Home



Wednesday, January 30, 2008

Niemoralność strajku

Prawo do strajku jest reliktem socjalizmu. Obecnie powinno zostać zastąpione prawem pracodawcy do wyciągania konsekwencji wobec przemocy związków zawodowych.

Kolejne fale protestów: służby zdrowia, górników, nauczycieli każą się zastanowić, czy instytucja strajku jest usprawiedliwiona w gospodarce rynkowej i czy przypadkiem nie jest nadużywana za sprawą utożsamiających się z socjalizmem central związkowych.
Strajk jako forma procesu jest wpisany w funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej. Pracownik wyzyskiwany przez państwo niemal nigdy nie jest zadowolony ze swojej sytuacji pracowniczej i materialnej. Dlatego wskutek braku rynkowej konkurencji oraz innych narzędzi wpływu na swojego pracodawcę (państwo), często sięga do radykalnych form protestów, taki jak okupacja zakładów, czy przerywanie pracy.
Spoglądając na charakter ostatnich strajków w Polsce, można wyciągnąć analogiczne wnioski. Strajkującymi są wyłącznie grupy z sektorów niesprywatyzowanych. Zauważmy, że sprywatyzowana służba zdrowia nie strajkuje. Nie strajkują także nauczyciele uczelni niepublicznych. Natomiast do strajku dołączyli górnicy, co z tego, że z firmy prywatnej, jednak sowicie korzystającej z państwowych dotacji i gwarancji.
Jest mi trudno pisać te słowa, ponieważ mieszkam kilkanaście kilometrów od kopalni Budryk, a być może pracownicy tej kopalni są moimi sąsiadami. Wiem jednak, że Ornontowice to nie zabita dechami dziura gdzie na niedzielny obiad podaje się wióry ze szpadla popijane moczem, lecz jedna z najdynamiczniej rozwijających się gmin w Polsce, a kopalnia przez lata daje wielu rodzinom stabilne miejsca pracy.
Sytuacja z Budryka jest jakby żywcem wyjęta z Ewangelii na Niedzielę Starozapustną, którą mogliśmy usłyszeć przed tygodniem, w której słyszymy o robotnikach mających pretensję do pana o zarobki innych, mimo, że sami otrzymali umówioną kwotę.
Niestety muszę zgodzić się z jedną z wypowiedzi prezesów spółki, że ten strajk nie jest strajkiem o chleb, lecz o kino domowe. Rozumiem rozgoryczenie pracowników, którzy chcieliby zarabiać co najmniej tyle, ile ich koledzy z innej kopalni, ale jest to walka mających dużo (w porównaniu np. do tych regionów Śląska, gdzie kopalnie upadły, a bieda jest czymś realnym-namacalnym), aby mieć jeszcze więcej.
Ludzie obudźcie się! Nie żyjemy na Białorusi czy w Sudanie, tylko mieszkamy w jednym z najbogatszych krajów świata! Naturalnie każdy ma prawo zbierać na kolejny telewizor plazmowy, tym razem do sypialni, zamiast np. dawać na misje, ale niech nie doszukuje się w tym przejawu moralności i nie wymaga od współobywateli poklasku.
Jako mieszkaniec Śląska nie dam się także przekonać o wiecznej niedoli górników. Mam inne wspomnienia. Z komuny pamiętam, że górnicy byli klasą uprzywilejowaną. Pamiętam osobne wejścia ?tylko dla górników? na wyciągach narciarskich, pamiętam jak wjeżdżali tam bez kolejki górnicy na nieosiągalnych dla przeciętnego człowieka, zachodnich nartach, kupionych, a jakże, w specjalnych sklepach ?tylko dla górników?.
I dziś, gdy rozglądam się wokoło, widzę także czterdziesto-pięćdziesięcioletnich emerytów i rencistów, zdrowych jak konie, zajmujących się koszeniem trawy, albo do kilkutysięcznych świadczeń, dokładających kolejne kilka tysięcy z pracy na czarno.
Strajk w Budryku to przejaw piarowskich zagrywek central związkowych (cynicznie wzywających św. Barbarę), działających na zasadach analogicznych do mafii, których jedynym językiem jest przemoc wobec swoich pracodawców. Związki zawodowe konkurują dziś o członków jak supermarkety o klientów, a posada działacza-związkowca jest bardziej pożądana od zwykłego awansu.
Bowiem strajk to przemoc wobec pracodawcy i współpracowników. Zwłaszcza, gdy ma miejsce niedopuszczanie do pracy, tych którzy nie zgadzają się z postulatami przywódców związkowych i chcą uczciwie pracować. Strajk jest także formą przemocy wobec siebie. Na strajku przedsiębiorstwo traci miliony złotych, pogarsza to sytuacje finansową zakładu i można przypuszczać, że pogorszy się sytuacja tam pracujących. Czy zatem w gospodarce rynkowej potrzebne jest w ogóle coś takiego jak strajk?
