Home



Wednesday, January 30, 2008

Niemoralność strajku

Prawo do strajku jest reliktem socjalizmu. Obecnie powinno zostać zastąpione prawem pracodawcy do wyciągania konsekwencji wobec przemocy związków zawodowych.

Kolejne fale protestów: służby zdrowia, górników, nauczycieli każą się zastanowić, czy instytucja strajku jest usprawiedliwiona w gospodarce rynkowej i czy przypadkiem nie jest nadużywana za sprawą utożsamiających się z socjalizmem central związkowych.
Strajk jako forma procesu jest wpisany w funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej. Pracownik wyzyskiwany przez państwo niemal nigdy nie jest zadowolony ze swojej sytuacji pracowniczej i materialnej. Dlatego wskutek braku rynkowej konkurencji oraz innych narzędzi wpływu na swojego pracodawcę (państwo), często sięga do radykalnych form protestów, taki jak okupacja zakładów, czy przerywanie pracy.
Spoglądając na charakter ostatnich strajków w Polsce, można wyciągnąć analogiczne wnioski. Strajkującymi są wyłącznie grupy z sektorów niesprywatyzowanych. Zauważmy, że sprywatyzowana służba zdrowia nie strajkuje. Nie strajkują także nauczyciele uczelni niepublicznych. Natomiast do strajku dołączyli górnicy, co z tego, że z firmy prywatnej, jednak sowicie korzystającej z państwowych dotacji i gwarancji.
Jest mi trudno pisać te słowa, ponieważ mieszkam kilkanaście kilometrów od kopalni Budryk, a być może pracownicy tej kopalni są moimi sąsiadami. Wiem jednak, że Ornontowice to nie zabita dechami dziura gdzie na niedzielny obiad podaje się wióry ze szpadla popijane moczem, lecz jedna z najdynamiczniej rozwijających się gmin w Polsce, a kopalnia przez lata daje wielu rodzinom stabilne miejsca pracy.
Sytuacja z Budryka jest jakby żywcem wyjęta z Ewangelii na Niedzielę Starozapustną, którą mogliśmy usłyszeć przed tygodniem, w której słyszymy o robotnikach mających pretensję do pana o zarobki innych, mimo, że sami otrzymali umówioną kwotę.
Niestety muszę zgodzić się z jedną z wypowiedzi prezesów spółki, że ten strajk nie jest strajkiem o chleb, lecz o kino domowe. Rozumiem rozgoryczenie pracowników, którzy chcieliby zarabiać co najmniej tyle, ile ich koledzy z innej kopalni, ale jest to walka mających dużo (w porównaniu np. do tych regionów Śląska, gdzie kopalnie upadły, a bieda jest czymś realnym-namacalnym), aby mieć jeszcze więcej.
Ludzie obudźcie się! Nie żyjemy na Białorusi czy w Sudanie, tylko mieszkamy w jednym z najbogatszych krajów świata! Naturalnie każdy ma prawo zbierać na kolejny telewizor plazmowy, tym razem do sypialni, zamiast np. dawać na misje, ale niech nie doszukuje się w tym przejawu moralności i nie wymaga od współobywateli poklasku.
Jako mieszkaniec Śląska nie dam się także przekonać o wiecznej niedoli górników. Mam inne wspomnienia. Z komuny pamiętam, że górnicy byli klasą uprzywilejowaną. Pamiętam osobne wejścia ?tylko dla górników? na wyciągach narciarskich, pamiętam jak wjeżdżali tam bez kolejki górnicy na nieosiągalnych dla przeciętnego człowieka, zachodnich nartach, kupionych, a jakże, w specjalnych sklepach ?tylko dla górników?.
I dziś, gdy rozglądam się wokoło, widzę także czterdziesto-pięćdziesięcioletnich emerytów i rencistów, zdrowych jak konie, zajmujących się koszeniem trawy, albo do kilkutysięcznych świadczeń, dokładających kolejne kilka tysięcy z pracy na czarno.
Strajk w Budryku to przejaw piarowskich zagrywek central związkowych (cynicznie wzywających św. Barbarę), działających na zasadach analogicznych do mafii, których jedynym językiem jest przemoc wobec swoich pracodawców. Związki zawodowe konkurują dziś o członków jak supermarkety o klientów, a posada działacza-związkowca jest bardziej pożądana od zwykłego awansu.
Bowiem strajk to przemoc wobec pracodawcy i współpracowników. Zwłaszcza, gdy ma miejsce niedopuszczanie do pracy, tych którzy nie zgadzają się z postulatami przywódców związkowych i chcą uczciwie pracować. Strajk jest także formą przemocy wobec siebie. Na strajku przedsiębiorstwo traci miliony złotych, pogarsza to sytuacje finansową zakładu i można przypuszczać, że pogorszy się sytuacja tam pracujących. Czy zatem w gospodarce rynkowej potrzebne jest w ogóle coś takiego jak strajk?
