Home



Tuesday, January 17, 2012

Wyzysk pacjentów

Coraz więcej pacjentów nie będzie stać na wykup leków. Głównym powodem jest system refundacji i wprowadzenie urzędowych cen na medykamenty.

Rynek zdrowia nabiera coraz więcej cech centralnego planowania, znanego z czasów realnego socjalizmu. Kolejnym krokiem w tym kierunku jest wprowadzenie sztywnych cen na leki, a więc wyeliminowanie konkurencji cenowej między producentami. Jedyna rywalizacja sprowadza się więc do podpisania najkorzystniejszej umowy między firmą farmaceutyczną a urzędem. Nietrudno domyślić się, że stwarza to nieograniczone pokusy korupcyjne. Lekowa układanka, która trwa od kilku tygodni jest tego koronnym dowodem. Od urzędników zależy bowiem, które preparaty, a które nie będą sprzedawane na preferencyjnych warunkach.
Sprawdza się także po raz kolejny, że tam, gdzie nie ma wolnego rynku – grupy interesu i urzędnicy dogadują się ponad głowami konsumentów i sprzedają towary po zawyżonych cenach. Tym samym leki kosztują znacznie drożej, niż na wolnym rynku. Innymi słowy pacjenci są wyzyskiwani przez lobby aptekarskie, koncerny farmaceutyczne i urzędników. W jaki sposób, postaram się pokrótce wytłumaczyć.
Refundacja leków sprawia, że medykamenty są najdroższe. Konsument może odnieść odmienne wrażenie, bowiem przy aptecznym okienku płaci ułamek rynkowej ceny leku. To widać, a czego nie widać? Nie widać, że na cały system refundacji zrzuca się całe społeczeństwo, także ludzie, którzy nie są konsumentami farmaceutyków. Sponsorujemy leki nie tylko wtedy, gdy z nich nie korzystamy, ale gdy jesteśmy zdrowi, czyli przez większość swojego życia. System refundacji wchodzi bowiem do systemu opieki zdrowotnej finansowanego ze składki zdrowotnej. Refundacja leków pochłaniała do tej pory aż 1/5 budżetu NFZ! Natomiast wzrost wydatków na służbę zdrowia najczęściej jest związany ze wzrostem wydatków na administrację, a nie na leczenie. Tak było np. w 2009, gdy przychody NFZ ze składki zdrowotnej wzrosły o 10 proc., nakłady na leczenie szpitalne o 1 proc., a na administrację o 14 proc.
Mimo, iż rząd zapowiada zmniejszenie udziału refundacji w budżecie NFZ, podwyżka składki zdrowotnej w tym roku może być właśnie związana z podwyżkami cen leków. Skoro wprowadza się dodatkowo urzędowe ceny leków, oznacza to, że leki będą najdroższe w historii, będzie ich mniej dostępnych dla pacjentów, a wydatki budżetowe będą coraz wyższe.
Skąd wiadomo, że refundacja sprawia, że leki są najdroższe jak to możliwe? Zgodnie z literą ekonomii, producent nie ma bodźców, aby produkować taniej, aby obniżać marżę swojego zysku, skoro państwo „skupuje” od niego lek po ustalonych cenach. Argument za tym, że leki mogłyby być znacznie tańsze – nasuwa się sam. Wszyscy pamiętają promocje „leków za złotówkę” – gdzie pacjenci mogli nabyć leki za bezcen, tylko dlatego, że były refundowane. Oznacza to, że refundacja produkcji leków jest tak duża, że koncerny mogą wiele preparatów rozdawać za darmo, a i tak mają z tego procederu gigantyczne zyski.
Wprowadzenie sztywnych cen na leki jest z kolei spełnieniem postulatów lobby aptekarskiego. Naczelna Izba Aptekarska od wielu lat domagała się wprowadzenia urzędowych cen na leki. Najbardziej idiotycznym argumentem, który słyszałem przez te lata była wypowiedź, któregoś z prezesów, że „chorzy powinni leżeć w łóżku, a nie szukać po aptekach tańszych leków”. Tak, jakby wszyscy zażywający leki leżeli w łóżku odłogiem i nie miało znaczenia dla pacjenta, czy zapłaci za lek złotówkę, czy 100 złotych.
