Home



Thursday, September 28, 2006

Nędza kinematografii

Obsypany zaszczytami i czołobitnymi recenzjami "Plac Zbawiciela" jest kolejnym propagandowym obrazem zrealizowanym za pieniądze podatników i uderzającym w wizerunek tradycyjnej rodziny, przedsiębiorczości i kapitalizmu.

Bardzo powściągliwe komentarze redakcyjnego kolegi Winiarczyka oraz oburzenie wynikające z osobistego zapoznania się z materiałem badawczym, skłoniły mnie do skupienia się nad ideowym pierwiastkiem w kinematografii. Pastwić się będą naturalnie nad najnowszym filmem pana Krzysztofa Krauzego i jego małżonki.
Zaznaczam, że "oglądam ponad 100 filmów rocznie" i lubię także lewackie produkty w rodzaju Kena Loacha, mniemając, że wrażenia estetyczne, humor lub dobra zabawa, w wielu przypadkach czynią nieistotnym przesłanie ideologiczne.
Gdy jednak za pieniądze podatnika w zeszłym roku na Festiwalu w Gdyni wygrywa film o katoliku dłubiącym figurki Matki Boskiej i katującym swojego jedynego syna, w tym roku nagradzany jest obraz o patologicznej rodzinie zniszczonej przez prawa rynku, to w przyszłym być może kandydatem będzie lekki proaborcyjny pornos z zakonnicami w roli głównej.
Niestety kino stało się orężem walki rewolucyjnej. Można dojść do takiego wniosku po obejrzeniu kolejnego dramatu o Żydzie-homoseksualiście gnębionym przez los, albo o wspaniałych neomarksistach dokonujących wbrew prawu eutanazji swojego przyjaciela. Tak samo ma się z filmem ?Plac Zbawiciela?. Pozwolicie państwo, że wcielę się w rolę inkwizytora i krzyknę ?nie pozwalam!?.
Zresztą wydaje mi się to moralnie słuszne, jeśli obraz ten ?gorszy maluczkich?. Może kogoś skłonię do wrzucenia tych kilkunastu złotych na tacę, zamiast to kasy multipleksu.
Dawniej byłoby prosto: kłamstwo, herezja, proces, na stos i po krzyku sprawa załatwiona. Dzisiaj, zamiast brewiarza czyta się porno-literaturę, a zamiast nieszporów chodzi się do kina. Wielu może więc poczuć się zgorszonym oglądaniem dzieła, które skupia się na najczarniejszych stronach ludzkiej duszy i przedstawia rzeczywistość dokładnie na opak.
Warto też zauważyć pracę lewackich propagandystów kulturowych. Recenzje wynosiły na niebiosa dzieło pana Krauzego, a ?Gazeta Wyborcza? napisała, że w filmie może przejrzeć się jak w zwierciadle każda polska rodzina. Dzieło wsparły Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Telewizja Polska S.A. Jako podatnik nie życzę sobie, aby tego typu obrazy powstawały za moje pieniądze.
?Plac Zbawiciela? jest dramatem przedstawiającym rozpad przeciętnej rodziny. Kura domowa z dwójką dzieci wprowadza się do teściowej, aby przeczekać do oddania nowego mieszkania przez developera. Obraz ma dwie tezy. Teza pierwsza: największym źródłem patologii jest tradycyjna rodzina. Teza druga: za nieszczęścia ludzi odpowiedzialny jest dziki kapitalizm. Kura domowa mogłaby zrobić w odpowiednim czasie aborcję i iść do roboty, zamiast marnować się w domu. Zresztą to chyba kapitalizm jest winny za wszystko.
Jak tu żyć? Kapitaliści przecież wyzyskują. Szef obiecuje ojcu rodziny ?udziały?, ale zwleka z roku na rok. Praca dla żony może by się znalazła, ale od 9.00-21.00. W dodatku zakładowi teściowej zagraża? prywatyzacja (czyli zwolnienia)! Gdyby socjalne funkcje państwa były należycie rozbudowane? Ale nie. W przedszkolach brakuje miejsc. A jak są miejsca, trzeba płacić.
Czarę goryczy dopełnia bankructwo developera i bezwzględność banków. Nie wiadomo jednak, czy developer to oszust i buja się za ich pieniądze, gdzieś na Kanarach, czy te przeklęte banki zabezpieczyły swoje należności. W dodatku te cholerne pieniądze. Na wszystko trzeba je mieć: na zakupy, hamburgery i szewca?
W końcu patologiczną rodzinę (w domyśle: każdą) czeka przeznaczenie. Ojciec zdradza. Z kim? Oczywiście z bezwzględną ?ekonomistką? (miało być chyba menedżerką, ale ?my artyści nie znamy się na ekonomii? jak łamiącym się głosem wyznał mediom Andrzej Seweryn, gdy okazało się, że związek artystów, którym kierował kupił akcje bankrutującej stoczni). Ekonomistką zimną jak lód i myślącą tylko o jednym.
Finał jest taki, że matka załamuje się i próbuje zabić siebie i dzieci. Tak pewnie zwykle dzieje się w patologicznych-tradycyjnych rodzinach, gdy nakładają się problemy kasy i zdrady, myśli widz. Film jest fałszywy. Jego fałszywość obnaża sposób realizacji ? stylizowany na paradokument. Znam mnóstwo przypadków, gdy rodzina wychodziła mocniejsza z przedstawianych sytuacji. Nawet, gdy zbankrutował developer, okazywało się, że cementują ją wyższe wartości.
Może państwo reżyserzy tego nie wiedzą? Może już polscy artyści zupełnie postradali poczucie rzeczywistości? Może warto czasem opuścić zadymione kawiarnie wielkich miast, gdzie obserwowanie fałszu, zdrad i upadków są jedyną rozrywka postępowych ?elytek? i dostrzec, że istnieje także pozostała część społeczeństwa?
To wyzwanie jest zbyt ryzykowne. Wówczas mogłoby się okazać, że w tych tysiącach zbudowanych ciężką pracą domów, mieszkają szczęśliwe, troszczące się o siebie, kochające się i zarazem wierzące rodziny. ? I co w tym ciekawego? ? odpowiedziałby reżyser. ? Przecież to takie banalne, nudne i prostackie? A przecież na obnażenie tradycjonalistyczno-kapitalistycznych patologii zawsze znajdą się państwowe dotacje.
Read more »