W gospodarce rynkowej pracodawca zawiera z pracownikiem dobrowolną umowę. Jeśli pracownik jest niezadowolony z warunków pracy, może dobrowolnie rozwiązać umowę i np. poszukać lepszych warunków u konkurencji. Tym samym pracodawca oferujący złe warunki pracy nie powinien znajdować wielu chętnych. Jeśli pracownik chciałby zwiększyć swoje dochody może podjąć dodatkową pracę, awansować, bądź jeśli to możliwe, nabywać udziały w przedsiębiorstwach.
To teoria. W praktyce dzieje się różnie. Trudno jednak usprawiedliwiać sytuację, w której pracownik, który chce zarabiać więcej, odmawia pracy i terroryzuje zakład, uniemożliwiając pracę innym. Nauka Społeczna Kościoła, usprawiedliwia strajk, jeśli potencjalne korzyści ze strajku są proporcjonalne do tej formy protestu.
Katechizm Kościoła Katolickiego mówi nam, że ?Strajk jest moralnie usprawiedliwiony, jeżeli jest środkiem nieuniknionym, a nawet koniecznym, ze względu na proporcjonalną korzyść. Staje się on moralnie nie do przyjęcia, gdy towarzyszy mu przemoc lub też gdy wyznacza mu się cele bezpośrednio z warunkami pracy lub sprzeczne z dobrem wspólnym?.
Trudno jednak nie zauważyć, że koszty ponoszone przez zakład jako wspólnotę ludzi pracy, są nieproporcjonalnie wysokie do jednostkowych zysków poszczególnych pracowników.
Jeśli pracodawca w wyniku strajku traci 1 000 000 zł dziennie, a 500 pracowników domaga się 500 zł podwyżki, to w wyniku trwającego miesiąc strajku zakład traci 30 mln zł, natomiast potencjalny miesięczny zysk dla pracownika podejmującego strajk to 500 zł. Tutaj chyba trudno doszukiwać się jakiejkolwiek proporcjonalności i chyba nie o to chodziło moralistom, którzy notabene uważają, że ?porozumienie stron nie wystarczy do moralnego usprawiedliwienia wysokości usprawiedliwienia?.
Naturalnie należy rozumieć, że pouczający nas dostrzegają niebezpieczeństwo sytuacji ekstremalnych. Można sobie wyobrazić, że np. regionalny monopolista, pracodawca w regionie o 50 proc. bezrobociu stawia ludzi pod ścianą i obniża pensje o połowę. Nie sądzę jednak, żeby nawet w takiej sytuacji, akurat strajk był metodą, która przyniesie poprawę sytuacji strajkujących oraz ich rodzin.
Dzisiejsza akceptacja strajków, jako normalnego zjawiska towarzyszącego stosunkowi pracy, bierze się z kilku powodów. Przede wszystkim strajk postrzegany jest przez etos niepodległościowej walki z socjalizmem. Strajk był wizytówką Solidarności i walki z socjalistycznym wyzyskiwaczem, jakim było państwo. Ów etos jest dziś nadużywany przez ludzi ze związków zawodowych, nie mających zresztą do tego moralnego prawa, notabene negujących to, co wywalczyli ich poprzednicy.
Po drugie społeczeństwo akceptuje strajki, bowiem konsekwencje strajku ich bezpośrednio nie dotyczą. Konsekwencje zamykają się w obrębie zakładu lub branży. Większość ludzi solidaryzuje się ze strajkującymi, jako słabszą stroną konfliktu. Niemniej, gdy strajk zaczyna być uciążliwy np. cierpią na tym, jak klienci, ludzie odwracają się od strajkujących i natychmiast pojawiają się głosy przeciwne tej formie protestu.
Wreszcie poparcie dla strajków, szczęśliwie coraz rzadsze, bierze się z neomarksistowskiego rozumienia gospodarki, antagonizującej pracodawcę i pracownika. Patrząc na przedsiębiorstwo przez pryzmat wyzyskiwanych przez kapitalistycznych menedżerów, tworzy się fałszywy obraz firmy jako areny gry o sumie zerowej, zapominając, że z dobrowolnego stosunku pracy zyski odnoszą obie strony.
Większość obywateli zapewne z nostalgią patrzy na zmagania strajkujących. Oni też czasami chcieliby utrzeć nosa swoim szefom, ale w porę konstatują, że w gospodarce kapitalistycznej nie ma miejsca na przerywanie pracy. To się po prostu nie opłaca. Ja niestety też nie mogę strajkować. Mogę natomiast życzyć sobie i wszystkim, Polski bez strajków, Polski w pełni sprywatyzowanej.
Lekarstwem na obecne strajki powinna stać się sankcja o pełnym ponoszeniu konsekwencji finansowych dotykających przedsiębiorstwa przez strajkujących. Zapewne nikt nie zdecydowałby się na tę destrukcyjną formę protestu, jeśli koszty ponosiliby nie podatnicy, lecz płaciliby protestujący z własnej kieszeni. Wielu zresztą płaci. Ale gdy zakład upadnie, na refleksję zwykle jest już za późno.

« Home