Drażni podkreślanie wyjątkowości ryku leków, bo chodzi przecież o zdrowie. Według ogólnorozsądkowych kryteriów ważniejsze od zdrowia jest podtrzymywanie życia ludzkiego. Jeść przecież każdy musi. A przecież na rynku chleba nie ma urzędowych cen. Chleb nie jest też refundowany przez państwo, a przecież zgodnie z tą logiką, chleb jest ważniejszy od lekarstw, powinien być więc dostępny dla każdego. Wygląda więc na to, że lobby piekarzy, nie jest tak silne jak lobby aptekarzy i koncernów farmaceutycznych.
Warto też wyjaśnić niemoralność systemu refundacji w aspekcie choćby solidarności społecznej. Ponieważ rynek leków to obecnie centralnie planowany socjalizm w najczystszej postaci jest on jedną wielką patologią. Na pierwszy rzut oka pacjenci i opinia publiczna akceptują taki stan rzeczy. Niedawno w jakiś ogłupiających telewizyjnych wiadomościach usłyszałem dramatyczną wypowiedź aptekarki, że chory na raka płaci za leki kilkanaście złotych, a gdyby nie było refundacji płaciłby ponad tysiąc. W porządku, tylko chodzi o transakcję tu i teraz. W rzeczywistości chory zapłacił za te leki nie kilkanaście złotych, nie tysiąc, ale kilkanaście tysięcy. Składa się na nie płacona przez całe życie płatnika składka zdrowotna, którą płaci on sam, jego rodzina i sąsiedzi. Składa się na to także zdrowa jak byk emerytka z trzeciego piętra, której okrojono świadczenia do granic możliwości, która żywi się chlebem i herbatką, ale która jest właśnie dlatego zdrowa jak byk, że jada skromnie i codziennie chodzi na spacer ze swoim kulawym psem.
Natomiast osobnik mieszkający piętro wyżej, który całymi dniami siedzi na kanapie, żywi się wyłącznie wieprzowiną, wódką i dwoma paczkami papierosów dziennie, nie ma motywacji do zmiany swojego stylu życia, bo za jego ewentualne problemy zdrowotne zapłaci właśnie owa Bogu ducha winna babcia razem z wnukami. Tak wygląda sprawiedliwość społeczna w opiekuńczym państwie dobrobytu.
Dla znającego choćby podstawy ekonomii wolnorynkowej wiadome jest, że ów system jest korzystny głównie dla jego beneficjantów: producentów leków, aptekarzy i rozrastającej się administracji. Ponieważ została wyeliminowana jakakolwiek konkurencja cenowa – ceny leków są zawyżane do granic możliwości, a pacjenci są zmuszani do wydawania coraz większej ilości pieniędzy na preparaty medyczne.
Po raz kolejny okazuje się, że państwo biorąc na siebie odpowiedzialność za zdrowie obywateli – nie jest w stanie z tego obowiązku należycie się wywiązać. System jest na tyle patologiczny, że państwu nie opłaca się skutecznie leczyć swoich obywateli. Podobnie firmom farmaceutycznym zasadniczo nie opłaca się leczyć pacjentów – znacznie korzystniejsze jest „zarządzanie objawami” i uzależnianie ich od poszczególnych preparatów na całe życie. Aptekarze także nie muszą konkurować już między sobą, bo mogą w spokoju podzielić rynek między siebie i walczyć z pojawiającą się konkurencją np. aptekami internetowymi. Wszystkim tym grupom interesu nie zależy więc także na zmianie systemu, lecz na podwyższaniu podatków pod pretekstem wydatków na zdrowie, czego właśnie jesteśmy świadkami na początku bieżącego roku.
Konsekwencje zdrowotne takiego stanu rzeczy mogą być dramatyczne. Wielu pacjentów zrezygnuje z przepisanych terapii, zwracając się ku medycynie niekonwencjonalnej, która oprócz pogarszania się stanu zdrowia, niesie za sobą istotne zagrożenia duchowe. Jedyną nadzieją dla pacjentów jest ponownie umacnianie się złotego i możliwość kupowania tańszych leków zagranicą np. w Czechach czy na Białorusi, także poprzez apteki internetowe. Z pewnością rozkwitnie szara strefa farmaceutyków i parafarmaceutyków. Najlepiej więc… nie chorować.