Monday, September 25, 2006

Sprywatyzować drogi

Za fatalny stan rodzimej infrastruktury, łącznie z niską jakością dróg oraz wysoką wypadkowością i śmiertelnością wśród kierowców odpowiedzialne jest państwo.

Media głównego nurtu wraz z ich głównym zleceniodawcą: organizacjami administracji rządowej kontynuują nagonkę na obywateli. Według policji i mediów pracujących dla dobrego imienia państwa, główną winę za wypadki i śmiertelność na drogach ponoszą piraci drogowi (potencjalnie każdy z nas), a w dalszym przypadku zła jakość techniczna aut, czy pogoda. O fatalnym stanie polskich dróg, prymitywnych rozwiązaniach komunikacyjnych czy idiotycznych przepisach, z zasady się nie wspomina.
Tymczasem trzeba sobie jasno powiedzieć: za gros zdarzeń na drogach nie odpowiadają wyłącznie pijacy, gangsterzy i rajdowcy za kółkiem ? bo taki jest stereotypowy obraz polskiego użytkownika dróg lansowany przez reżimową propagandę. Wiele ofiar wypadków żyłoby do dziś, gdyby nie infrastruktura obsługiwana przez państwo, niespotykana w innych bardziej pod tym względem cywilizowanych krajach socjal-kapitalizmu. Prawdopodobieństwo przeżycia w wypadku drogowym jest niskie, ponieważ kierowca bądź pasażer skazani są nie tylko na państwową drogę, ale także na państwowe służby ratownicze.
Naturalnie administracja w chwilach bezradności zwykle zwala winę na obywatela. Tak jest i w tym przypadku. A przecież nietrudno odgadnąć, że wiele z tragicznych wypadków serwowanych przez serwisy informacyjne, wiele z tragedii pokazywanych ku przestrodze przez nachalne propagandowe audycje policyjne nie miałoby miejsca, gdyby kierowcy jeździli kilkupasmowymi równymi jak stół autostradami, a nie po upstrzonymi dziurami wielkimi jak leje od bomb, krzywymi, rozpływającymi się latem, a pękającymi zimą, polskimi drogami.
Podróż polskimi szosami to festiwal zabobonów i czarnej magii. Na poboczach pstrzą się krzyże, wraki aut, imitacje radiowozów i fotoradarów, sobowtóry uśmiechniętych policjantów, trupie czachy czarnych punktów, powodujące rozkojarzenie plakaty kampanii społecznych i inne zaklęcia tolerowane przez rządowych specjalistów od transportu. Zamiast zaklęć bezpieczniej byłoby zrównać tę tandetę z ziemią i na tym pogorzelisku wybudować dodatkowe pasy jezdni.
Konkurencja na rynku dróg z pewnością rozwiązałaby problem. Kierowcy wybieraliby trasy lepsze, krótsze i tańsze. Państwowe dziurawe i niebezpieczne szosy stałyby puste wraz z rozczarowanym personelem mundurowym pobierającym haracze, dzięki ustawowej bezkarności i represyjnemu systemowi mandatów karnych. Być może powstałyby drogi wyłącznie z sugerowanymi limitami prędkości, co pajaców z ?suszarkami? odsyłałoby na bezrobocie.
Państwo nie dba o zdrowie kierowców. Sam przejeżdżam wiele razy dziennie przez skrzyżowania, które wystarczyłoby wyposażyć w światła, aby uratować ludzkie życie. Grzech zaniedbania obciąża polityków, urzędników, policjantów. Z Katowic do Warszawy nie da się nie przejechać nie łamiąc przepisów. Notoryczne prace remontowe plus idiotyczne ograniczenia prędkości sprawiają, że zgodnie ze znakami podróż zajmowałaby co najmniej 5 godzin jazdy.
