Nędza kinematografii
Obsypany zaszczytami i czołobitnymi recenzjami "Plac Zbawiciela" jest kolejnym propagandowym obrazem zrealizowanym za pieniądze podatników i uderzającym w wizerunek tradycyjnej rodziny, przedsiębiorczości i kapitalizmu.
Bardzo powściągliwe komentarze redakcyjnego kolegi Winiarczyka oraz oburzenie wynikające z osobistego zapoznania się z materiałem badawczym, skłoniły mnie do skupienia się nad ideowym pierwiastkiem w kinematografii. Pastwić się będą naturalnie nad najnowszym filmem pana Krzysztofa Krauzego i jego małżonki.
Zaznaczam, że "oglądam ponad 100 filmów rocznie" i lubię także lewackie produkty w rodzaju Kena Loacha, mniemając, że wrażenia estetyczne, humor lub dobra zabawa, w wielu przypadkach czynią nieistotnym przesłanie ideologiczne.
Gdy jednak za pieniądze podatnika w zeszłym roku na Festiwalu w Gdyni wygrywa film o katoliku dłubiącym figurki Matki Boskiej i katującym swojego jedynego syna, w tym roku nagradzany jest obraz o patologicznej rodzinie zniszczonej przez prawa rynku, to w przyszłym być może kandydatem będzie lekki proaborcyjny pornos z zakonnicami w roli głównej.
Niestety kino stało się orężem walki rewolucyjnej. Można dojść do takiego wniosku po obejrzeniu kolejnego dramatu o Żydzie-homoseksualiście gnębionym przez los, albo o wspaniałych neomarksistach dokonujących wbrew prawu eutanazji swojego przyjaciela. Tak samo ma się z filmem ?Plac Zbawiciela?. Pozwolicie państwo, że wcielę się w rolę inkwizytora i krzyknę ?nie pozwalam!?.
Zresztą wydaje mi się to moralnie słuszne, jeśli obraz ten ?gorszy maluczkich?. Może kogoś skłonię do wrzucenia tych kilkunastu złotych na tacę, zamiast to kasy multipleksu.
Dawniej byłoby prosto: kłamstwo, herezja, proces, na stos i po krzyku sprawa załatwiona. Dzisiaj, zamiast brewiarza czyta się porno-literaturę, a zamiast nieszporów chodzi się do kina. Wielu może więc poczuć się zgorszonym oglądaniem dzieła, które skupia się na najczarniejszych stronach ludzkiej duszy i przedstawia rzeczywistość dokładnie na opak.
Warto też zauważyć pracę lewackich propagandystów kulturowych. Recenzje wynosiły na niebiosa dzieło pana Krauzego, a ?Gazeta Wyborcza? napisała, że w filmie może przejrzeć się jak w zwierciadle każda polska rodzina. Dzieło wsparły Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Telewizja Polska S.A. Jako podatnik nie życzę sobie, aby tego typu obrazy powstawały za moje pieniądze.
?Plac Zbawiciela? jest dramatem przedstawiającym rozpad przeciętnej rodziny. Kura domowa z dwójką dzieci wprowadza się do teściowej, aby przeczekać do oddania nowego mieszkania przez developera. Obraz ma dwie tezy. Teza pierwsza: największym źródłem patologii jest tradycyjna rodzina. Teza druga: za nieszczęścia ludzi odpowiedzialny jest dziki kapitalizm. Kura domowa mogłaby zrobić w odpowiednim czasie aborcję i iść do roboty, zamiast marnować się w domu. Zresztą to chyba kapitalizm jest winny za wszystko.
Jak tu żyć? Kapitaliści przecież wyzyskują. Szef obiecuje ojcu rodziny ?udziały?, ale zwleka z roku na rok. Praca dla żony może by się znalazła, ale od 9.00-21.00. W dodatku zakładowi teściowej zagraża? prywatyzacja (czyli zwolnienia)! Gdyby socjalne funkcje państwa były należycie rozbudowane? Ale nie. W przedszkolach brakuje miejsc. A jak są miejsca, trzeba płacić.