Artykuł ukazał się w Najwyższym Czasie (proszę pamiętać o podaniu źródła)
Read more »

Monday, January 16, 2012

Zielony protekcjonizm pogrąży Europę

Kryzys gospodarczy w Europie będzie się powiększał za sprawą regulacji ekologicznych.

Regulacje unijne argumentowane ochroną środowiska, służą wybranym grupom interesu, a nie poprawie jakości środowiska naturalnego. Można to zaobserwować przy każdej okazji, analizując skutki wprowadzanych regulacji, firmy korzystające na nich w zasadzie można wskazać palcem.

Protekcjonizm gospodarczy może pogrążyć trawione kryzysem finansowym gospodarki krajów unijnych. Unia Europejska idzie na wojnę gospodarczą z resztą świata, opierając się na paranaukowej hipotezie o efekcie cieplarnianym wywołanym działalnością człowieka. Jest to bardzo ryzykowne zwłaszcza, że już mało kto daje wiarę tej hipotezie, a jeśli nawet daje wiarę, to nie może potwierdzić skuteczności polityki wobec zmian klimatu, na której nie zyskuje ani klimat, ani człowiek, ani gospodarka.

Radykalna polityka protekcjonistyczna jest prawdopodobnie reakcją na niepodpisanie globalnej umowy o redukcji emisji gazów cieplarnianych podczas ostatniej konferencji klimatycznej w RPA. Fiasko tego przedsięwzięcia, mającego faworyzować firmy europejskie, gdyby układ podpisały takie kraje jak USA, Chiny, Rosja, Indie czy Brazylia, wyraźnie doprowadziło do frustracji biurokratów z Brukseli.

Globalna europejska strategia mająca pozwolić kontrolować konkurencyjne gospodarki za pomocą sloganów o konieczności zapobiegania efektowi cieplarnianemu poniosła sromotną porażkę. Zaledwie kilka dni po zakończeniu grudniowej konferencji klimatycznej w Durbanie rząd Kanady zadecydował o wystąpieniu tego kraju z postanowień Protokołu z Kioto, dokumentu zobowiązujące poszczególne państwa do redukcji emisji dwutlenku węgla.

Podważenie zawartego porozumienia przez jeden z kluczowych krajów-sygnatariuszy uniemożliwi prawdopodobnie podpisanie żadnego nowego dokumentu w przyszłości. Najprawdopodobniej jesteśmy świadkami zawalenia się jednego z największych projektów polityki publicznej w historii ludzkości.

Kryzys gospodarczy odwrócił uwagę także od faktu, iż właśnie wyciekła kolejna fala e-maili, naukowców z Uniwersytetu Wschodniej Anglii, a więc ośrodka wysuwającego najbardziej alarmistyczne komunikaty nt. zmian klimatu. Zadziwia pozakulisowy brak zgodności, kontrastujący z dramatycznymi informacjami, którymi zasypywały nas media w ostatnich latach.

Protekcjonizm gospodarczy, na który decyduje się Unia Europejska w swojej polityce zagranicznej widoczny jest na wielu rynkach np. papieru, gdzie nałożono nowe cła na import papieru, na rynku biopaliw, gdzie dyskryminuje się importerów zagranicznych, a także na rynku paliwowym i transportowym.

Regulacje na rynku biopaliw nie sprzyjają wcale redukcjom wielkości emisji gazów cieplarnianym, bowiem, gdyby zależało na tym decydentom, pozwoliliby na import ekologicznych biopaliw z trzciny cukrowej i olejów palmowych. Według naukowców z Uniwersytetu w Jenie, biopaliwa produkowane z europejskiego rzepaku emitują o 20 proc. dwutlenku węgla niż produkty importowane.

Nowe regulacje klimatyczne wykluczają pod byle pretekstem import ekologicznych źródeł energii z zagranicy, mimo, iż spełniają one wymogi środowiskowe. Nowym konfliktem na forum międzynarodowym jest spór między UE a Kanadą w sprawie piasków i łupków roponośnych. UE utrudnia import tego surowca, powołując się na wysoką emisję gazów cieplarnianych powstałych przy produkcji paliwa.

Tymczasem to właśnie pozyskiwanie paliw z nowych źródeł może zmienić mapę energetyczną świata. Stany Zjednoczone poinformowały, że do 2020 r. ograniczą o 60 proc. import ropy naftowej, za sprawą wydobywania surowca z własnych złóż łupkowych. Nowe technologie wprawiają w osłupienie państwa arabskie, a także południowoamerykańskie i Rosję. Stany Zjednoczone importują 450 mln ton ropy rocznie, a w łupkach mogą mieć nawet kilka razy więcej ropy niż Arabia Saudyjska.

Ceny za prawa do wydobywania gazu z łupków biją kolejne rekordy. Jedna z japońskich firm zapłaciła rekordową kwotę 25 tys. dolarów 1 akr (0,4 ha) działki z prawem do eksploatacji złóż łupkowych. Oznacza to, że oczekiwania rynków względem technologii eksploatacji złóż z łupków i piasków roponośnych są ogromne.

Świeży jest także spór z międzynarodowymi linia lotniczymi, zrzeszonymi w Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego. Od 1 stycznia 2012 r. linie lotnicze muszą dodatkowo płacić za emisję dwutlenku węgla do atmosfery w ramach unijnej polityki klimatycznej. Paradoksalnie opłaty dotyczą także tras pozaeuropejskich. W wyniku nowego opodatkowania wzrosną ceny biletów od kilku do kilkunastu euro.