Należy zdać sobie także sprawę, że państwo zmusza nas do korzystania z niskiej jakości dróg, wprowadza dodatkowy element ryzyka i samo stwarza sytuacje niebezpieczne. W przypadku tylu niebezpieczeństw karanie kierowców za większość wykroczeń jest po prostu niesprawiedliwe. To niewydolna infrastruktura jest odpowiedzialna za większość wykroczeń, które nie zdarzałyby się, gdyby np. kierowcy podróżowali do Warszawy sześciopasmowa autostradą. Jeśli państwo nie potrafi dostarczyć tego typu infrastruktury, zamiast okradać podatników i karać niewinnych kierowców za wykroczenia za które notabene nie są winni, administracja powinna rozważyć prywatyzację dróg i autostrad.
Oczywiście nie jest to utopia, zarówno w świetle współczesnego popytu na korzystanie z infrastruktury, jak i dostępnych technologii. Nawet najbardziej poplątany system dróg metropolii można w pełni sprywatyzować, tak aby kierowca ponosił opłaty rozliczane automatycznie z jego konta. Każdy kilometr wychodziłby znacznie taniej niż dziś. Naturalnie prywatni właściciele dróg musieliby zawrzeć z państwem odpowiednie umowy na wypadek wojny, ponieważ wiadomo jest to zasób strategiczny.
Polacy mają nowego idola ? Roberta Kubicę, policjanci mają nowego wroga ? bo niewątpliwie wielu rodaków na co dzień będzie starało się naśladować utalentowanego kierowcę Formuły 1. W rozterce są politycy. Kubica w każdym z wywiadów namawia: chcesz się rozwijać ? emigruj z Polski. A przecież biurokraci wiedzą już jak uczynić z rajdów samochodowych sport narodowy. Zaczęliby od powołania Polskiego Związku Formuły 1. Potem nakazaliby lepić winiety na budowę toru wyścigowego pod Krakowem. Na końcu wybraliby w przetargu firmę remontową zgodnie z naczelną zasadą socjalizmu drogowego: ?wy jeszcze nie wybudowaliście, a my z remontem już się spóźniamy?.
Sukces Kubicy już posłużył etatowym gadającym głowom do prewencyjnego represjonowania kierowców. Papluły prorokują rozkwit zainteresowania sportami rajdowymi ponieważ: ?odpowiada to temperamentowi Polaków za kółkiem, co widać po liczbie wypadków?. Natomiast za najbardziej widowiskowe z całego wyścigu uznali właśnie? samochodowe kraksy.
Podczas, gdy Robert Kubica zbiera pierwsze punkty ścigając się z najlepszymi, rodzimi kierowcy zbierają punkty na drogach. Ten represyjny system zabierania praw jazdy po przekroczeniu 24 punktów musiał zostać uzgodniony przez jedne z najbardziej skorumpowanych grup zawodowych w Polsce: policję i ośrodki egzaminacyjne praw jazdy. Przecież jest alogiczne wysyłanie doświadczonego kierowcę do ponownego zdawania egzaminu. Czy przepisy się zmieniły? Czy nabędzie on w ośrodku dodatkowych umiejętności? System punktowy jest raczej materializacją frustracji obu grup zawodowych, które utraciły dodatkowe dochody z łapówkarstwa. Teraz kasa trafia do szefów ośrodków i jest dzielona pomiędzy egzaminatorów, sekretarki i sprzątaczki.
Na marginesie wielu opisów, publikowanych ostatnio w Najwyższym Czasie!, przekraczania uprawnień przez ?stróżów prawa?, nadużyć i wystąpień (po części całkiem legalnym!) przeciwko osobom i mieniu obywateli, należałoby zbadać stopień represjonowania społeczeństwa przez policję. Zapewne każdy z czytelników zetknął się z tym zjawiskiem. Efektem badań mógłby być swego rodzaju poradnik praw jednostki wobec policji i przed sądem, a także konkretne rozwiązania prawne, które ukróciłyby bezkarność władzy a poszerzyłyby zakres wolności indywidualnej obywatela.
Read more »

