększyłaby liczbę miejsc pracy o kolejne miliony.
Protekcjonizm przynosi coraz mniejsze korzyści podatkowe. Według prognoz unijnych, eksporterzy nie zapłacą nawet więcej niż 1,6 mld euro z tytułu ceł w bieżącym roku. Jeszcze większe szkody przynoszą cła importowe, zwłaszcza te motywowane względami ekologicznymi np. na papier czy biopaliwa. Znacznie większe korzyści osiągaliby europejscy konsumenci, gdyby mieli większy wybór produktów, zyskując także na konkurencji cenowej. Niestety protekcjonistyczne działania rządów (głównie z krajów o dominującej pozycji politycznej we Wspólnocie), przynoszą więcej szkód niż pożytku.
A czasu pozostaje niewiele. Unia Europejska będzie musiała stawić czoła rzeczywistości gospodarczej. A nie jawi się ona dla UE w różowych barwach. Już wkrótce kraje azjatyckie zdominują globalny handel. Już w 2015 r. 90 proc. wzrostu gospodarczego na świecie będzie wygenerowane poza Europą. To chyba już ostatni sygnał ostrzegawczy, aby cokolwiek zmienić.

Artykuł ukazał się w "Najwyższym Czasie!"
Read more »

Friday, March 30, 2012

Wojna o Cato Institute

Jeden z największych filantropów prawicy poprosił nagle o rachunek. Rodzina Koch zniesmaczona polityczną poprawnością obecnego zarządu, stara się odzyskać najbardziej wpływowy libertariański think-tank: Cato Institute.