W gospodarce rynkowej pracodawca zawiera z pracownikiem dobrowolną umowę. Jeśli pracownik jest niezadowolony z warunków pracy, może dobrowolnie rozwiązać umowę i np. poszukać lepszych warunków u konkurencji. Tym samym pracodawca oferujący złe warunki pracy nie powinien znajdować wielu chętnych. Jeśli pracownik chciałby zwiększyć swoje dochody może podjąć dodatkową pracę, awansować, bądź jeśli to możliwe, nabywać udziały w przedsiębiorstwach.
To teoria. W praktyce dzieje się różnie. Trudno jednak usprawiedliwiać sytuację, w której pracownik, który chce zarabiać więcej, odmawia pracy i terroryzuje zakład, uniemożliwiając pracę innym. Nauka Społeczna Kościoła, usprawiedliwia strajk, jeśli potencjalne korzyści ze strajku są proporcjonalne do tej formy protestu.
Katechizm Kościoła Katolickiego mówi nam, że ?Strajk jest moralnie usprawiedliwiony, jeżeli jest środkiem nieuniknionym, a nawet koniecznym, ze względu na proporcjonalną korzyść. Staje się on moralnie nie do przyjęcia, gdy towarzyszy mu przemoc lub też gdy wyznacza mu się cele bezpośrednio z warunkami pracy lub sprzeczne z dobrem wspólnym?.
Trudno jednak nie zauważyć, że koszty ponoszone przez zakład jako wspólnotę ludzi pracy, są nieproporcjonalnie wysokie do jednostkowych zysków poszczególnych pracowników.
Jeśli pracodawca w wyniku strajku traci 1 000 000 zł dziennie, a 500 pracowników domaga się 500 zł podwyżki, to w wyniku trwającego miesiąc strajku zakład traci 30 mln zł, natomiast potencjalny miesięczny zysk dla pracownika podejmującego strajk to 500 zł. Tutaj chyba trudno doszukiwać się jakiejkolwiek proporcjonalności i chyba nie o to chodziło moralistom, którzy notabene uważają, że ?porozumienie stron nie wystarczy do moralnego usprawiedliwienia wysokości usprawiedliwienia?.
Naturalnie należy rozumieć, że pouczający nas dostrzegają niebezpieczeństwo sytuacji ekstremalnych. Można sobie wyobrazić, że np. regionalny monopolista, pracodawca w regionie o 50 proc. bezrobociu stawia ludzi pod ścianą i obniża pensje o połowę. Nie sądzę jednak, żeby nawet w takiej sytuacji, akurat strajk był metodą, która przyniesie poprawę sytuacji strajkujących oraz ich rodzin.
Dzisiejsza akceptacja strajków, jako normalnego zjawiska towarzyszącego stosunkowi pracy, bierze się z kilku powodów. Przede wszystkim strajk postrzegany jest przez etos niepodległościowej walki z socjalizmem. Strajk był wizytówką Solidarności i walki z socjalistycznym wyzyskiwaczem, jakim było państwo. Ów etos jest dziś nadużywany przez ludzi ze związków zawodowych, nie mających zresztą do tego moralnego prawa, notabene negujących to, co wywalczyli ich poprzednicy.
Po drugie społeczeństwo akceptuje strajki, bowiem konsekwencje strajku ich bezpośrednio nie dotyczą. Konsekwencje zamykają się w obrębie zakładu lub branży. Większość ludzi solidaryzuje się ze strajkującymi, jako słabszą stroną konfliktu. Niemniej, gdy strajk zaczyna być uciążliwy np. cierpią na tym, jak klienci, ludzie odwracają się od strajkujących i natychmiast pojawiają się głosy przeciwne tej formie protestu.
Wreszcie poparcie dla strajków, szczęśliwie coraz rzadsze, bierze się z neomarksistowskiego rozumienia gospodarki, antagonizującej pracodawcę i pracownika. Patrząc na przedsiębiorstwo przez pryzmat wyzyskiwanych przez kapitalistycznych menedżerów, tworzy się fałszywy obraz firmy jako areny gry o sumie zerowej, zapominając, że z dobrowolnego stosunku pracy zyski odnoszą obie strony.
Większość obywateli zapewne z nostalgią patrzy na zmagania strajkujących. Oni też czasami chcieliby utrzeć nosa swoim szefom, ale w porę konstatują, że w gospodarce kapitalistycznej nie ma miejsca na przerywanie pracy. To się po prostu nie opłaca. Ja niestety też nie mogę strajkować. Mogę natomiast życzyć sobie i wszystkim, Polski bez strajków, Polski w pełni sprywatyzowanej.
Lekarstwem na obecne strajki powinna stać się sankcja o pełnym ponoszeniu konsekwencji finansowych dotykających przedsiębiorstwa przez strajkujących. Zapewne nikt nie zdecydowałby się na tę destrukcyjną formę protestu, jeśli koszty ponosiliby nie podatnicy, lecz płaciliby protestujący z własnej kieszeni. Wielu zresztą płaci. Ale gdy zakład upadnie, na refleksję zwykle jest już za późno.
Read more »