Bez wątpienia zielony protekcjonizm odbije się negatywnie na europejskiej gospodarce. Nowe podatki i niższa konkurencyjność rynków muszą odbić się wzrostem cen, za co zapłacą konsumenci. Można spodziewać się także większej ilości bankructw przedsiębiorstw, wzrostu bezrobocia i spadku PKB w Europie, przez co istniejące problemy związane z nadmiernym zadłużeniem państw będą tylko się powiększać.

Artykuł ukazał się w Gazecie Finansowej
Read more »

Monday, December 19, 2011

Chrystus nam się narodził…

Gdy zbliża się Boże Narodzenie, warto zadać sobie pytanie: czy jestem gotowy, aby tu i teraz przyszedł do mnie Jezus Chrystus?

Najczęściej, gdy myślimy o paruzji, towarzyszy nam lęk. Pierwsi chrześcijanie modlili się Marana Tha! Przyjdź Panie Jezu! My chcielibyśmy, aby Chrystus przyszedł, ale może nie dziś, lepiej za dwa, trzy pokolenia… Świadczy to o tym, że nie ma w nas wiary.
Rok kościelny, jak wyjaśnia nam tradycyjny Mszał Rzymski, zasadniczo dzieli się na dwa okresy: pierwszy, w którym czcimy tajemnicę Wcielenia i drugi, w którym wyznajemy tajemnice Odkupienia. Historycznie pierwszy okres związany jest z oczekiwaniem na przyjście Zbawiciela. Owo Wcielenie dokonało się przez Maryję, dlatego np. nabożeństwach roratnich tak często zwracaliśmy się do Maryi. Maryja jest wzorem zawierzenia Bogu. Powiedziała: tak, wiedząc, że narazi ją to na prześladowanie, tułaczkę i cierpienie. Jak ludzka jest historia Wcielenia…
Czy mamy taką wiarę? Często deklarujemy się chrześcijanami, ale odrzucamy swój krzyż, swoje powołanie, codzienną mordęgę. Gdzie zastałby nas Chrystus, gdyby przyszedł. Może na stadionie, gdzie życzymy śmierci przeciwnikowi krzycząc: „strzelcie k…m gola!”, albo w barłogu pijanych po sobotniej imprezie, może nawet nie z żoną, ale z kochanką?
Pierwsze pytanie, które warto sobie zadać przy okazji Bożego Narodzenia, to czy naprawdę Jezus jest naszym Panem? Jezus chce wyłączności naszego serca. A może naszym panem jest co innego: może wolny rynek, może konserwatyzm, może silne państwo, może jakiś idol? Kogo wybieramy będąc w tłumie? Barabasza – reformatora i buntownika, czy Chrystusa, który nie opierając się złu, dał się zabić z miłości dla mnie? Tak, prawie zawsze stoimy w tym motłochu i wybieramy Barabasza…Zapominamy, że chrześcijanin to człowiek, który żyje dniem dzisiejszym, który godzi się na swój los.
Gdy Chrystus jest naszym Panem, w jego imię możemy uprosić wszystko. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca (Flp 2, 9-11).
To już coś. Ale, czy to wystarczy, aby Chrystus nas zbawił? Chrystus kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, nie musimy się zmieniać. Kocha nas jako morderców, kłamców i cudzołożników. Ale do zbawienia nie wystarczy dekalog. Żydzi znali prawo. Zobaczyli tylko to, że nie mogą go sami z siebie wypełniać. Od Boga się odwrócili, proroków prześladowali, Zbawiciela – zabili. Jak mówi Pismo, żyjemy dla ciała, a życie dla ciała to śmierć. Prześladuje nas strach przed śmiercią i diabeł ma nas w garści.
Jest tylko jedna rzecz na świecie, która jest za darmo i dla każdego. To zbawienie w Jezusie Chrystusie. Aby dostąpić zbawienia potrzebujemy Ducha Świętego Parakleta, Wspomożyciela. Tylko wtedy, otrzymawszy Ducha Świętego, możemy wyrwać się ze śmierci. Skoro jesteśmy w śmierci po co żyć? Już jesteśmy martwi. Ale Bóg przyszedł do nas, jest z nami i mamy z nim życie wieczne!
Adwent wzywał nas do czuwania. Zwykle czuwamy, ale nad tym, żeby z konta nie ubyło nam zbytnio pieniędzy, aby nie przybrać na wadze, czy aby otaczający nas świat nie wymknął nam się spod kontroli. Dobrze by było, aby w to Boże Narodzenie, bo kolejnego przecież wielu z nas nie doczeka, zanieść Jezusowi swoje dary.
Cóż ja mogę ofiarować Bogu? Mówi nam o tym perykopa o podatku, która oczywiście nie dotyczy ekonomii, bo tym się Pismo Św. nie zajmuje. Chrystus chce jednego – abyśmy wyznali mu nasze grzechy. Na tym polega nawrócenie. Od nowa, każdego dnia.