Tego chyba nikt się nie spodziewał. Ceniąca niezależność myśli i poglądów Ameryka ze zdziwieniem przygląda się prywatnej wojnie jednych z największych darczyńców wolnościowych – braci Koch, z ich najukochańszym dzieckiem – Instytutem Katona. Waszyngtoński Cato Institute to bez wątpienia najbardziej wpływowy libertariański ośrodek spraw publicznych. Dysponując rocznym budżetem w okolicach 20 mln dolarów, placówka prowadzi działalność analityczną, dostarcza wydawnictw, ekspertyz i komentarzy w dziedzinie polityki publicznej. Notuje ok. 2,5 tys. cytowań rocznie, co stawia ją w pierwszym szeregu amerykańskich think-tanków obok konserwatywnych Brookings Institution, American Enterprise Institute czy Heritage Foundation.
Cato został założony przez Charlesa Kocha w 1974 r. we współpracy m.in. z Murrayem Rothbardem. Cato prezentuje raczej skrajne podejście do libertarianizmu, optując za pełnią wolności wyboru jednostki, deregulacją gospodarki, wycofaniem się USA z prowadzenia aktywnej militarnie polityki zagranicznej, opowiadając się także za zakończeniem wojny z narkotykami oraz legalizacją związków gejowskich
Rodzina Koch jest właścicielem drugiej pod względem przychodów prywatnej korporacji w USA – Koch Industries Inc., generującej 25 mld dolarów wpływów netto. Firma inwestuje w chemię, nowe technologie, surowce naturalne i usługi. Firma jest właścicielem znanych globalnych marek takich jak Lycra czy Quilted Northern. Oprócz Cato, Kochowie wspierają także Institute for Humane Studies czy George Mason University, kuźnię wolnorynkowych ekonomistów, wspominając tylko laureatów Nagrody Nobla: Jamesa M. Buchanana i Vernona L. Smitha.
Co wpłynęło na konflikt między udziałowcami (bracia David i Charles posiadają połowę udziałów) tej zacnej placówki? Obrońcy obecnego zarządu mówią, że Kochowie żądali większego zaangażowania placówki w walkę polityczną z administracją Obamy. Dotychczas ośrodek wzdragał się przez angażowaniem się w politykę, przestrzegając w dość histeryczny sposób, że jeśli naciski się zwiększą ten niezależny libertariański think-thank zostanie wkrótce wepchnięty w machinę neokonserwatystów związaną z Partią Republikańską.
Co zastanawiające, w mainstreamowej prasie od New York Times po Washington Post zaroiło się od spekulacji. Na fecebook’u powstała nawet strona w obronie instytutu: Save Cato. W dyskusji zaczęło brać udział coraz więcej osób związanych z placówką.
Przeciwnicy Kochów zauważają, że odzyskanie pełnej kontroli nad Cato przez jego fundatorów negatywnie wpłynie na poziom amerykańskiej debaty publicznej. Cato może stać się tubą Republikanów w nadchodzących wyborach. Sam instytut do tej pory nie chętnie angażował się w bieżącą politykę krytycznie podchodząc do rządów obu partii. Dla Amerykanów próba wpływania na niezależność ośrodków eksperckich przez korporacje jest zamachem stanu na wolność słowa i niezależność poglądów.
Nie są jednak znane wszystkie faktyczne przyczyny konfliktu rodziny fundatorów z obecnym prezesem Cato i jednocześnie jego udziałowcem Edem Crane. Generalnie libertarianie ostro krytykują związki dużego biznesu z polityką, co może być nie w smak udziałowcom, którzy w swojej działalności muszą konfrontować się z administracyjnymi regulacjami.
Bracia Koch, nie tłumaczą się przed opinią publiczną ze swych poczynań. Cato to w końcu ich dzieło. Prawo stoi po ich stronie, więc je egzekwują. Argumentują także, że Cato skręca w stronę ideologicznych preferencji zarządu, zaniedbując uniwersalną misję stania na straży wolności jednostki, wolnego rynku i dobrowolności zawierania umów. Crane w obecnej kampanii prezydenckiej wspiera Rona Paula. Kochowie za wszelką cenę chcą odsunąć od władzy Obamę. Większe szanse mają na to politycy republikańscy, być może jest to jeden z aspektów toczącego się konfliktu. Przeciwnicy Kochów wytykają, że inne organizacje wspierane przez braci, nazywali George’a W. Busha „człowiekiem o nadzwyczajnej wizji i błyskotliwości, graniczącej z geniuszem”, co kontrastuje np. z izolacjonistycznym podejściem Cato do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Libertarianie bardzo głośno krytykowali Amerykańską agresję na Irak. Jednak, jeśli takie zdanie wycieka do prasy i jest używane w debacie, z dużą dozą prawdopodobieństwa mamy do czynienia z manipulacją i przedstawienia rodziny Koch w złym świetle – jako konserwatywnych fanatyków, którym politycznym idolem jest Bush.
Jedno jest pewne. Na przedłużającym się konflikcie w rodzinie, Cato Institute traci swoją długoletnią reputację. Traci coś bezcennego, a wyłania się inne, czego nie będzie można szybko zamieść pod dywan. Presja fundatorów może przynieść tylko szkody organizacji. Ale znacznie gorszym, wręcz kompromitującym posunięciem jest przeniesienie przez obecny zarząd konfliktu na forum publiczne. Brak porozumienia między akcjonariuszami jest niewybaczalnym błędem i przyczynia się wyłącznie do zaognienia kryzysu. Dla opinii publicznej konflikt może oznaczać wycofanie poparcia, a trzeba przypomnieć, że instytut utrzymuje się głównie ze składek indywidualnych donatorów. 77 proc. budżetu pochodzi właśnie od pojedynczych darczyńców.
Z jednej strony oczywiście można krytykować zbyt duży apetyt przedsiębiorców aby mieć jak największy wpływ na opinią publiczną, jednak z drugiej, nie można się dziwić, że fundatorzy chcą mieć coś do powiedzenia w założonej przez siebie organizacji.
Osobiście uważam, że Cato nie jest efektywnie zarządzane np. w zakresie dystrybucji informacji. Instytut Globalizacji otrzymuje z Cato tak dużo różnych broszur i wydawnictw (nawet kilka razy tygodniowo w osobnych przesyłkach dla kilku adresatów), że najzwyczajniej nie jesteśmy tego wszystkiego przeczytać. W dodatku, skoro są to głównie sprawy dotyczące wewnętrznych niuansów gospodarki USA, gazetki zwykle lądują bezpośrednio w koszu. Wygląda więc na to, że zarząd chce się wykazać przed donatorami, że robi dużo, nie licząc się przy okazji z kosztami.
Chciałbym zwrócić uwagę także na jeszcze jeden, być może kluczowy wątek tego konfliktu, bo jeśli w New York Timesie czytamy, że jest to spór wyłącznie o kasę i władzę to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością jego tło może być zupełnie inne. Według mnie jest to konflikt o wyższe wartości. Bracia Kochowie są podobno rzymskimi katolikami i mogą mieć dość libertariańskiego permisywizmu intelektualistów z Cato, zwłaszcza w sprawie aborcji czy związków gejowskich.
Cato jest wyraźnie poprawny politycznie. Nie jest tajemnicą, że wielu prominentnych działaczy instytutu jest sodomitami, na czele z wiceprezesem Davidem Boazem, autorem bardzo promowanej przez lewicujących libertarian w Polsce książki pt. „Libertarianizm”. Jak ujawniła mi osoba związana z placówką, przez wiele lat „partnerem” Boaza była inna gwiazda Cato – Tom Palmer. Obaj są umiarkowanymi działaczami na rzecz pederastii, aktywnymi raczej na forach internetowych i w publicystyce, bezkompromisowo wspierają jednak działania na rzecz legalizacji związków homoseksualnych.
Konflikt o Cato może więc wyglądać zupełnie inaczej, niż próbują to rozdmuchać zwolennicy różnorodności i dość specyficznie rozumianej wolności. Niewykluczone, że bracia Koch mają dość sytuacji, gdy ufundowana przez nich organizacja, zamiast zajmować się wolną gospodarką, stała się narzędziem realizowania polityki własnych preferencji członków zarządu. Tak interpretowałbym oficjalne wypowiedzi fundatorów.
Można więc być pewnym, że ostra reprymenda i większe zwrócenie się ku tradycyjnym wartościom wyszłaby ostatecznie tej zacnej organizacji na dobre. Wolność bez chrześcijańskich wartości łatwo staje się złem i prowadzi na manowce – co widać doskonale na powyższym przykładzie.