Tuesday, January 29, 2008

Od hossy do bessy

Od pięciu lat na warszawskim parkiecie szalała hossa. Inwestorzy już praktycznie zapomnieli jak wyglądają spadki. Dlatego dla części z nich przecena giełdowych akcji może być zaskoczeniem.

O odwróceniu trendu na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych mówi się już od dobrych kilku miesięcy. Jednak dopiero teraz, gdy indeksy straciły już blisko 30 proc. od rekordu ustanowionego w lipcu 2007, nieśmiało mówi się o bessie, czyli długoterminowym spadku cen większości walorów. Ku pokrzepieniu serc należy jednak przytoczyć opinie wielu ekspertów, że być może to tylko korekta wyśrubowanych już cen, a podstawowy, długoterminowy trend na rynku jest wciąż trendem wzrostowym.

Rynek czy kasyno?

Mimo kilkunastoletniej historii warszawskiego parkietu, wiedza na temat rynków kapitałowych, jest w Polsce wciąż niewielka. Mimo tego, na rodzimej giełdzie inwestuje procentowo więcej graczy indywidualnych niż w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie swoje środki wolą powierzać wyspecjalizowanym funduszom. Wciąż w Polsce można spotkać opinie, że inwestowanie na giełdzie jest niemal równoznaczne z grą w kasynie, a atmosferę panującą na parkiecie opisuje się jako balans między lękiem a chciwością.
Ci, którzy patrzą na giełdę niczym na jaskinię hazardu, nie dostrzegli, że dziś na giełdzie notowanych jest kilkaset, a nie kilka firm, jak to było w latach 90. Warszawski parkiet urósł międzyczasie do poziomu jednego z najsilniejszych rynków w regionie i dojrzałego rynku spośród krajów rozwijających się. Ponadto, czy tego chcemy czy nie, na giełdzie jesteśmy obecni niemal wszyscy, bowiem właśnie tam lokują nasze oszczędności Otwarte Fundusze Emerytalne.
Przez te lata zmienił się także charakter inwestorów. Od owczego pędu w początkowym stadium, kolejkach społecznych przed biurami maklerskimi, koczowaniu w maluchach i kupowaniu wszystkiego za wszelką cenę, dla wielu inwestorów przyszedł czas porzucenia podejścia spekulacyjnego: zarobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Porzucenia ?gry? na rzecz ?inwestowania?. Inwestowania w wartość swojego portfela inwestycyjnego i znajdujących się w nim spółek.
Giełda jest przecież miejscem pozyskiwania kapitału przez przedsiębiorstwa dla zwiększania ich wartości rynkowej. Dlatego w ciągu ostatnich kilku lat co bardziej zapobiegliwi inwestorzy koncentrowali się na firmach perspektywicznych, stale zwiększających swoją wartość dzięki efektywnemu zarządzaniu. Historia uznanych dziś marek giełdowych pokazuje, że właśnie dzięki takim przedsiębiorstwom, których akcje rosną konsekwentnie od początku ich zaistnienia na giełdzie, a każda zainwestowana weń złotówka zwróciła się wielokrotnie, warszawski rynek zmienił się nie do poznania.