Read more »

Thursday, December 15, 2011

Zielony, europejski protekcjonizm

Unijne regulacje rynku biopaliw, jak zresztą regulacje wielu innych rynków, działają na korzyść firm z krajów najsilniejszych politycznie w Unii – Francji i Niemiec.

Europejska polityka klimatyczna miała być sztandarem, pod którym zgromadzi się świat zatroskany o los środowiska naturalnego. Dogmat o ocieplaniu klimatu, wskutek działalności człowieka, budowany bardziej na politycznej determinacji niż naukowych faktach wymusił stosowanie prawodawstwa, którego motywem przewodnim jest dbałość o naturalne zasoby Ziemi.

Furtka dla rozwoju biopaliw

W myśl Pakietu Klimatycznego, a konkretnie w myśl Dyrektywy o Energii Odnawialnej (RED – Renewable Energy Directive 2009/28/WE) Unia Europejska do 2020 r. powinna wytwarzać aż 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych, zaspakajając tym samym 10 proc. potrzeb transportu. Jest to furtka dla rozwoju biopaliw, a w szczególności biodiesla. To, co ekolodzy i politycy nazywają przeciwdziałaniem zmianom klimatu, ekonomiści określają mianem „zielonego protekcjonizmu” – wykorzystywaniu haseł ochrony środowiska do regulacji rynków na rzecz określonych beneficjantów, których po włożeniu odrobiny wysiłku, można wskazać palcem. Nie inaczej dzieje się na rynku biopaliw. W swojej krótkiej analizie powstrzymam się od moralnej oceny produktu, jakim są biopaliwa. Zakładam, że taki produkt istnieje i jest na niego popyt. Teza, że biopaliwa potęgują głód na świecie jest kontrowersyjna i chyba nieprawdziwa skoro gros ziemi leży odłogiem i nie ma przeszkód, aby siać więcej zbóż. Bardziej trafne wydaje się nauczanie Nauki Społecznej Kościoła, które krytykuje wykorzystywanie zbóż jadalnych, takich jak pszenica, jęczmień czy żyto, niezgodnie z ich przeznaczeniem – nie do celów spożywczych, a do zaspokajania rosnących potrzeb energetycznych współczesnego człowieka. Trzeba także zaznaczyć, że popyt na biopaliwa w dużej mierze nakręcany jest w sposób sztuczny za pomocą przymusowych regulacji, takich jak dyrektywa RED. Dla konsumentów nie ma wystarczających motywacji dla wyboru tego produktu. Według kierowców i dziennikarzy motoryzacyjnych auta na biopaliwa palą więcej i częściej się psują. Biopaliwa są tańsze przeważnie dzięki dotowaniu ich produkcji przez państwo (czyli przez wszystkich podatników) i stosowaniu preferencyjnych stawek opodatkowania.

Kraje europejskie potęgą w produkcji biopaliw

Europejska konsumpcja biopaliw wyniosła w 2010 r. ok. 13,9 mln ton. Oznacza to wzrost o 13,6 proc. w porównaniu z rokiem 2009, podczas, gdy rok wcześniej wzrost ten wyniósł 28,9 proc. Najważniejszym biopaliwem jest biodiesel, którego udział w rynku biopaliw wynosi 77 proc. Światową potęgą na rynku biopaliw są kraje europejskie. Pierwsze miejsce pod względem produkcji biodiesla w świecie zajmują Niemcy, drugie Francja, piąte Włochy, a dziesiąte – Litwa. Niemcy produkują 4,8 mln m3 paliwa rocznie, zaspokajając jedną czwartą europejskiego popytu na produkty paliwowe z domieszką składników roślinnych. Według danych Amerykańskiego Departamentu Energii (EIA) – Niemcy produkują 51 tys. baryłek biodiesla dziennie, Francja 41 tys. a Litwa 1900. Na rynku produkcji bioetanolu w Europie dominują z kolei Francuzi. Według szacunków EIA biopaliwa będą miały 8,5 proc. udział w światowej konsumpcji energii w 2030 r. W Europie – zważywszy na uwarunkowania klimatyczne i rolnicze – głównym surowcem do produkcji biodiesla jest rzepak. Aby chronić swój rynek przed konkurencją Unia Europejska wykorzystuje w tym celu skomplikowane systemy certyfikacji ekologicznej mające gwarantować, że surowce produkcyjne zapewniają „zrównoważony wzrost” i „redukcję emisji dwutlenku węgla”. Taką certyfikację prowadzi niemiecka firma ISCC System (International Sustainability&Carbon Certification) Gmbh z siedzibą w Kolonii. W skład stowarzyszenia pod tą samą nazwą wchodzą natomiast – oprócz firm produkujących biopaliwa – także skrajne organizacje ekologiczne, takiej jak World Wild Fund (WWF).
Inną metodą regulacji rynków są także rozmaite przepisy technologiczne faworyzujące określonych producentów, mimo że ich produkty nie przyczyniają się w największym stopniu ani do ochrony środowiska, ani nie przysparzają wyjątkowych pożytków konsumentom.