Artykuł ukazał się w "Najwyższym Czasie!"
Read more »

Tuesday, March 27, 2012

Sposób na wyjście z kryzysu

Wolny handel z całym światem i porzucenie utopijnej polityki klimatycznej – to najlepsze metody na wyjście Unii Europejskiej z kryzysu, szansa na trwały rozwój i stworzenie nowych miejsc pracy.

Czas postawić na wolny handel

Coraz bardziej niedorzeczne pomysły interwencjonistyczne i protekcjonistyczne forsowane przez Brukselę napotykają na opór nie tylko w naszym kraju, ale także wśród decydentów i ekspertów, którzy reprezentują trzeźwe spojrzenie na problemy europejskiej gospodarki.
Podczas, gdy urzędnicy z Komisji Europejskiej utrzymują wysokie cła na import określonych dóbr np. papieru czy biopaliw, zupełnie jak za czasów kolonialnych, wielu polityków ocenia takie praktyki jako niedorzeczne.
Na marcowej konferencji Instytutu Globalizacji, która odbyła się w Parlamencie Europejskiej, Signe Ratso Dyrektor Strategii Handlu w Komisji Europejskiej, przypomniała, że wolny handel jest kluczowym elementem unijnej strategii rozwoju a Wspólnota jest największym blokiem handlowym na świecie.
Od wolnego handlu z resztą świata zależy ponadto 36 mln miejsc pracy na Starym Kontynencie, oznacza to, że liberalizacja handlu międzynarodowego zwiększyłaby liczbę miejsc pracy o kolejne miliony. Tymczasem szacuje się, że do 2015 r. już 90 proc. wzrostu gospodarczego będzie generowane poza Europą. Dlatego europejskie firmy powinny skoncentrować swoją aktywność na rynkach wschodzących.