Thursday, September 21, 2006

Azja ignoruje Protokół z Kioto

Ani Chiny, ani Indonezja, ani Korea Południowa nie będą ograniczały emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Takie decyzje zapadły podczas 6 szczytu Europa-Azja, który zakończył się w zeszłym tygodniu w Helsinkach.

Kraje azjatyckie nie będą przystępowały do Protokołu z Kioto i ograniczały emisji gazów cieplarnianych. Powodów jest wiele. Przede wszystkim irracjonalność takiej polityki w warunkach dynamicznego wzrostu gospodarczego i zwiększającego się popytu na energię. Kraje Azji nie pozwolą sobie na spowolnienie rozwoju gospodarki. Innym argumentem, który pojawił się na szczycie w stolicy Finlandii, było obciążenie krajów Europy za zanieczyszczenie atmosfery.
Szczyt Europa-Azja to już szóste spotkanie kontynentów, zapoczątkowane w Tajlandii. Do omawianych spraw politycznych i gospodarczych, doszły ostatnio kwestie ochrony środowiska. Wspólna deklaracja na temat zmiany klimatu osiągnięta w Helsinkach jest wyłącznie pustosłowiem. 25 krajów Unii Europejskiej oraz 11 państw azjatyckich przyjęło politycznie poprawny dokument, jak zwykle bez żadnych konkretnych zobowiązań czy ustaleń.
Niewątpliwie kolejnym propagandowym sukcesem ekofanatyków jest wiązanie zmian klimatu z biedą krajów Trzeciego Świata. Ten tani ale skuteczny propagandowy chwyt ma za zadanie odwrócenie uwagi opinii publicznej, że bieda w krajach Trzeciego Świata jest wynikiem protekcjonistycznej, interwencjonistycznej i biurokratycznej polityki krajów bogatych. Dlatego za biedę i choroby w krajach Czarnej Afryki ekolodzy i socjaliści postanowili obwiniać rozwinięte kraje Zachodu.
To bogacze są winni biedy w Afryce, ponieważ ich nadmiernie rozwinięty przemysł zatruwa środowisko naturalne. Przez kwitnące fabryki w UE, jest coraz cieplej i brakuje wody na innych kontynentach ? brzmi najnowsza wersja przekazu. Stąd biorą się postulaty ?zrównoważonego wzrostu gospodarczego? czyli ograniczenia wzrostu gospodarczego w Europie za wszelką cenę.
Tymczasem brukselski think-tank Instytut Economique Molinari ogłosił najnowszy raport o kosztach i skutkach Protokołu z Kioto. Przypomnijmy, że dokument zakładał ograniczenie emisji o 5,2 proc. miedzy 2008 a 2012 r. w porównaniu z poziomem z roku 1990. Jednak staje się to kompletnie nierealne, podczas, gdy już w 2001 r. Hiszpania zwiększyła emisję CO2 o 36,8 proc.!
Ponadto ocieplenie klimatu w pewnych regionach, o czym się kompletnie nie mówi, może przynosić korzystne efekty. W wyższych temperaturach, zwiększa się bowiem produktywność rolnictwa, a zmniejsza zachorowalność na wiele chorób np. grypę czy zapalenie płuc, które mogą kończyć się wypadkami śmiertelnymi.
System handlu pozwoleniami na emisję spowodował już zauważalny wzrost kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw i zmniejszenie konkurencyjności wielu firm. Zahamował także inwestycje pro-ekologiczne. Brutalnie uderzył w styl życia Zachodu, bowiem nasza cywilizacja nie istniałaby, gdyby nie wysokie zużycie energii i określone poziomy emisji, rosnące wraz z poziomem konsumpcji.
Naukowcy zwracają uwagę, że temperatury na Ziemi mają przede wszystkim związek z aktywnością Słońca. Tymczasem nie istnieje związek między emisją gazów cieplarnianych i aktywnością Słońca. Według geofizyków Protokół z Kioto nie będzie miał żadnego wpływu na zmiany temperatur na Ziemi w ciągu najbliższych 100 lat.
Głosy sceptyków wobec zmian klimatu zaczynają być coraz głośniejsze nie tylko w krajach, które opierają się ekologicznemu interwencjonizmowi (np. Stany Zjednoczone, Australia), ale także we Francji. Ostatnio ukazało się magnum opus, liczące 500 stron, dzieło ?Globalne ocieplenie: mit czy rzeczywistość?? profesora Marcela Leroux, profesora klimatologii Uniwersytetu w Lyonie. Leroux prowadzi badania nad ociepleniem klimatu od 20 lat i przez ten cały okres krytykuje poczynania zdominowanego przez lewaków Międzyrządowego Panelu o Zmianach Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change ? IPCC). ?Ten kto nie wierzy w globalne ocieplenie jest gorzej od tych co wątpią w istnienie Boga? ? pisze Leroux. Globalne ocieplenie stało się nową religią zsekularyzowanej Europy.
Ale wracając do sedna. Azja ignoruje Protokół z Kioto, bo nie chce spowalniać wzrostu gospodarczego. A czy Polska jest już tak bogata, aby móc sobie na to pozwolić?
Read more »

