Nieuczciwa polemika
Ze zdumieniem przeczytałem tekst prof. Jacka Bartyzela pt. "Pilnuj szewcze kopyta", w którym zarzuca mi "konfabulacje", "insynuacje", "wylewanie żółci" na środowiska tradycjonalistyczne i co najdziwniejsze: przypisywanie przygotowania drugiego zamachu na Jana Pawła II przez lefebrystów!
Przejdźmy do faktów, bowiem polemika, napisana ze sporym ładunkiem agresji, jest nieuczciwa. Mianowicie przypisuje mi rzeczy, których nie napisałem, co warto sprawdzić zapoznając się z moim tekstem pt. "Anarchokapitalista w Brukseli". Najbardziej nieuczciwe (JB napisałby, że jest to "nikczemne i głupie", przyp. autora) ze strony polemisty jest przypisanie mi głównej tezy tekstu, jakobym twierdził, że "tradycjonalistyczni schizmatycy" przygotowali zamach wykonany przez Juana Fernandeza Krohna.
Tę tezę wymyślił Jacek Bartyzel na użytek swojej polemiki. Ja napisałem: "Szulc w powieści stawia karkołomną tezę, że Krohn działał w porozumieniu z Lefebvrem, ale należy ją włożyć między bajki, gdyż nie należał już w tedy do Bractwa. Ponadto przeczy temu postawa Benedykta XVI, który mimo wszelkich ran zadanych Kościołowi, dąży do pojednania z radykalnymi tradycjonalistami". Myślę, że jaśniej wyłożyć tego nie można.
Wypada więc jeszcze przypomnieć o czym był mój artykuł, który tak wstrząsnął profesorem Bartyzelem, że wzywa do cenzurowania moich tekstów na łamach prasy. Mianowicie opisałem w nim losy Juana Fernandeza Krohna: od jego doświadczeń jako zbuntowanego księdza, poprzez zamach na życie Karola Wojtyły w Fatimie, kolejny nieudany zamach na króla Alberta II i życie księgowego w Brukseli. Jedyną spójną tezą tekstu jest jego podsumowanie, w którym wysuwam przypuszczenie, że delikwent jest opętany (z czym JB wydaje się zgadzać, przyp. autora) i dobrze czuje się z tym czuje, mieszkając obecnie w stolicy UE.
Co więc tak wzburzyło prof. Bartyzela, że posunął się nawet do dość tanich i mało eleganckich chwytów, przyrównując mnie łaskawie do Tomasza Grossa czy Joanny Senyszyn? Zapewne fakt, że śmiałem przypomnieć związki Juna Fernandeza Krohna z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X oraz sedewakatystami. Takie są jednak fakty i nie można ich zamieść pod dywan. Jeśli było inaczej polemista powinien przedstawić dowody, czego jednak nie czyni.
Jako publicysta dostaję dużo listów, w tym od członków różnych sekt. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że listy od sedewakantystów i sympatyków FSSPX nie różnią się zbytnio w swej treści od listów od członków sekt protestanckich czy buddyjskich. Nie tolerują żadnej krytyki i są przekonane o wyłącznej słuszności swoich przekonań. Czasem są bardziej poruszające. Jeden z wiernych sedewakantystów przypomniał mi ostatnio, że zamach na papieża był tylko ostrzeżeniem za napisanie przez Jana Pawła II heretyckich encyklik i natychmiast odesłał mnie do swojej strony internetowej, na której poucza, że posoborowe msze św. to ohyda, składanie hołdu szatanowi i demonom. Musi mi więc prof. Jacek Bartyzel wybaczyć, że nie podzielam fascynacji dorobkiem tego nurtu.
Muszę rozczarować mojego polemistę, że nie żywię niechęci do środowisk tradycjonalistycznych. Chodzę na indultowe Msze Trydenckie i staram się o ich uruchomienie w moim mieście. Natomiast to, iż nie korzystam z posługi FSSPX, w odróżnieniu od prof. Bartyzela, bierze się z przekonania, że cnota posłuszeństwa w wierze jest czymś bardzo ważnym dla katolika. Wielu świętych, nie sięgając daleko: św. Siostra Faustyna czy św. Ojciec Pio, musiało znieść dużo cierpień ze strony Kościoła, zanim dowiedli swych cnót. Żadne z nich nie zbudowało swej świętości na pysze i postawie ?non serviam? wobec Kościoła Rzymskokatolickiego. Jest w tym coś z heroicznego cierpienia Abrahama zanoszącego w ofierze swego syna Izaaka, czy wierności Hioba.
Można być wiernym tradycji w zgodzie z Kościołem i można zapewne organizować się poza strukturami Kościoła. Pytanie tylko, czy zbytnie przekonanie o nieomylności swojego nieposłuszeństwa nie prowadzi na manowce, tak jak zaprowadziło nieszczęsnego Juana Fernandeza Krohna.
Przypuszczam także, że przeświadczenie o własnej nieomylności, nie pozwalało także inaczej odczytać mojego artykułu przez polemistę. W przypisywaniu złych intencji przy pisaniu artykułu czy imputowanie mi cudzej tezy autor posunął się jednak za daleko, co pozostawiam ocenie czytelników.