Cenne weto Polski

Co mogło także zaskoczyć w ostatnich dniach, to zawetowanie przez Polskę niedorzecznej duńskiej propozycji dobrowolnej redukcji emisji dwutlenku węgla o 80 proc. do 2050 r. i zgody na… wyeliminowanie z energetyki węgla kamiennego i gazu (!!!). Tej zgody na ekonomiczne samobójstwo z naszej strony być nie może, choć mocarstwa już zapowiedziały, że… polski opór w ogóle nie będzie brany pod uwagę (!!!).
Absurdalność brukselskiej polityki klimatycznej sięgnęła dna. W chwili, gdy już wiadomo, że podpisanie kolejnego globalnego dokumentu na kształt Protokołu z Kioto będzie niemożliwe (na jego podpisanie nie zgodzą się m.in. kraje azjatyckie, USA, a ostatnio z porozumienia wystąpiła Kanada), Unia Europejska forsuje własne, drastyczne redukcje, zupełnie nie licząc się z konsekwencjami!
Pomijam już to, że unijni decydenci karzą opinii publicznej wierzyć, że spadek emisji dwutlenku węgla w Brukseli spowoduje, że Ocean Spokojny nie zaleje jakiśtam wysepek. Teraz po prostu jak na dłoni widać o co chodzi – o stworzenie ram prawnych dla przymusowej sprzedaży w Europie Środkowej pseudoekologicznych technologii firm francuskich i niemieckich.

Musztarda po obiedzie?

Mimo, że całym sercem wspieram weto polskiego rządu w sprawie dwutlenku węgla, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to przysłowiowa „musztarda po obiedzie”? Skoro nagle europejskie pomysły, znane przecież od jakiś 6, 8 lat, nagle okazały się zabójcze dla rodzimej gospodarki, to po co było godzić się na Pakiet Klimatyczny?
Z pewnością wkrótce okaże się, czy weto było szczere i nie pozostanie tylko rejtanowskim darciem szat. Czy być może było tylko na pokaz, aby słupki poparcia rządu drgnęły w górę, aby potem przy byle okazji wycofać się rakiem z zajmowanego stanowiska?
Być może jest to jednak kolejny przejaw naszej dyplomatycznej nieporadności. Po raz kolejny nasi politycy dali się wystrychnąć na Dutka. Coś tam usłyszeli, coś im obiecano, ale tak naprawdę to wzięli się za działanie, gdy było już za późno. Niestety, powtarzam to przy każdej okazji, więc powtórzę raz jeszcze – profesjonalna dbałość o narodowe interesy na forum europejskim nie jest niestety domeną Polski.

Artykuł ukazał się w "Gazecie Finansowej"
Read more »

Monday, March 19, 2012

Jak nie pomagać

Organizacje humanitarne nie mają pomysłów, w jaki sposób zażegnać kryzys żywnościowy na świecie. Ideologicznie tkwią w czasach antykapitalistycznej rewolucji, cytując Kropotkina, Marksa, Lenina i Mao.