Czarę goryczy dopełnia bankructwo developera i bezwzględność banków. Nie wiadomo jednak, czy developer to oszust i buja się za ich pieniądze, gdzieś na Kanarach, czy te przeklęte banki zabezpieczyły swoje należności. W dodatku te cholerne pieniądze. Na wszystko trzeba je mieć: na zakupy, hamburgery i szewca?
W końcu patologiczną rodzinę (w domyśle: każdą) czeka przeznaczenie. Ojciec zdradza. Z kim? Oczywiście z bezwzględną ?ekonomistką? (miało być chyba menedżerką, ale ?my artyści nie znamy się na ekonomii? jak łamiącym się głosem wyznał mediom Andrzej Seweryn, gdy okazało się, że związek artystów, którym kierował kupił akcje bankrutującej stoczni). Ekonomistką zimną jak lód i myślącą tylko o jednym.
Finał jest taki, że matka załamuje się i próbuje zabić siebie i dzieci. Tak pewnie zwykle dzieje się w patologicznych-tradycyjnych rodzinach, gdy nakładają się problemy kasy i zdrady, myśli widz. Film jest fałszywy. Jego fałszywość obnaża sposób realizacji ? stylizowany na paradokument. Znam mnóstwo przypadków, gdy rodzina wychodziła mocniejsza z przedstawianych sytuacji. Nawet, gdy zbankrutował developer, okazywało się, że cementują ją wyższe wartości.
Może państwo reżyserzy tego nie wiedzą? Może już polscy artyści zupełnie postradali poczucie rzeczywistości? Może warto czasem opuścić zadymione kawiarnie wielkich miast, gdzie obserwowanie fałszu, zdrad i upadków są jedyną rozrywka postępowych ?elytek? i dostrzec, że istnieje także pozostała część społeczeństwa?
To wyzwanie jest zbyt ryzykowne. Wówczas mogłoby się okazać, że w tych tysiącach zbudowanych ciężką pracą domów, mieszkają szczęśliwe, troszczące się o siebie, kochające się i zarazem wierzące rodziny. ? I co w tym ciekawego? ? odpowiedziałby reżyser. ? Przecież to takie banalne, nudne i prostackie? A przecież na obnażenie tradycjonalistyczno-kapitalistycznych patologii zawsze znajdą się państwowe dotacje.
Bardzo powściągliwe komentarze redakcyjnego kolegi Winiarczyka oraz oburzenie wynikające z osobistego zapoznania się z materiałem badawczym, skłoniły mnie do skupienia się nad ideowym pierwiastkiem w kinematografii. Pastwić się będą naturalnie nad najnowszym filmem pana Krzysztofa Krauzego i jego małżonki.
Zaznaczam, że "oglądam ponad 100 filmów rocznie" i lubię także lewackie produkty w rodzaju Kena Loacha, mniemając, że wrażenia estetyczne, humor lub dobra zabawa, w wielu przypadkach czynią nieistotnym przesłanie ideologiczne.
Gdy jednak za pieniądze podatnika w zeszłym roku na Festiwalu w Gdyni wygrywa film o katoliku dłubiącym figurki Matki Boskiej i katującym swojego jedynego syna, w tym roku nagradzany jest obraz o patologicznej rodzinie zniszczonej przez prawa rynku, to w przyszłym być może kandydatem będzie lekki proaborcyjny pornos z zakonnicami w roli głównej.
Niestety kino stało się orężem walki rewolucyjnej. Można dojść do takiego wniosku po obejrzeniu kolejnego dramatu o Żydzie-homoseksualiście gnębionym przez los, albo o wspaniałych neomarksistach dokonujących wbrew prawu eutanazji swojego przyjaciela. Tak samo ma się z filmem ?Plac Zbawiciela?. Pozwolicie państwo, że wcielę się w rolę inkwizytora i krzyknę ?nie pozwalam!?.
Zresztą wydaje mi się to moralnie słuszne, jeśli obraz ten ?gorszy maluczkich?. Może kogoś skłonię do wrzucenia tych kilkunastu złotych na tacę, zamiast to kasy multipleksu.
