Home



Monday, September 25, 2006

Sprywatyzować drogi

Za fatalny stan rodzimej infrastruktury, łącznie z niską jakością dróg oraz wysoką wypadkowością i śmiertelnością wśród kierowców odpowiedzialne jest państwo.

Media głównego nurtu wraz z ich głównym zleceniodawcą: organizacjami administracji rządowej kontynuują nagonkę na obywateli. Według policji i mediów pracujących dla dobrego imienia państwa, główną winę za wypadki i śmiertelność na drogach ponoszą piraci drogowi (potencjalnie każdy z nas), a w dalszym przypadku zła jakość techniczna aut, czy pogoda. O fatalnym stanie polskich dróg, prymitywnych rozwiązaniach komunikacyjnych czy idiotycznych przepisach, z zasady się nie wspomina.
Tymczasem trzeba sobie jasno powiedzieć: za gros zdarzeń na drogach nie odpowiadają wyłącznie pijacy, gangsterzy i rajdowcy za kółkiem ? bo taki jest stereotypowy obraz polskiego użytkownika dróg lansowany przez reżimową propagandę. Wiele ofiar wypadków żyłoby do dziś, gdyby nie infrastruktura obsługiwana przez państwo, niespotykana w innych bardziej pod tym względem cywilizowanych krajach socjal-kapitalizmu. Prawdopodobieństwo przeżycia w wypadku drogowym jest niskie, ponieważ kierowca bądź pasażer skazani są nie tylko na państwową drogę, ale także na państwowe służby ratownicze.
Naturalnie administracja w chwilach bezradności zwykle zwala winę na obywatela. Tak jest i w tym przypadku. A przecież nietrudno odgadnąć, że wiele z tragicznych wypadków serwowanych przez serwisy informacyjne, wiele z tragedii pokazywanych ku przestrodze przez nachalne propagandowe audycje policyjne nie miałoby miejsca, gdyby kierowcy jeździli kilkupasmowymi równymi jak stół autostradami, a nie po upstrzonymi dziurami wielkimi jak leje od bomb, krzywymi, rozpływającymi się latem, a pękającymi zimą, polskimi drogami.
Podróż polskimi szosami to festiwal zabobonów i czarnej magii. Na poboczach pstrzą się krzyże, wraki aut, imitacje radiowozów i fotoradarów, sobowtóry uśmiechniętych policjantów, trupie czachy czarnych punktów, powodujące rozkojarzenie plakaty kampanii społecznych i inne zaklęcia tolerowane przez rządowych specjalistów od transportu. Zamiast zaklęć bezpieczniej byłoby zrównać tę tandetę z ziemią i na tym pogorzelisku wybudować dodatkowe pasy jezdni.
Konkurencja na rynku dróg z pewnością rozwiązałaby problem. Kierowcy wybieraliby trasy lepsze, krótsze i tańsze. Państwowe dziurawe i niebezpieczne szosy stałyby puste wraz z rozczarowanym personelem mundurowym pobierającym haracze, dzięki ustawowej bezkarności i represyjnemu systemowi mandatów karnych. Być może powstałyby drogi wyłącznie z sugerowanymi limitami prędkości, co pajaców z ?suszarkami? odsyłałoby na bezrobocie.
Państwo nie dba o zdrowie kierowców. Sam przejeżdżam wiele razy dziennie przez skrzyżowania, które wystarczyłoby wyposażyć w światła, aby uratować ludzkie życie. Grzech zaniedbania obciąża polityków, urzędników, policjantów. Z Katowic do Warszawy nie da się nie przejechać nie łamiąc przepisów. Notoryczne prace remontowe plus idiotyczne ograniczenia prędkości sprawiają, że zgodnie ze znakami podróż zajmowałaby co najmniej 5 godzin jazdy.