Zgodna krytyka globalizacji

Po raz kolejny otrzymałem najnowszą publikację firmowaną przez Polską Akcję Humanitarną. Tym razem jest to książka autorstwa Tony Weisa pt. "Światowa gospodarka żywnościowa. Batalia o przyszłość rolnictwa". Wraz z książką jest dołączona ulotka pt. "Jak uniknąć globalnego kryzysu żywnościowego jutra", firmowana przez globalną organizację pomocową Oxfam. Jak zaznaczono, ulotka została wydana za pieniądze Unii Europejskiej. Aby zapobiec załamaniu światowego systemu żywnościowemu, który ma nastąpić w ciągu najbliższych 20 lat, Oxfam żąda o UE regulacji rynków finansowych – ograniczenia spekulacji na derywatach towarów rolnych powodujących wzrost cen żywności, wycofanie się z błędnej polityki promowania biopaliw, gdzie uprawy biokomponentów wypierają uprawy zbóż jadalnych czy zmiany polityki rolnej – wspierania rolnictwa małoobszarowego.
Bardzo interesująca jest także analiza Tony Weisa, dotycząca trendów na światowym rynku rolnym. Zauważa on ogromny postęp wytwarzania żywności, co pozwala wyżywić rosnącą populację. Od 1990 r. podwojeniu uległa produkcja kurczaków. W latach 1695-2005 uległa podwojeniu także liczba wieprzy. Globalizacji podlega już 10 proc. światowej produkcji rolnej . Sektor rolny notuje nadwyżki, a więc za głód nie jest odpowiedzialny deficyt żywności, lecz brak środków na jej zakup, brak pracy, zła sytuacja ekonomiczna, a więc polityka.
Głównymi zbożami są z kolei ryż, pszenica i kukurydza. Eksportuje się głównie pszenicę i kukurydzę, robią to przeważnie kraje najbogatsze z Ameryki i Europy. Z kolei 90 proc. ryżu pochodzi z Azji – głównie Indii i Chin. Wraz z rosnącą populacją rośnie liczba rolników, choć już nie proporcjonalnie. Powodem jest urbanizacja, w miastach mieszka już więcej ludzi niż na wsi .
Zbieżna z wolnorynkową jest także krytyka autora współczesnej globalizacji. Za główny powód kryzysu żywnościowego uznaje on subsydiowanie rolnictwa przez najzamożniejsze kraje oraz "globalizację przy zielonym stoliku", czyli podejmowanie decyzji o światowym handlu przez najbogatszych, kosztem ubogich. Tutaj właściwie reprezentant zdroworozsądkowego, wolnorynkowego podejścia do gospodarki mógłby zgodzić się z ideologiem organizacji humanitarnych. Niestety na tym kończy się wspólna płaszczyzna porozumienia.

Konflikt wartości

Gdy jednak wskazać winnych obecnego stanu rzeczy, współczesny humanitarysta wskaże jednoznacznie – ponadnarodowe korporacje, integrujące w jednym ręku producentów pasz, farmaceutyków, nawozów i sadzonek. To oni, działając dla zysku i w celu wyzysku swoich pracowników, są odpowiedzialni za złą sytuację na rynku żywności. Zwolennik wolnej gospodarki odpowie – dzięki firmom prywatnym ludzie mają pracę i chleb. Za głód w najuboższych krajach odpowiedzialne są rządy. To politycy, a nie firmy, decydują o protekcjonizmie i interwencjonizmie na światowych rynkach. Ich mieszanie się w mechanizmy rynku to przyczyna kryzysu żywnościowego w pewnych regionach świata. Pojednawczo, można by pewnie dowieść powiązania czołowych graczy na rynku rolno-spożywczych i polityków. Weis wskazuje, że "w 2004 r. dziesięć czołowych korporacji kontrolowało 84 proc. wartego 35 mld dolarów światowego rynku agrochemicznego (liderzy to Bayer, Syngenta, BASF, Dow, Monsanto i DuPont), z grubsza połowę wartego 21 mld dolarów światowego rynku nasion (na czele z Monsanto, DuPont/Pioneer Hi-Bred i Syngentą) i 55 proc. wartego 20 mld dolarów światowego rynku farmaceutyków zwierzęcych, z których większość trafia do rolnictwa" .
Właśnie w protekcjonizmie, interwencjonizmie, powiązaniach wielkiego biznesu z politykami, korupcji a zapewne także ze zwykłej, ludzkiej chciwości i chęci zawłaszczenia jak największej części rynku dla siebie, wynika obecna sytuacja.
Niestety u podstaw głębszej analizy rynku przez humanitarystów leży marksizm, naiwna krytyka wolnego rynku, a w rezultacie kompromitujące pseudo-filozoficzne wywody i kompletna bezradność jeśli chodzi o próby wskazania wyjścia z kryzysu.
Już pierwsza konkluzja, że „żywność postrzegana się jako towar, a nie coś do czego mamy prawo” , zakrawa na absurd. Jest to sugestia, że nasze prawo do żywności powinno być zaspokajane przez instytucje. Tymczasem od zarania człowiek posiada swój los w swoich rękach, a umiejętność zaspokajania swoich potrzeb żywieniowych dostał od Stwórcy, który dając mu Ziemię pod władanie zabezpieczył mu byt.