Tuesday, September 19, 2006

Komentarz dla Polskiego Radia

Wygląda na to, że już jestem stalym komentatorem angielskiej sekcji Polskiego Radia. Komentarz poniżej.

"Is the problem over state aid to the Polish shipyards a case of economic principles quoted by the EC, or one of moral, nostalgic, perhaps political nature seen from Warsaw? After all, the shipyards are considered a living symbol of former anti-Communist resistance, Gdansk being the cradle of Solidarity. Dr Tomasz Teluk from the Center For The New Europe in Brussels says both sides have valid arguments.

'First of all, Brussels doesn't like state aid to companies. This kind of economic support is very limited in the EU. Poland is a country where this kind of support is quite common. On the other hand this business has always had a privileged position with the state, because of its main role played in recent history. This is why political and financial support for the shipyards has moral acceptance and tolerance of all (Polish) citizens.'


Caly tekst: http://www.polskieradio.pl/polonia/article.asp?tId=41496&j=2
Read more »

Friday, September 15, 2006

Terror centralnego planowania

Komisja Europejska zapowiedziała kary dla państw, które nie przedstawiły centralnych planów handlu pozwoleniami na emisje gazów cieplarnianych. Polska może spać spokojnie. Nasze władze posłusznie dostosowują się do socjalistyczno-ekologicznych fanaberii Brukseli.