Będzie sądowy epilog

Unijne przepisy w zakresie biopaliw podważa ostatni raport Dr. G. Pehnelta i Ch.Vietze opublikowany w tym roku przez Uniwersytet w Jenie i Instytut Ekonomiczny Maxa Plancka. Raport wykazuje, że mimo radykalnych celów dotyczących redukcji emisji gazów cieplarnianych o połowę do 2050 r. – które przyjęła na siebie Unia Europejska – jako biopaliwa wykorzystuje się wysokoemisyjny rzepak, soję (biodiesel) lub ziarna pszenicy (bioetanol) zamiast znacznie bardziej opłacalnych: trzciny cukrowej bądź oleju palmowego. Według danych Copenhagen Economics z sierpnia 2011 r. emisja gazów cieplarnianych powstałych w wyniku uprawy, przetwarzania i transportu paliwa z rzepaku wynosi 52 g dwutlenku węgla/MJ energii, natomiast oleju palmowego tylko 37 g. przy czym koszty produkcji obu produktów są porównywalne i wynoszą 0,61 euro/litr. Tak więc nie ma mowy o działaniach proekologicznych – praktyka protekcjonistyczna jest za to ewidentna. Prawdopodobnie europejski, zielony protekcjonizm sprzedawany opinii publicznej, jako „walka z globalnym ociepleniem”, „troska o zrównoważony rozwój” czy „zachowanie bioróżnorodności” będzie miał swój finał w sądzie. Kraje dyskryminowane: producenci alternatywnych olejów dla rzepaku z obu Ameryk czy Azji traktują zamykanie rynków, jako zamach na wolny handel i łamanie postanowień wynegocjowanych w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO).


Aspekt polski

Europejscy konsumenci powinni mieć świadomość, że głównym motywem, jakim kierują się unijni urzędnicy idący na wojnę handlową z krajami konkurencyjnymi, nie są wcale szlachetne cele dotyczące ochrony środowiska (choć zapewne i tych nie można im odmówić), lecz cele ekonomiczne zmierzające do ochrony głównie niemieckich i francuskich producentów biopaliw. Trudno natomiast powiedzieć, jak owe regulacje będą wpływać na rynek polski. Jeden z największych producentów tłuszczów roślinnych i komponentów do biopaliw w naszym kraju, publiczna spółka Elstar Oils, została w sierpniu br. przejęta przez amerykański globalny koncern Archer Daniels Midland notujący 81 mld rocznych przychodów za ostatni rok obrotowy. W przypadku Unii Europejskiej znacznie większe korzyści przyniesie konsumentom większa konkurencja na rynku wewnętrznym niż poleganie na wyłącznych dostawcach z krajów o najsilniejszej pozycji politycznej. Ponadto, jeśli politycy poważnie myślą o redukcji gazów cieplarnianych, powinni albo zrezygnować z nierealnych celów ich redukcji o 20 proc. do 2020 r. albo, jeśli ich ekologiczne intencje są szczere, polegać w większym stopniu na biopaliwach importowanych, posiadających znacznie lepsze parametry redukujące emisję od biopaliw wytwarzanych w Europie.
Otwarte pozostaje także pytanie czy UE z taką determinacją, decydując się nawet na spór prawny, broniłaby interesów firm, gdyby pochodziły one z Polski, a nie z Francji czy Niemiec.


Artykul ukazal sie w Gazecie Finansowej
Read more »

Wednesday, December 14, 2011

Niemiecko-francuskie kondominium

Unijne regulacje działają na rzecz krajów o najsilniejszej pozycji politycznej, przez co Unia Europejska coraz bardziej przypomina kondominium Paryża i Berlina.

