Home



Monday, July 04, 2005

Socjalizm stosowany


Przyjęty przez stronę polska Krajowy Plan Rozdziału Uprawnień do emisji CO2 na lata 2005-2007 to typowy przykład centralnego sterowania gospodarką. Dokument został narzucony polskim przedsiębiorcom w wyniku przystąpienia naszego kraju do Protokołu z Kioto.

Ten biurokratyczny plan został przyjęty jeszcze w 2004 r. przez Ministerstwo Ochrony Środowiska po uzgodnieniach z Komisją Europejską. Ogranicza on w dużym stopniu wolność prowadzenia działalności gospodarczej poprzez wymuszenie na przedsiębiorstwach limitu emisji tzw. ?gazów cieplarnianych?, mających się rzekomo przyczyniać do ?efektu cieplarnianego?. Zmniejszenie produkcji, zwolnienia, a w ostateczności dodatkowe koszty produkcji i spadek konkurencyjności firm ? to efekty, na który rodzimy przemysł nie będzie musiał długo czekać.

Po limit do ministerstwa

Co ustanawia KPRU? W skrócie: ogranicza ilość emisji dwutlenku węgla w każdym z przedsiębiorstw do ustalonego z góry limitu. Biznes został postawiony na głowie: właściciel fabryki musi się głowić jak zmieścić się w granicach ustalonych przez urzędników, a nie jak dostosować wielkość produkcji do zapotrzebowania na rynku. Rzeczpospolita jest zobligowana do podobnych działań dyrektywą 2003/87/WE, która ma zapewnić Unii Europejskiej realizację celów zawartych w Protokole z Kioto.
Warto zauważyć, że w wyniku transformacji ustrojowej, Polska poczyniła znaczne postępy w redukcji zanieczyszczeń do atmosfery. Emisja dwutlenku siarki spadła o połowę, tlenków azotu o ponad 1/3 i w podobnych proporcjach innych trujących związków.
Mimo redukcji energochłonności gospodarki, polscy politycy zadecydowali się na nieodpowiedzialne posunięcie. Postanowili kolejny raz utrudnić życie rodzimemu przemysłowi, akurat w chwili, gdy wzrost gospodarczy będzie wzmagał popyt na energię, a co za tym idzie, zwiększenia spalania węgla, jako, że gospodarka energetyczna RP opiera się właśnie na tym źródle.
Urzędnicy z Warszawy tłumaczyli, że Polska będzie dysponowała dużymi nadwyżkami emisji, które będzie mogła potem sprzedawać z zyskiem na rynku. Jak zwykle ubiegli ich sprytniejsi koledzy z Brukseli, którzy obcięli Polsce dopuszczalne limity, wskutek czego będziemy musieli kupować je od innych. Przedsiębiorcy będą musieli w rezultacie kupować pozwolenia na produkcję od kontrahentów z zagranicy...

Fabryki na klucz, ludzie na bruk

Ograniczenia emisji obowiązują w całym przemyśle: elektroenergetyce, ciepłownictwie, przemyśle rafineryjnym, koksowniczym, hutniczym, cementowym, wapienniczym, szklarskim, ceramicznym, papierniczym, cukrowniczym, chemicznym. Całkowita liczba uprawnień przeznaczonych do rozdziału w ramach KPRU na najbliższe trzy lata wynosiła 286,2 tony, ale Unia Europejska okroiła nam przysługujące limity o ponad 16 %. Oznacza to, że trzeba będzie dostosowywać się do absurdalnych planów gospodarczych, jakże odległych od realiów polskiego przemysłu.
Otwarte pozostaje pytanie: na jakiej podstawie urzędnik, odizolowany od rzeczywistości gdzieś w biurowcu ze szkła i ze stali w centrum Brukseli, wie jaka będzie produkcja przemysłowa w Polsce w latach 2005-2007? Skąd biurokraci wiedzą, jaki poziom emisji będzie dobry dla konkretnego zakładu w Polsce? I wreszcie: jakimi przesłankami kierują się urzędnicy UE, skoro jednym ruchem kasują Polsce kilkanaście procent przysługujących jej uprawnień?
Jednak to nie ostatnie bulwersujące pytania, na jakie czytelnicy pewne potrafią odpowiedzieć sobie sami. Interesująca jest postawa strony Polskiej. Kto był odpowiedzialny za wdrażanie projektów proekologicznych nad Wisłą? Kto stoi za podpisaniem przez Polskę protokołu z Kioto, chociaż korzystniej byłoby zignorować ten absurdalny dokument, tak jak uczynili to Chińczycy czy Amerykanie? Kto decydował o wdrażaniu kolejnych elementów dyrektywy 2003/87/WE, skoro od początku było wiadomo, że jej efekty mogą być bardzo szkodliwe dla Polskiej gospodarki?