Komisja Europejska rozsierdziła się, gdy w końcu sierpnia zaledwie sześć państw członkowskich (Polska, Niemcy, Francja, Irlandia, Estonia i Luksemburg) przedstawiło plany handlu pozwoleniami na emisje dwutlenku węgla. Osiem innych krajów (Belgia, Łotwa, Holandia, Portugalia, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy oraz przyszły kandydat do członkostwa ? Bułgaria) udostępniło zaledwie zarys planów. Natomiast pozostałe państwa zignorowały polecenia Brukseli.
Opór wobec narzucania ograniczeń na rozwój gospodarczy doprowadziło do wściekłości zarówno socjalistów marzących o sterowaniu gospodarką jak za czasów Związku Sowieckiego, jak i fanatycznych ekologów, którzy mniemają, że dzięki nakazom, zakazom i karom można sprawić, abyśmy oddychali czystszym powietrzem. Obie połączone grupy skomasowały swoje ataki prowadząc kolejny etap propagandy o apokalipsie w wyniku globalnego ocieplenia.
Unijna Komisja ds. ochrony środowiska zapowiedziała wyciągnięcie ?konsekwencji prawnych?. Natomiast przedstawiciele organizacji ekoterrorstycznych np.
World Wildlife Fund nie kryli swojego oburzenia z powodu ekologicznej ignorancji ? uchylających się od szczytnego obowiązku wobec natury ? decydentów. Ekoterrorystów wsparli koledzy z europejskiej partii zielonych, którzy stwierdzili, jak donosi Financial Times, ?że obecna sytuacja stanowi ilustracje braku zaangażowania państw europejskich w walkę z globalnym ociepleniem?, przez co oświeceni Europejczycy, dowiedzieli się, że globalne ocieplenie nie stanowi już zagrożenia, lecz jest czymś z czym trzeba bezwzględnie walczyć.
W Polsce śpimy spokojnie, poszczególne ministerstwa w te i z powrotem latają do Brukseli, wypełniając centralne plany urzędnicze, uzależniające nasz kraj od widzimisie oderwanych od rzeczywistości biurokratów.
Jednak i ekologiczna poprawność jest powodem do narzekań przemysłowego establishmentu i dziennikarzy. Nie tak dawno ?Rzeczpospolita? opublikowała godny pożałowania tekst pt. ?Hinduski magnat zgarnie najwięcej?, w którym autorka nie kryje oburzenia, że w Polsce na handlu pozwoleniami na emisje gazów cieplarnianych do atmosfery najwięcej zarobi firma Mittal Steel Poland. Krytyce poddany został fakt, że przedsiębiorstwo wyemituje dwa razy mniej dwutlenku węgla niż wynoszą przyznane jemu limity. Zbulwersowana jest także cytowana konkurencja.
Osobiście nie widzę w tym nic zdrożnego, że indyjski potentat zagrał na nosie urzędnikom i pięć zakładów należących do Lakshmi Mittala: kombinaty hutnicze w Krakowie i Dąbrowie Górniczej, koksownia w Krakowie i elektrociepłownie w Krakowie i w Katowicach zarobią na odsprzedaży nadwyżek ok. 500 mln złotych lub zostawią je na przyszłe lata.
Widzę jednak pewne zagubienie politycznie poprawnych dziennikarzy głównego nurtu, którzy nie wiedzą już, czy cieszyć się, że dana firma truje mniej, czy wściekać się, że na ekologicznej głupocie zarabia miliony.
Spore nadwyżki mają także inne zakłady, więc sądzę, że domaganie się od Komisji Europejskiej przyznania większych limitów niż obecnie na lata 2008-2013 nie przyniesie spodziewanego efektu. Liczyć należy się raczej z sytuacją odwrotną, gdy biurokraci znacznie obetną limity emisyjne poszczególnym zakładom, które będą zmuszone marnować zyski na kupowanie pozwoleń, bądź ograniczać produkcję i wyrzucać pracowników na bruk.
Tymczasem Norwegowie, wychodząc naprzeciw manii na temat globalnego ocieplenia zaproponowali, że przyjmą całą europejską emisję dwutlenku węgla do siebie. Minister ropy i energetyki Odd Roger Enoksen zaproponował, aby wytwarzany gaz składować w? podmorskich kawernach na szelfie kontynentalnym.
Zdaniem norweskiego polityka w pozostałościach po ropie naftowej i gazie ziemnym można gromadzić przez najbliższe 400 lat cały wytwarzany przez Europę dwutlenek węgla. Na przeszkodzie stoją jedynie czynniki techniczne oraz finansowe, ale umówmy się: czego nie robi się dla planety, a już szczególnie za pieniądze podatnika. Norwegowie to rozumieją i chcą zarobić na gazach cieplarnianych.
Warto zauważyć, że nie obywatele tego kraju zupełnie nie obawiają się ekologicznych następstw dla swojego kraju. Odwrotnie zachowują się Polacy, którzy odesłali niedawno do Rosji holenderski statek, który miał być remontowany w rodzimej stoczni, tylko dlatego, że znaleziono na nim trochę azbestu.
Tak więc politycy chcieliby dwutlenek węgla albo wytępić, albo utopić, albo zakopać pod ziemię. Tylko czekać, aż odezwą się ekolodzy broniący skał i czystości mórz. Dwutlenek węgla staje się w oczach europejskiej opinii publicznej synonimem wrogiego, niszczycielskiego kapitalizmu.
Read more »

Wednesday, September 13, 2006

Wykład na Opolskim Festiwalu Nauki

Dr Tomasz Teluk, dyrektor Instytutu Globalizacji, będzie gościem Opolskiego Festiwalu Nauki, gdzie na Politechnice Opolskiej wygłosi wykład pt. Szkodliwe skutki Protokołu z Kioto, a następnie weźmie udział w panelu dyskusyjnym poświęconym przyszłości polskiej energetyki.

Po spotkaniu będzie można kupić książki Instytutu Globalizacji.
Więcej informacji o imprezie: http://www.festiwal.po.opole.pl
Read more »

Monday, September 11, 2006

Felieton w Nowym Przemyśle

Europejski system handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla poniósł klęskę. Obecne ceny, które miały przynieść krociowe zyski firmom inwestującym w ekologię, niewiele różnią się od początkowych.