Należy zdać sobie także sprawę, że państwo zmusza nas do korzystania z niskiej jakości dróg, wprowadza dodatkowy element ryzyka i samo stwarza sytuacje niebezpieczne. W przypadku tylu niebezpieczeństw karanie kierowców za większość wykroczeń jest po prostu niesprawiedliwe. To niewydolna infrastruktura jest odpowiedzialna za większość wykroczeń, które nie zdarzałyby się, gdyby np. kierowcy podróżowali do Warszawy sześciopasmowa autostradą. Jeśli państwo nie potrafi dostarczyć tego typu infrastruktury, zamiast okradać podatników i karać niewinnych kierowców za wykroczenia za które notabene nie są winni, administracja powinna rozważyć prywatyzację dróg i autostrad.
Oczywiście nie jest to utopia, zarówno w świetle współczesnego popytu na korzystanie z infrastruktury, jak i dostępnych technologii. Nawet najbardziej poplątany system dróg metropolii można w pełni sprywatyzować, tak aby kierowca ponosił opłaty rozliczane automatycznie z jego konta. Każdy kilometr wychodziłby znacznie taniej niż dziś. Naturalnie prywatni właściciele dróg musieliby zawrzeć z państwem odpowiednie umowy na wypadek wojny, ponieważ wiadomo jest to zasób strategiczny.
Polacy mają nowego idola ? Roberta Kubicę, policjanci mają nowego wroga ? bo niewątpliwie wielu rodaków na co dzień będzie starało się naśladować utalentowanego kierowcę Formuły 1. W rozterce są politycy. Kubica w każdym z wywiadów namawia: chcesz się rozwijać ? emigruj z Polski. A przecież biurokraci wiedzą już jak uczynić z rajdów samochodowych sport narodowy. Zaczęliby od powołania Polskiego Związku Formuły 1. Potem nakazaliby lepić winiety na budowę toru wyścigowego pod Krakowem. Na końcu wybraliby w przetargu firmę remontową zgodnie z naczelną zasadą socjalizmu drogowego: ?wy jeszcze nie wybudowaliście, a my z remontem już się spóźniamy?.
Sukces Kubicy już posłużył etatowym gadającym głowom do prewencyjnego represjonowania kierowców. Papluły prorokują rozkwit zainteresowania sportami rajdowymi ponieważ: ?odpowiada to temperamentowi Polaków za kółkiem, co widać po liczbie wypadków?. Natomiast za najbardziej widowiskowe z całego wyścigu uznali właśnie? samochodowe kraksy.
Podczas, gdy Robert Kubica zbiera pierwsze punkty ścigając się z najlepszymi, rodzimi kierowcy zbierają punkty na drogach. Ten represyjny system zabierania praw jazdy po przekroczeniu 24 punktów musiał zostać uzgodniony przez jedne z najbardziej skorumpowanych grup zawodowych w Polsce: policję i ośrodki egzaminacyjne praw jazdy. Przecież jest alogiczne wysyłanie doświadczonego kierowcę do ponownego zdawania egzaminu. Czy przepisy się zmieniły? Czy nabędzie on w ośrodku dodatkowych umiejętności? System punktowy jest raczej materializacją frustracji obu grup zawodowych, które utraciły dodatkowe dochody z łapówkarstwa. Teraz kasa trafia do szefów ośrodków i jest dzielona pomiędzy egzaminatorów, sekretarki i sprzątaczki.
Na marginesie wielu opisów, publikowanych ostatnio w Najwyższym Czasie!, przekraczania uprawnień przez ?stróżów prawa?, nadużyć i wystąpień (po części całkiem legalnym!) przeciwko osobom i mieniu obywateli, należałoby zbadać stopień represjonowania społeczeństwa przez policję. Zapewne każdy z czytelników zetknął się z tym zjawiskiem. Efektem badań mógłby być swego rodzaju poradnik praw jednostki wobec policji i przed sądem, a także konkretne rozwiązania prawne, które ukróciłyby bezkarność władzy a poszerzyłyby zakres wolności indywidualnej obywatela.

« Home