Lenin wiecznie żywy

Przywódca rewolucji rechocze pewnie w piekle widząc jak kolejne pokolenia głupich Europejczyków próbują okiełznać siły rynku. Krajowy Plan Rozdziału Uprawnień to centralne planowanie rodem z najlepszych lat Polskiej Republiki Ludowej. Urzędnik z Warszawy jedzie do Brukseli. Centrala ustala mu limit. Wraca do siebie. Dzieli limity dla poszczególnych dyrektorów. Wszystko się sypie. Urzędnik z Warszawy jedzie do urzędnika z Brukseli, przed którym czerwieni się i tłumaczy. I tak w kółko.
Jak rozdzielano limity emisyjne? Dokument Ministerstwa Ochrony Środowiska rozwiewa wszelkie wątpliwości. Nie na zasadzie optymalizacji produkcji, zwiększenia zysków i poprawy rentowności przedsiębiorstw. ?W szczególności za punkt wyjścia przyjęto względy sprawiedliwości i solidarności, zastosowane już przy formułowaniu celów emisyjnych dla poszczególnych krajów UE-15? ? czytamy w dokumencie.
Tak więc, rachunek ekonomiczny po raz kolejny przegrał z wartością najwyższą: sprawiedliwością społeczną. Rewolucyjne jest, że owa ?sprawiedliwość i solidarność? nie dotyczy wcale człowieka, lecz podporządkowuje go sile jeszcze wyższej: stanowi natury. Tyle, że ów ?dziewiczy stan natury? stracił dziewictwo z chwilą pojawienia się pierwszego człowieka, a powrót do tego prymitywnego stanu jest nierealny. Nawet jeśli wymagałby całkowitego zniszczenia cywilizacji przemysłowej i ludzkości, do czego najwyraźniej dążą współcześni socjaliści.
Urzędnicy twierdzą, że Polska startowała do Kioto z 30 proc. rezerwą na limity. Po redukcji tej liczby o połowę, zostaje kilkanaście procent, które trudno uznać za wielkość bezpieczną. Zresztą przyciśnięci do muru biurokraci nie potrafili wytłumaczyć skąd wzięli swoje liczby, którymi otumaniają opinie publiczną, gotową jeszcze uwierzyć, że będzie u nas czyściej, będziemy produkować więcej i jeszcze zbijemy majątek na handlu emisjami.

Zagrożenie dla Polski

Prawda jest taka, że wszelkie rządowe i brukselskie cyferki wyssane są z palca. Opasłe tomy opracowań naukowców z nadania można wsadzić między bajki. Wszelkie niezależne raporty (najczęściej amerykańskie, gdyż chyba tylko tam ludzie wykazują się postawą obywatelską, która nakazuje przynajmniej nie szkodzić własnemu krajowi), mówią, że koszty wprowadzenia ustaleń Protokołu z Kioto będą od 10-15 wyższe niż sugerują to dane oficjalne.
A ile straci na tym Polska? Według danych Polskiej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji, 900 mln każdego roku będzie kosztowało nasz kraj dopasowanie się do norm forsowanych pod szyldem ochrony środowiska. Wiele małych przedsiębiorstw zostanie zlikwidowanych ? nie będąc w stanie spełnić drakońskich przepisów.
Kolejne koszty mogą być związane z rosnącymi cenami energii. Michael Cupit dyrektor ds. emisji z firmy Ernst & Young przewiduje, że ceny gazu wzrosną o 20 proc., natomiast energii elektrycznej o 15 proc. Z kolei Dominika Anna Dzięgielewska z Międzynarodowego Instytutu Analiz Systemów Stosowanych przewiduje, że koszty transformacji ekologicznej będą pochłaniały nawet 3,5 proc. produktu narodowego brutto rocznie.
Jak bardzo nieodpowiedzialnym myśleniem wykazali się decydenci przy podpisywaniu zobowiązań ekologicznym niech świadczy fakt, że nie brano pod uwagę żadnych, ale to żadnych zagrożeń, czy ujemnych skutków, ratyfikacji poszczególnych dokumentów. Po prostu najwyraźniej musieliśmy przystać na wszystkie stawiane warunki bez względu na konsekwencje. ?Polska, bilansując swoje emisje i porównując je ze swoimi indywidualnymi zobowiązaniami ? nie widzi zagrożeń dla realizacji zobowiązań z Kioto?.
Tak więc w następnych miesiącach, gdy wyjdą na jaw straty, jakie ponosi gospodarka wskutek realizacji ?ekologicznej trzylatki? być może dowiemy się kto to jest ta ?Polska?, która niczego nie widziała, a wszystko podpisywała. Być może wówczas przemówią także Ci, którzy powinni mieć najwięcej do powiedzenia w swojej sprawie i których nie dopuszczono do debaty publicznej na temat Protokołu w Kioto ? przemysłowcy i przedsiębiorcy.

« Home