Jeśli mowa o przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym, ochronie środowiska, czy zrównoważonym rozwoju, można być pewnym, że chodzi o takie regulacje, na których zyskają firmy zza Odry i znad Sekwany, a stracą dyskryminowane przedsiębiorstwa zagraniczne. Ostatnio głośno było o spektakularnych regulacjach dotyczących połowów ryb na Bałtyku, gdzie w ramach zrównoważonego rozwoju zmniejszono limity połowów rybakom z Polski, jednocześnie zwiększając limity rybakom z Niemiec. Podobnie jest na innych rynkach.
Weźmy na przykład rynek biopaliw. Powstrzymam się od arbitralnej oceny produktu, jakim są biopaliwa. Zakładam po prostu, że taki produkt istnieje, bo jest na niego popyt. Nie przychylam się do tezy, że "biopaliwa potęgują głód na świecie", bo zamiast roślin jadalnych, uprawia się rośliny oleiste, istnieje bowiem ogromna ilość ziemi, która leży odłogiem. Bardziej przemawia do mnie stanowisko hierarchów katolickich, którzy zauważają, że zboża powinny być używane zgodnie z ich naturalnym przeznaczeniem, a więc w celach spożywczych, a nie np. do palenia w piecu.
W Europie konsumuje się blisko 14 mln ton biopaliw (dane za 2010 r.). Najważniejszym biopaliwem jest biodiesel. W jego produkcji przodują firmy europejskie – najwięcej na świecie biodiesla produkują Niemcy, a potem – Francuzi. Z kolei na rynku bioetanolu – dominują Francuzi. Według prognoz w 2030 r. biopaliwa będą miały 8,5 proc. udział w światowej konsumpcji energii.
Aby ograniczyć konkurencję na rynku wewnętrznym i zapewnić dominującą rolę firm francuskich i niemieckich, Unia Europejska stosuje regulacje ekologiczne, posiadające cechy tzw. "zielonego protekcjonizmu". Dla ograniczenia konkurencji ze strony firm amerykańskich czy azjatyckich stosuje się systemy certyfikacji ekologicznej oraz normy bazujące na kontrowersyjnych wynikach badań.
Certyfikację dopuszczającą produkty na rynek unijny, prowadzi niemiecka spółka oraz stowarzyszenie ISCC System, w skład którego obok czołowych firm na rynku, wchodzą także organizacje o skrajnych poglądach ekologicznych takie jak WWF.
W ten sposób lansuje się nieaktualny już pogląd, jakoby biopaliwa oparte na rzepaku (jest to podstawowy surowiec do produkcji europejskiego biodiesla) czy soi, były bardziej "ekologiczne" od biopaliw importowanych czyli tych uzyskiwanych z trzciny cukrowej czy oleju palmowego, znacznie bardziej wydajnych pod względem ekonomicznym. Oczywiście "ekologiczność" dotyczy emisji gazów cieplarnianych powstałych w wyniku produkcji surowców i konsumpcji biopaliw.
Z badań Dra G. Pehnelta i Ch. Vietza, opublikowanych przez Uniwersytet w Jenie i Instytut Ekonomiczny im. Maxa Plancka, wynika, że w przypadku oleju palmowego, emisja dwutlenku węgla wynosi jedynie 37g na MJ, natomiast w przypadku soi jest to 58g, a w przypadku rzepaku 52g. Koszty produkcji biopaliw są natomiast porównywalne.
Widać więc wyraźnie, że gdyby europejskim biurokratom nie chodziło o faworyzowanie określonych przedsiębiorstw, dopuszczaliby do wolnej konkurencji na unijnym rynku, ze znacznymi korzyściami dla ochrony środowiska, w rozumieniu europejskiej polityki wobec zmian klimatu, zmierzającej do maksymalnej redukcji emisji dwutlenku węgla.
Tymczasem, wygląda na to, że ekologiczne intencje Europejczyków nie są szczere, dlatego więc, zamykają rynek przed konkurencyjnymi produktami z zagranicy w wyniku zielone protekcjonizmu i tym samym narażają się na wojnę handlową z firmami z obu Ameryk czy Azji. Poszkodowane kraje traktują zamykanie rynku jako łamanie zasad wolnego handlu i szykują pozew przeciwko UE na forum Światowej Organizacji Handlu (WTO).


Artykuł ukazał się w Najwyższym Czasie!
Read more »

Rodzina

Tradycyjna rodzina – podstawa każdego zdrowego społeczeństwa – jest zagrożona.