Lenin, Marks, Mao

Pierwszy szok w zakresie intelektualnych inspiracji humanitarystów czytelnik przeżywa już przy lekturze wstępu firmowanego przez Przemysława Wielgosza (jak można przeczytać w Wikipedii – anarchisty i populizatora myśli Róży Luksemburg). Wielgosz wychwala w nim rewolucję Mao Zedonga .
Nie mniej radykalny jest Tony Weis. Na wstępie tłumaczy marksistowską koncepcję wyzysku pracownika przez posiadacza kapitału, a potem cytuje myśli Lenina ze spaceru po londyńskim East Endzie. Zwraca też uwagę, że przenoszenie do brytyjskich kolonii upraw pszenicy i hodowli zwierząt to wynik ulegania religijnym zabobonom wyrażonych choćby w modlitwie "Ojcze nasz" ("chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj") nazywając Biblię "manifestem zjadaczy mięsa" (!!!).
Następnie Weis znów przypomina najbardziej lotne myśli z "Kapitału", w którym Marks przestrzega, że kapitalistyczne rolnictwo to grabież robotnika i ziemi. Zachwyca się także południoamerykańskimi przewrotami rewolucyjnymi np. rewolucji meksykańskiej, Nikaragui, Salwadorze, a w największy zachwyt wpada nad osiągnięciami rolnictwa na Kubie. Widać nie był jeszcze ani na Białorusi, ani w Korei Północnej, gdzie klasa robotniczo-chłopska może pochwalić się jeszcze większymi zwycięstwami rewolucji w kwestii sprawiedliwości społecznej i walce z kapitalistyczno-burżuazyjnym wyzyskiem.
Na koniec, w rozdziale "Batalia o przyszłość rolnictwa", autor cytuje anarchistę Kropotkina, w którym Książe Kropotkin wzywa do refleksji, czy przypadkiem podział funkcji i produkcji dla zysku nie jest przypadkiem marnotrawstwem i reliktem przeszłości, pogrążonej w ignorancji i ucisku.
Niestety, poza cytowaniem rewolucjonistów, brakuje jakichkolwiek pomysłów na rozwiązanie problemów żywnościowych świata. Dowodem na kompletną bezradność jest wezwanie do stworzenia Nowego Międzynarodowego Ładu Ekonomicznego na bazie zreformowanej Światowej Organizacji Handlu. De facto jest to pusty postulat do utworzenia Rządu Światowego, kierującego globalną redystrybucją, co spowodowałoby jedynie pogłębienie istniejących problemów, z którymi humanitaryści rzekomo walczą.
Na koniec ideolog humanitaryzmu wzywa do poszerzania świadomości opinii publicznej o skali cierpienia nie głodujących ludzi, a zwierząt hodowlanych.

Pomagajcie, nie mędrkujcie

Jak deklaruje Polska Akcja Humanitarna, organizacja jest zaangażowana w walkę z ubóstwem w najbiedniejszych regionach świata, między innymi w Sudanie i Autonomii Palestyńskiej. Zajmuje się także doraźną pomocą żywnościową. Jestem przekonany, że te działania są motywowane najbardziej szczytnymi intencjami bezinteresownej pomocy drugiemu człowiekowi.
Gdy jednak chodzi o głębsze uzasadnienie swojej aktywności pojawiają się problem: na jakich wartościach opierać swoje działanie, skoro modlitwa Ojcze Nasz to wezwanie do imperializmu, a Biblia – manifest mięsożerców. Działanie w imię równości i walki z bogaczami, traci wówczas sens, bo ani cierpienia wyeliminować się nie da, ani bogatym bogacić się nie zabroni. Natomiast powoływanie się na rewolucjonistów – którzy swoją ideologią doprowadzili do masowej nędzy i największych tragedii w historii ludzkości – może tylko zniechęcić wielu potencjalnych darczyńców do niesienia pomocy najuboższym.
Reasumując: PAH – niech zajmuje się tym, co potrafi najlepiej – budowaniem studni w Sudanie, czy organizowaniem konwojów z pomocą humanitarną. To naprawdę szczytne zajęcie wymagające poświęcenia się dla innych i nie lada odwagi. Nie marnujcie jednak swojego czasu na wydawanie książek. Szkoda po prostu pieniędzy. Lepiej kupić kilka ciężarówek ryżu więcej.