Inwestorzy kontra spekulanci

Inwestujący w wartościowe przedsiębiorstwa mają tę przewagę na innymi, że dobrze potrafią przewidzieć szacunkową wartość posiadanych przez siebie akcji. Inwestorzy, którzy czytają sprawozdania finansowe, dokonują analiz i są na bieżąco z tym, co dzieje się w posiadanych przez nich spółkach, śpią spokojnie. Mało tego: najpewniej cieszą się, gdy ceny akcji idą w dół. Przecena jest bowiem wykorzystywana przez nich do odkupienia spadających akcji i zwiększenia wartości ich portfeli. Inwestor inwestujący w wartość jest bowiem inwestorem długoterminowym, a akcje danej spółki trzyma w długim, kilkuletnim horyzoncie czasowym, do czasu, kiedy wybrana firma konsekwentnie zwiększa zyski.
W dużo gorszej sytuacji są spekulanci, zwabieni owczym pędem, decydujący się na inwestycje pod wpływem informacji, które mają potencjalnie rzutować na wycenę danej spółki w przyszłości. Akcje spółek spekulacyjnych są najbardziej wyczulone na rynkowe trendy. Liczący na duży zysk w krótkim horyzoncie czasowym, w czasie bessy spekulanci notują dotkliwe straty, zwłaszcza jeśli nie trzymają nerwów na wodzy, a jeszcze gorzej, gdy inwestują pożyczonym z banku kapitałem.
Najtrudniejszym pytaniem, z którym borykają się inwestorzy jest zapewne dylemat, czy mamy do czynienia z kilkutygodniową korektą cen akcji, czy z kilkuletnią bessą. Gwałtowny krach zaczyna się bowiem, gdy spekulanci wywindowali kursy do niebotycznych rozmiarów. Giełdowi weterani pamiętają zapewne szalone wzrosty lat 90., gdy rosły dosłownie wszystkie spółki lub ?bańkę internetową?, gdy ceny szybowały na wieść, że spółka zaczyna działać w e-biznesie.
Podczas obecnej hossy również nie brakowało słów-wytrychów do portfeli inwestorów. Raz były to surowce: głównie stal czy paliwa, a innym razem tzw. deweloperka. Wiele firm podejmując się nowych wyzwań zwiększało realnie swoje zyski i nieuczciwe byłoby nazwanie ich ?przeszacowanymi balonami?. Z innej strony firmy nie stroniły od sztucznego zwiększania wartości notowań swoich udziałów np. poprzez podział akcji lub tzw. ?groszowe emisje? nowych akcji dla dotychczasowych akcjonariuszy. W ten sposób w ciągu ostatnich lat tworzyły się nowe fortuny, ale i w tym nie upatrywałbym sensacji, bowiem historia rynków kapitałowych to faktycznie historia pomysłów na zwiększanie majątku księgowego nowymi sposobami.

Dlaczego akcje spadają?