Fascynacja pomysłem handlowania kontraktami terminowymi na emisje gazów cieplarnianych powoli ustępuje rozczarowaniu. System ten, przedwcześnie okrzyknięty cudownym rynkowym narzędziem na powstrzymanie globalnego ocieplenia, okazał się kompletną klapą. Fabryki trują jak truły. Ceny pozwoleń spadają. I wszystko wskazuje na to, że dalej będą spadały.

Zanim zostanie ogłoszona strategia po Kioto, której rozpoczęcie przewidziane jest na 2012 r., warto zastanowić się nad przyczynami nieefektywności Protokołu z Kioto, który bazował na nierealnym założeniu redukcji emisji gazów cieplarnianych co najmniej o połowę do 2050 r.


Więcej: http://www.wnp.pl/analizy/13218_1_0_0_0.html

Read more »

Thursday, September 07, 2006

Podręcznik ekologicznego manipulatora

Większość historii na temat globalnego ocieplenia to bujdy ? przyznają sami ekolodzy. Jak oszukiwać opinie publiczną uczy najnowszy raport pt. Gorące słowa: jak opowiadać klimatyczne historie i jak robić to lepiej.

Raport firmuje postępowy Instytut Badań Polityki Publicznej (Institute for Public Policy Research) z Londynu. Dokument ma wspierać "zachowania przyjazne klimatowi?. W efekcie jest to podręcznik taniej ekologicznej propagandy rodem z najczerwieńszych czasów komunizmu. Autorzy raportu nawołują wprost do bicia na alarm. ? Mówcie o ?końcu świata?, ?Apokalipsie?, ?że jest za późno?, ?wszyscy umrzemy? ? doradzają eksperci: Gill Ereaut oraz Nat Segnit, na co dzień eksperci ds. komunikacji.
To nie jedyny podręcznik ekologicznego manipulatora. Podobny raport stworzony przez firmę Futerra zajmującą się komunikacją społeczną powstał w lutym 2005 r. na zlecenie Grupy Roboczej ds. Komunikacji o Zmianie Klimatu (Climat Change Communication Working Group), na użytek brytyjskiej DEFRA ? Departamentu na Rzecz Środowiska, Żywności i Wsi oraz takich organizacji jak Carbon Trust, Energy Saving Trust, Environment Agency czy UK Climat Impact Program.
Owa psychoza strachu jest strategią od lat stosowaną przez fanatycznych obrońców środowiska i skutecznie wyczuliła na problemy zmian klimatu większości polityków i dziennikarzy. Niestety żaden z entuzjastów dogmatu globalnego ocieplenia (potęgowanego przez ?ekspansywną kapitalistyczną gospodarkę przemysłową?) nie zadał sobie jednak trudu wyjaśnić, czy to, o czym mówią ekolodzy, jest prawdą.
Manipulatorzy z Londynu radzą organizacjom ekologicznym jakimi metodami napędzić odbiorcom stracha przed skutkami ocieplenia klimatu. Postulują powtarzanie do znudzenia katastrofalnych przepowiedni, aż do skutku ? czyli, gdy trafią do mediów i znajdą się w zasięgu opinii publicznej.
Praca ekologicznych dezinformatorów przynosi skutki. Świadczą o tym choćby cytaty z największych brytyjskich gazet. ?Klimat strachu? ? Sudany Times. ?Światowa spirala klimatycznego chaosu wymyka się spod kontroli? ? Independent. ?Zwariowana pogoda zmienia świat na dosłownie jak z katastroficznego filmu? ? Daily Express. ?Pomyśl, że jesteś w łódce i płyniesz z prądem. Nagle zdajesz sobie sprawę, że jest już zbyt późno i zmierzasz w kierunku wodospadu? ? Financial Times i autor wcale nie miał na myśli niefortunnego zakupu akcji, które zaczynają gwałtownie tracić na wartości.
Oczywiście dziennikarze ustępują zawodowym propagandystom. James Lovelock autor mistycznej książki ?Teoria Gai? uważa, że ?Ziemia przekroczyła punkt, z którego nie ma już odwrotu? oraz, iż ?poważna zmiana klimatu jest dziś nieunikniona?. Z kolei Lord May, były prezes Royal Society uznał, że ?nigdy przedtem nie musieliśmy się zmierzyć z takim globalnym zagrożeniem?.
O co toczy się walka? O główny nurt opinii publicznej, który niezależnie od tego, czy fakty na temat globalnego ocieplenia są prawdziwe czy nie, musi wyrobić sobie zdanie. Gdzie znajdujemy się teraz? W fazie ?niezdecydowania i dyskusji?. Na bieżącym etapie wszystkie chwyty są dozwolone.
Więcej w najnowszym Czasie!
Read more »

Friday, September 01, 2006

Fiasko ekologów

Batalia o przywrócenie stanu natury kosztem upadku cywilizacji przemysłowej kończy się sromotną porażką. W skuteczny sposób środowisko może ochronić wyłącznie rozwój nowych technologii i racjonalne wykorzystywanie zasobów energetycznych.