Artykuł ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!"
Read more »

Monday, March 05, 2012

Rosyjska gra Łotwą

Łotysze w referendum odrzucili pomysł uznania rosyjskiego za drugi język państwowy. Projekt mniejszości rosyjskiej odrzuciło aż 3/4 głosujących, przy 70 proc. frekwencji. Jest to kolejna porażka Kremla, który wykorzystuje mieszkających na Łotwie Rosjan do rozgrywek politycznych.

Nie dla Kremla

W zeszłotygodniowym referendum, które charakteryzowało się bardzo wysoką frekwencją (w Rydze przekroczyła 77 proc.), Łotysze jednoznacznie odrzucili możliwość włączenia języka rosyjskiego jako urzędowego w pracy administracji centralnej i samorządowej. "To było głosowanie dotyczące fundamentów państwa" – powiedział zaraz po ogłoszeniu wyników premier Valdis Dombrovskis. Mieszkańcy tego niewielkiego bałtyckiego kraju uznali, że ich ojczyzna jest jedynym miejscem na świecie, gdzie używa się języka łotewskiego i należy przede wszystkim go chronić.
Większość głosujących miała też świadomość, że referendum jest grą polityczną, dlatego obywatele tak licznie stawili się do urn. W kraju mniejszość rosyjska stanowi ok. 30 procent ludności i w połowie nie posiada łotewskiego obywatelstwa. Za jeden z warunków otrzymania tamtejszego paszportu, stawia się znajomość ojczystego języka, którego zamieszkujący kraj nad Dźwiną Rosjanie, nie zamierzają się uczyć. Referendum rozpisano wskutek inicjatywy stowarzyszenia "O Język Ojczysty", które zrzesza mniejszość rosyjską w tym kraju. Zebrano 187 tys. podpisów w sprawie plebiscytu, czyli 12 proc. uprawnionych do głosowania, wobec 10 proc. wymaganych.
Łotwa od czasu uzyskania niepodległości przyjęła twardą politykę narodowościową. Dokumenty automatycznie dostawali posiadacze obywatelstwa sprzed okupacji i ich dzieci. Jednak dla wielu Rosjan sytuacja, gdy nie płacą podatków i nie są powoływani do wojska była komfortowa i nie przeszkadzała w prowadzeniu interesów w tym kraju. W rzeczywistości Łotwa jest dwujęzyczna. Regiony wschodnie oraz południowa Łatgalia są zdominowane przez język rosyjski.
Mniejszość rosyjska od początku była wykorzystywana w rozgrywkach politycznych. Moskwa co rusz oskarżała Rygę o łamanie praw człowieka i dyskryminację swoich obywateli. Po referendum rosyjski MSZ wydał komunikat, w którym oświadczył, że wyniki referendum nie odzwierciedlają złej sytuacji ponad 300 tys. bezpaństwowców.