Dawniej byłoby prosto: kłamstwo, herezja, proces, na stos i po krzyku sprawa załatwiona. Dzisiaj, zamiast brewiarza czyta się porno-literaturę, a zamiast nieszporów chodzi się do kina. Wielu może więc poczuć się zgorszonym oglądaniem dzieła, które skupia się na najczarniejszych stronach ludzkiej duszy i przedstawia rzeczywistość dokładnie na opak.
Warto też zauważyć pracę lewackich propagandystów kulturowych. Recenzje wynosiły na niebiosa dzieło pana Krauzego, a ?Gazeta Wyborcza? napisała, że w filmie może przejrzeć się jak w zwierciadle każda polska rodzina. Dzieło wsparły Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Telewizja Polska S.A. Jako podatnik nie życzę sobie, aby tego typu obrazy powstawały za moje pieniądze.
?Plac Zbawiciela? jest dramatem przedstawiającym rozpad przeciętnej rodziny. Kura domowa z dwójką dzieci wprowadza się do teściowej, aby przeczekać do oddania nowego mieszkania przez developera. Obraz ma dwie tezy. Teza pierwsza: największym źródłem patologii jest tradycyjna rodzina. Teza druga: za nieszczęścia ludzi odpowiedzialny jest dziki kapitalizm. Kura domowa mogłaby zrobić w odpowiednim czasie aborcję i iść do roboty, zamiast marnować się w domu. Zresztą to chyba kapitalizm jest winny za wszystko.
Jak tu żyć? Kapitaliści przecież wyzyskują. Szef obiecuje ojcu rodziny ?udziały?, ale zwleka z roku na rok. Praca dla żony może by się znalazła, ale od 9.00-21.00. W dodatku zakładowi teściowej zagraża? prywatyzacja (czyli zwolnienia)! Gdyby socjalne funkcje państwa były należycie rozbudowane? Ale nie. W przedszkolach brakuje miejsc. A jak są miejsca, trzeba płacić.
Czarę goryczy dopełnia bankructwo developera i bezwzględność banków. Nie wiadomo jednak, czy developer to oszust i buja się za ich pieniądze, gdzieś na Kanarach, czy te przeklęte banki zabezpieczyły swoje należności. W dodatku te cholerne pieniądze. Na wszystko trzeba je mieć: na zakupy, hamburgery i szewca?
W końcu patologiczną rodzinę (w domyśle: każdą) czeka przeznaczenie. Ojciec zdradza. Z kim? Oczywiście z bezwzględną ?ekonomistką? (miało być chyba menedżerką, ale ?my artyści nie znamy się na ekonomii? jak łamiącym się głosem wyznał mediom Andrzej Seweryn, gdy okazało się, że związek artystów, którym kierował kupił akcje bankrutującej stoczni). Ekonomistką zimną jak lód i myślącą tylko o jednym.
Finał jest taki, że matka załamuje się i próbuje zabić siebie i dzieci. Tak pewnie zwykle dzieje się w patologicznych-tradycyjnych rodzinach, gdy nakładają się problemy kasy i zdrady, myśli widz. Film jest fałszywy. Jego fałszywość obnaża sposób realizacji ? stylizowany na paradokument. Znam mnóstwo przypadków, gdy rodzina wychodziła mocniejsza z przedstawianych sytuacji. Nawet, gdy zbankrutował developer, okazywało się, że cementują ją wyższe wartości.
Może państwo reżyserzy tego nie wiedzą? Może już polscy artyści zupełnie postradali poczucie rzeczywistości? Może warto czasem opuścić zadymione kawiarnie wielkich miast, gdzie obserwowanie fałszu, zdrad i upadków są jedyną rozrywka postępowych ?elytek? i dostrzec, że istnieje także pozostała część społeczeństwa?
To wyzwanie jest zbyt ryzykowne. Wówczas mogłoby się okazać, że w tych tysiącach zbudowanych ciężką pracą domów, mieszkają szczęśliwe, troszczące się o siebie, kochające się i zarazem wierzące rodziny. ? I co w tym ciekawego? ? odpowiedziałby reżyser. ? Przecież to takie banalne, nudne i prostackie? A przecież na obnażenie tradycjonalistyczno-kapitalistycznych patologii zawsze znajdą się państwowe dotacje.

« Home