Międzynarodówka socjalistyczna odtrąbiła sukces, gdy kilka lat temu ruszył europejski system handlu pozwoleniami na emisje gazów cieplarnianych, a w życie weszły postanowienia Protokołu z Kioto. Ten absurdalny, ale pozostający w mocy, dokument zakłada zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o połowę do 2050 r. Jest to więc przykład najdłuższego w historii planu centralnego. Mało tego, gdyby chcieć brać na poważnie zapisane w nim cele, należałoby zahamować rozwój gospodarczy globalizującego się świata, a lwią część przemysłu zwyczajnie unicestwić. Owa wizja destrukcji cywilizacji i człowieka jest entuzjastycznie przyjmowana przez lewicę. Na szczęście, realizacja tego planu nie ma najmniejszych szans na powodzenie.

Co się stało z Protokołem z Kioto i systemem handlu pozwoleniami na emisje? Emisja gazów cieplarnianych do atmosfery, zamiast spadać, rośnie. Ceny pozwoleń, zamiast stawać się bezcenne, tracą na wartości. Środowisko wcale nie staje się czystsze. Przedsiębiorcy znajdują sposoby na ominięcie regulacji. Dodatkowo nie mają żadnej motywacji, aby inwestować w nowe, używając ekologicznie poprawnej nowomowy, czystsze i bardziej przyjazne dla natury technologie.

Porównując z 1990 r., emisja gazów cieplarnianych na świecie wzrasta drastycznie. Hiszpanie, Portugalczycy czy Grecy emitują 41,7-25,6 proc. więcej niż kilkanaście lat wcześniej. Jedyny postęp w redukcji zanieczyszczeń odnotowały kraje postkomunistyczne. Polska emituje o ponad 1/3 mniej gazów cieplarnianych niż na początku transformacji, a Kraje Bałtyckie nawet o 2/3 mniej. Fakt ten udowadnia tezę, że kapitalizm lepiej chroni środowisko od komunizmu, a wolny rynek od gospodarki centralnie planowanej. Dlaczego zatem wobec tak oczywistej kwestii forsuje się wciąż te drugie rozwiązania?

Kolejnym projektem, który okazał się klapą, jest europejski system handlu pozwoleniami na emisję dwutlenku węgla. Lansowany jako narzędzie rynkowe projekt polegał na wydaniu poszczególnym krajom, a następnie konkretnym firmom, opcji na trucie. Stworzono bardzo specyficzne prawa własności, przynależące poszczególnym państwom. Ich rozdzielaniem zajmowali się urzędnicy, nic więc dziwnego, że poszczególne kraje członkowskie zawyżały wielkość planowanych emisji gazów cieplarnianych.

Biurokraci wydawali się na to przygotowani. Liczba przyznanych pozwoleń była dużo niższa od liczby, o którą ubiegały się państwa członkowskie Unii Europejskiej. Teraz okazało się, że i tak przedsiębiorcy przechytrzyli urzędasów. Cena pozwoleń spadła do kilkunastu dolarów za tonę, czyli niemal do pułapu początkowego. Rekordowe notowania wynosiły 38 dolarów i kto wtedy sprzedał, a obecnie odkupił ? zarobił krocie.

Naturalnie najbardziej kuriozalny jest fakt, że za narzędzie ochrony środowiska obrano pozwolenie na emisje dwutlenku węgla. Zamiast zachęcić przedsiębiorców do inwestowania w nowe technologie, przyjazne środowisku np. ulgami podatkowymi, sądzono, że firmom będzie opłacać się za wysoką cenę sprzedać pozwolenia i zmniejszyć produkcje, aby emitować mniej. Nie znający realiów gospodarczych urzędnicy przeoczyli, że dążący do maksymalizacji zysków przedsiębiorcy będą po prostu woleli zwiększyć zyski, zarabiając na emisjach (czyli odsprzedając niepotrzebne limity).

Read more »