Rosjanie w biznesie i polityce

Obecne referendum jest wynikiem bardzo gorącego pod względem politycznym zeszłego roku. Przedterminowe wybory parlamentarne wygrała co prawda partia Jedność, premiera Valdisa Dombrovskisa, ale największym wygranym głosowania było prorosyjskie Centrum Zgody, której liderem jest obecny mer Rygi – Rosjanin Nils Usakovs. Dombrovskisowi udało się zawrzeć koalicję ze Związkiem Zielonych i Chłopów. Zieloni w wyborach prezydenckich, które odbyły się w tym roku, poparli Andrisa Bērziņša. Bērziņš jest mylony często z byłym premierem o tym samym imieniu i nazwisku. Ten bankowiec o mizernym doświadczeniu politycznym ma powiązania z lokalnymi oligarchami. Spekuluje na rynku nieruchomości – ma 30 różnych nieruchomości, dwie żony i pozamałżeńskie dzieci.
Niestety to częsty przypadek w kraju, gdzie jeszcze na początku lat 90. liczba aborcji przeważała liczbę urodzeń. Łotwa się wyludnia. Współczynnik zgonów jest wyższy od współczynnika urodzeń (13,66 zgonów na 9,24 urodzeń na 1000 mieszkańców), powoduje, że Łotysze stają się coraz starszym narodem, w którym średnia wieku całej populacji oscyluje wokół 40 lat. Rozrodczość – 1,27 urodzin na kobietę należy do najniższych w Europie. Łotwa wyludnia się także wskutek emigracji. W latach 2000-2011 ludność tego kraju zmniejszyła się o 13 proc. , a w najtrudniejszych latach wyjeżdżało 16-40 tys. ludzi rocznie.
Emigracja jest pochodną kryzysu, który dotknął ten kraj w ostatnich trzech latach, gdy PKB spadł o 17 proc.). Rząd zdecydował się na odważne cięcia, zmniejszając zatrudnienie w budżetówce o 35 proc. i obcinając pensje o 40 proc. Obcięto także emerytury, ale udało się zmniejszyć bezrobocie z ponad 20 proc. do 15 proc. obecnie.
Kryzys może pogrzebać łotewskie plany przyjęcia Euro w 2014 r. Łat jest sztywno powiązany z europejską walutą, co odbiło się czkawką w ostatnich latach na tamtejszych rynkach finansowych. Państwo co rusz musi interweniować, jak było w przypadku upadku banku Latvijas Krajbanka. W grudniu rząd musiał znacjonalizować linie airBaltic, należące do spółki bankruta.
Korupcja jest w tym kraju powszechna. Obywatele z podejrzliwością patrzą więc na obecnego prezydenta, który ma powiązania z najbogatszymi ludźmi w państwie. Jego wybór był zaskoczeniem dla opinii publicznej. Spodziewano się reelekcji Valdisa Zaltersa, który musiał ogłosić przedterminowe wybory, właśnie pod hasłem walki z wszechwładzą oligarchów.

Zagrywki mniejszością

Mniejszość rosyjska od samego początku odzyskania niepodległości przez Łotwę jest wykorzystywana przez Kreml do zagrywek politycznych. Początkowo Moskwa starała się osłabić polityczną pozycję Rygi na arenie międzynarodowej poprzez politycznie poprawne hasła o łamaniu praw człowieka. Moskwa starała się nie dopuścić do integracji Krajów Bałtyckich z NATO i właśnie sąsiedztwo z państwami Sojuszu Półnoatlantyckiego jest największą porażką walki o rosyjską strefę wpływów w krajach byłego bloku radzieckiego.
Rosja stara się także oddziaływać na Państwa Nadbałtyckie poprzez naciski ekonomiczne. Próby sił towarzyszą współpracy energetycznej. Bardzo głośne było także wyeliminowanie z tranzytu ropy terminalu w Widnawie (Ventspils). Od 2001 r. rosyjskie firmy zaczęły korzystać wyłącznie z własnego portu w Primorsku, niedaleko Sankt Petersburga. Windawa musiała przekwalifikować się na transport węgla. Stała się także najważniejszym portem dla Białorusi. Powstała tam także specjalna strefa ekonomiczna, gdzie inwestujące firmy zwolnione są z ceł i podatków.
Tak więc znów okazało się, że Rosja nie jest niezbędna do przeżycia dla Łotyszy. Ten niewielki kraj ze stolicą w Rydze, może cieszyć się względnym bezpieczeństwem, pod parasolem silnego sojuszu zachodniego. Powoli odzyskuje też autonomię ekonomiczną i polityczną. Jak widać, także mniejszości rosyjskiej bardzo zależy na uregulowaniu sobie życia w nowej ojczyźnie, w której wiedzie im się lepiej niż w Rosji. Czynniki polityczne ważne są dla agentury czy prorosyjskich oligarchów, którzy odnieśli na Łotwie kolejną sromotną porażkę.

Artykuł ukazał się w "Najwyższym Czasie!"
Read more »