Może to jednak nie mnie skusił diabeł, tyko Pana profesora?
Przejdźmy do faktów, bowiem polemika, napisana ze sporym ładunkiem agresji, jest nieuczciwa. Mianowicie przypisuje mi rzeczy, których nie napisałem, co warto sprawdzić zapoznając się z moim tekstem pt. "Anarchokapitalista w Brukseli". Najbardziej nieuczciwe (JB napisałby, że jest to "nikczemne i głupie", przyp. autora) ze strony polemisty jest przypisanie mi głównej tezy tekstu, jakobym twierdził, że "tradycjonalistyczni schizmatycy" przygotowali zamach wykonany przez Juana Fernandeza Krohna.
Tę tezę wymyślił Jacek Bartyzel na użytek swojej polemiki. Ja napisałem: "Szulc w powieści stawia karkołomną tezę, że Krohn działał w porozumieniu z Lefebvrem, ale należy ją włożyć między bajki, gdyż nie należał już w tedy do Bractwa. Ponadto przeczy temu postawa Benedykta XVI, który mimo wszelkich ran zadanych Kościołowi, dąży do pojednania z radykalnymi tradycjonalistami". Myślę, że jaśniej wyłożyć tego nie można.
Wypada więc jeszcze przypomnieć o czym był mój artykuł, który tak wstrząsnął profesorem Bartyzelem, że wzywa do cenzurowania moich tekstów na łamach prasy. Mianowicie opisałem w nim losy Juana Fernandeza Krohna: od jego doświadczeń jako zbuntowanego księdza, poprzez zamach na życie Karola Wojtyły w Fatimie, kolejny nieudany zamach na króla Alberta II i życie księgowego w Brukseli. Jedyną spójną tezą tekstu jest jego podsumowanie, w którym wysuwam przypuszczenie, że delikwent jest opętany (z czym JB wydaje się zgadzać, przyp. autora) i dobrze czuje się z tym czuje, mieszkając obecnie w stolicy UE.
Co więc tak wzburzyło prof. Bartyzela, że posunął się nawet do dość tanich i mało eleganckich chwytów, przyrównując mnie łaskawie do Tomasza Grossa czy Joanny Senyszyn? Zapewne fakt, że śmiałem przypomnieć związki Juna Fernandeza Krohna z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X oraz sedewakatystami. Takie są jednak fakty i nie można ich zamieść pod dywan. Jeśli było inaczej polemista powinien przedstawić dowody, czego jednak nie czyni.
Jako publicysta dostaję dużo listów, w tym od członków różnych sekt. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że listy od sedewakantystów i sympatyków FSSPX nie różnią się zbytnio w swej treści od listów od członków sekt protestanckich czy buddyjskich. Nie tolerują żadnej krytyki i są przekonane o wyłącznej słuszności swoich przekonań. Czasem są bardziej poruszające. Jeden z wiernych sedewakantystów przypomniał mi ostatnio, że zamach na papieża był tylko ostrzeżeniem za napisanie przez Jana Pawła II heretyckich encyklik i natychmiast odesłał mnie do swojej strony internetowej, na której poucza, że posoborowe msze św. to ohyda, składanie hołdu szatanowi i demonom. Musi mi więc prof. Jacek Bartyzel wybaczyć, że nie podzielam fascynacji dorobkiem tego nurtu.
Muszę rozczarować mojego polemistę, że nie żywię niechęci do środowisk tradycjonalistycznych. Chodzę na indultowe Msze Trydenckie i staram się o ich uruchomienie w moim mieście. Natomiast to, iż nie korzystam z posługi FSSPX, w odróżnieniu od prof. Bartyzela, bierze się z przekonania, że cnota posłuszeństwa w wierze jest czymś bardzo ważnym dla katolika. Wielu świętych, nie sięgając daleko: św. Siostra Faustyna czy św. Ojciec Pio, musiało znieść dużo cierpień ze strony Kościoła, zanim dowiedli swych cnót. Żadne z nich nie zbudowało swej świętości na pysze i postawie ?non serviam? wobec Kościoła Rzymskokatolickiego. Jest w tym coś z heroicznego cierpienia Abrahama zanoszącego w ofierze swego syna Izaaka, czy wierności Hioba.
Można być wiernym tradycji w zgodzie z Kościołem i można zapewne organizować się poza strukturami Kościoła. Pytanie tylko, czy zbytnie przekonanie o nieomylności swojego nieposłuszeństwa nie prowadzi na manowce, tak jak zaprowadziło nieszczęsnego Juana Fernandeza Krohna.
Przypuszczam także, że przeświadczenie o własnej nieomylności, nie pozwalało także inaczej odczytać mojego artykułu przez polemistę. W przypisywaniu złych intencji przy pisaniu artykułu czy imputowanie mi cudzej tezy autor posunął się jednak za daleko, co pozostawiam ocenie czytelników.
Może to jednak nie mnie skusił diabeł, tyko Pana profesora?

« Home