Najczęściej spadek wartości cen akcji jest zbieżny z dekoniunktura gospodarczą. W przypadku Polski, należącej do tzw. Tygrysów Europy, rozwijającej się niezwykle dynamicznie na tle krajów UE15, o takim fakcie nie może być mowy. Żyjemy jednak w czasach gospodarki globalnej, a rynki finansowe są połączone ze sobą i związane wieloma zależnościami. Choć trudno w to uwierzyć, sytuacja na giełdzie w Warszawie, uzależniona jest od sytuacji za oceanem. Od kondycji Wall Street, a pośrednio od kondycji amerykańskiej gospodarki zależy sytuacja na wielu rynkach całego świata.
Wieści napływające z USA nie są optymistyczne. Coraz częściej słyszy się o recesji, spowodowanej głównie przez kryzys na rynku nieruchomości. Amerykańskie banki postanowiły napompować swoje wyniki finansowe udzielając kredyty hipoteczne każdemu, kto o to poprosił. Na szczęści w Polsce taka sytuacja nie ma miejsca, lecz wiele globalnych banków znalazło się w kłopotach. Słabnie też amerykańska waluta, rośnie inflacja i wygląda na to, że wzrost gospodarczy ostatnich lat napędzany był w większym stopniu konsumpcją, co inwestycjami.
Ponadto, o czym mówi się mniej i bardzo niechętnie, ekonomiści zaczynają się zastanawiać się nad wydolnością rozbudowanych systemów socjalnych najbardziej rozwiniętych państw świata w perspektywie niżu demograficznego i procesów starzenia się społeczeństw. Najbardziej pesymistyczni naukowcy z Mises Institute przewidują, że Stany Zjednoczone czeka zapaść na miarę kryzysu z lat 20. ubiegłego wieku, a państwa nie będzie stać na wypłacanie emerytur.
Wreszcie, na rynku nie ma już impulsu do dalszych wzrostów, a akcje są najzwyczajniej drogie. Polska także na tym tle nie wygląda najgorzej. Warto porównać współczynnik ceny do zysku akcji na największych giełdach świata. Dla największych polskich spółek wynosi on 14,09. Dla pięciuset amerykańskich 17,87. Dla Niemiec 13,04; Francji 12,80, ale dla Chin 49,49. Tak więc prawdziwym giełdowym balonem, który może pęknąć tuż po Olimpiadzie w Pekinie są tak naprawdę Chiny.

Jeśli nie akcje to co?

Jeden z największych inwestorów giełdowych Warren Buffet mawia, że ?twoim celem jako inwestora powinno być po prostu kupno za racjonalną cenę udziału w zrozumiale działającym przedsiębiorstwie, którego dochody niemal na pewno za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat będą wyższe niż dzisiaj?. Notujący stopę zwrotu przekraczającą 30 proc. rocznie, Buffet nie martwił się rynkowymi fluktuacjami, inwestując tylko w najlepsze firmy takie jak: American Express, Coca-Cola, Walt Disney, McDonalds, Washington Post czy Gilette. Tak więc najlepszą inwestycją dla inwestorów oczekujących wysokiej stopy zwrotu są akcje, akcje i jeszcze raz akcje. Najlepszym zaś posunięciem w czasie bessy lub korekty jest poczekanie aż akcje spadną do oczekiwanego minimum i kupno jak najbliżej dna.
Inwestorzy indywidualni muszą rozważyć czy opłaca im się sprzedać akcje w czasie spadków, tak aby uratować zyski już zawarte w cenach akcji, czy przeczekać zniżkę. Dotyczy to przede wszystkim klientów Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. Warto wiedzieć, że paniczna wyprzedaż akcji przez klientów TFI, nakręca dekoniunkturę. Ponadto fundusze naliczają sobie dodatkowe opłaty umorzeniowe. Kolejną opłatę inwestor poniesie przy następnej chęci powrotu na rynek.
Nie każdy klient ma jednak zdrowie, aby patrzeć jak topnieje stan jego rachunku. Nic więc dziwnego, że tacy klienci opuszczają rynek akcji i poszukują zysków gdzie indziej. Obecnie istnieje wiele możliwości alternatywnej alokacji kapitału. Pośrednicy oferują niezliczoną ilość instrumentów inwestowania na międzynarodowych rynkach, nie tylko w akcje, ale także w nieruchomości, surowce czy metale szlachetne. Wydaje się jednak, że w obecnych czasach inwestowanie na wielu innych rynkach niż akcje jest obarczone równie dużym ryzykiem.
Ceny surowców rosną niezmiennie od wielu lat. Fundusze hedgingowe, inwestujące w różnorakie aktywa, których jednostki są do kupienia w Polsce, lokujące na rynkach surowcowych, akcji czy instrumentów pochodnych w niepewnych, nerwowych dla gospodarki czasach, bez wyraźnego trendu w górę czy w dół, nie radzą sobie najlepiej i zapewniają przeciętne kilku-kilkunastoprocentowe zyski, zależne od okresu wejścia-wyjścia z inwestycji. Złoto i srebro są najdroższe w historii. Po numizmaty ustawiają się kolejki amatorów zwabionych niewiarygodnymi cenami aukcyjnymi na internetowym portalu Allegro. Ropa i gaz są na rekordowych poziomach. Nieruchomości są już teraz drogie. Dla zachowawczych i sceptyków pozostają obligacje i lokaty bankowe. Najmniej atrakcyjne pod względem stopy zwrotu, ale bezpieczne. Tym niemniej nie należy zapominać, że preferującym bezpieczne inwestycje także coś zagraża. Takim zagrożeniem jest największy wróg gospodarki kapitalistycznej ? inflacja.
Read more »