Polska posiada jeden z najniższych poziomie dzietności w Europie – 1,7 dziecka na kobietę. Gdybyśmy chcieli utrzymać nasz poziom życia w przyszłości, musielibyśmy przyjmować rocznie setki tysięcy imigrantów. Chyba nikt sobie nie wyobraża, że ulice naszych miast będą przypominać te z południowej Francji czy Niemiec, gdzie w zasadzie nie jest wiadomo, kto jest kim. Wybitny francuski pisarz Jean Raspail, już 40 lat temu przewidział, że Europę pokojowo opanują hordy barbarzyńców. Wtedy był uznawany za rasistę, dziś – za proroka.

Dlaczego tradycyjna rodzina? Bo tylko w wielodzietnej, zdrowej rodzinie, możemy być pewni, że nasze dzieci będą prawidłowo wzrastać, a my – rodzice, znajdziemy oparcie na starość. Na zachodzie nie jest to już takie pewne. Znam przypadek dużej rodziny w Belgii, gdzie piątka dzieci po śmierci ojca zgodnie sprzedała dom, a matkę umieściła w domu starców. W Szwecji, gdzie rodziców pali się po śmierci w krematoriach, które ogrzewają osiedla mieszkaniowe (uznaje się to za bardzo dobry przejaw myślenia ekologicznego), 80 proc. dzieci nie odbiera nawet urny z prochami. W Szwecji popełnia się najwięcej samobójstw na świecie. Podobnie dzieje się w Japonii, Niemczech, gdzie nikt już prawie nie jest chrzczony, a w poenerdowskich enklawach beznadziei większość ludzi mieszka samotnie, z kotem i butelką whiskey.

Państwo nie może zagwarantować nam emerytury. Systemy emerytalne konstruuje się zgodnie z uniwersalną maksymą: „emeryci popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem”. Wypłata naszych emerytur zależy od kondycji przyszłych pokoleń i od sytuacji gospodarczej naszego kraju. A jak Polska dba o rodzinę? Komisja Nadzoru Finansowego straszy młodych Polaków przed zakładaniem rodziny, wyliczając ile to milionów trzeba mieć na każde dziecko.

Dziecko nie jest kosztem. To nasza bezcenna, najpewniejsza i najbardziej satysfakcjonująca inwestycja. Pod warunkiem, że wychowają je rodzice, a nie telewizor. W dzisiejszych czasach trzeba mieć rzeczywiście dużo samozaparcia, aby przeciwstawić się nachalnej propagandzie cywilizacji śmierci. Jak wychować takie dzieci? Podobno bardzo prosto: wystarczy kochać i wymagać.

Felieton ukazał się w miesięczniku "25 pomysłów na firmę"
Read more »

Tuesday, December 06, 2011

Zielony protekcjonizm

W imię ochrony środowiska Unia Europejska wdraża regulacje służące przedsiębiorstwom z krajów o najsilniejszej pozycji politycznej. Jeśli słyszymy o "zrównoważonym rozwoju" czy "przeciwdziałaniu zmianom klimatu", możemy być pewni, że chodzi o regulacje korzystne dla wąskich grup interesów.

Weźmy pod lupę rynek biopaliw. Europejska konsumpcja biopaliw w 2010 r. wyniosła ok. 14 mln ton. Biopaliwa będą miały 8,5 proc. udział w światowej konsumpcji energii do 2030 r. Najważniejszym biopaliwem jest biodiesel, a jego największymi producentami są Niemcy i Francja. Francuzi są z kolei liderami w produkcji bioetanolu.
Biopaliwa w Europie wytwarza się głównie z rzepaku i soi. Jednocześnie, poprzez rozmaite praktyki protekcjonistyczne (np. wydawanie ekologicznych certyfikatów pod dyktando grup znanych ze skrajnych poglądów na ochronę środowiska, takich jak WWF), zamyka się rynek przed importem produktów ze znacznie bardziej wydajnych – olejów palmowych czy trzciny cukrowej.
Według badań Uniwersytetu w Jenie oraz Instytutu Ekonomicznego im. Maxa Plancka, przetwarzanie oleju palmowego zapewnia o 30 proc. większą redukcję emisji dwutlenku węgla niż produkcja biopaliw z rzepaku. Cena produkcji w przypadku obu surowców jest porównywalna. Warto przypomnieć, że UE postawiła przed sobą bardzo ambitne cele dotyczące wytwarzania 20 proc. energii do 2020 r. ze źródeł odnawialnych.
Jeśli ekologiczne intencje polityków są szczere, na rynku biopaliw powinny zostać zachowane zasady wolnej konkurencji. W przeciwnym przypadku Unię Europejską czeka bardzo kosztowny spór na forum Światowej Organizacji Handlu.

Komentarz ukazał się w Pulsie Biznesu
Read more »

Tuesday, November 22, 2011

Msza Trydencka w Gliwicach