Monday, January 28, 2008

Słoweński debiut

Kilkadziesiąt milionów euro będzie kosztowała europejska prezydencja pierwszego z krajów Nowej Europy czyli Słowenii. Największym zyskiem z przewodnictwa w Unii będzie promocja tego niewielkiego kraju w Europie.

Do najważniejszych wydarzeń 1-go stycznia 2008 w Unii Europejskiej było nie przyjęcie wspólnej waluty przez dwa nowe kraję: Maltę i Cypr, lecz objęcie półrocznego przewodnictwa we wspólnocie przez Słowenię, niewielki, niespełna dwumilionowy kraj, powstały po rozpadzie Jugosławii.

Promocja za miliony

Tym samym Słoweńcy będą pierwszym państwem obejmującym przewodnictwo z krajów przyłączonych w 2004 r., z grupy w której znalazła się także Polska. Słowenia zastępuje Portugalczyków, którzy szczycą się, że dzięki im zabiegom UE zyskała ważny dokument ? traktat reformujący.
Trudno spodziewać się po obecnym przywództwie równie istotnych zmian w Unii. Na największe korzyści z przewodnictwa liczy rząd Słowenii. Ponad 62 miliony euro będzie kosztowało sprawowanie funkcji lidera Unii przez kolejne sześć miesięcy. Największe koszty pochłonęła nowa infrastruktura, w tym budowa nowego centrum konferencyjnego w Brdo w okolicach Lublany, gdzie odbywać się będą spotkania ministerialne. Kolejne miliony to zatrudnienie ok. 2 tys. nowych pracowników, którzy będą obsługiwać unijne imprezy.
Co Słoweńcy zyskają w zamian? Wydaje się, że największą korzyścią będzie medialna promocja tego adriatyckiego kraju. Turystyka jest mocną stroną tej niewielkiej republiki i można się spodziewać się, że zainteresowanie Słowenią znacznie się zwiększy. Zyska zapewne gospodarka. Lepsza polityka informacyjna może przyczynić się do większego zainteresowania inwestorów zagranicznych.
Słoweńcy od roku płacą w euro. Dochód narodowy na mieszkańca jest najwyższy spośród wszystkich unijnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a takie wskaźniki jak inflacja czy wzrost gospodarczy, plasują Słoweńców powyżej europejskiej średniej.
Mimo znacznych sukcesów na tle innych krajów Europy: przyzwoitego poziomu wolności gospodarczej, wysokiej konkurencyjności czy dobrej integracji z gospodarką światową, problemem Słowenii jest niska rozpoznawalność. Kłopoty z identyfikacją mogą zniknąć właśnie za sprawą obecnego przewodnictwa w UE. Słowenia ma niepowtarzalna okazję, żeby zerwać także z wizerunkiem kraju bałkańskiego, kojarzonego z wojną w byłej Jugosławii.

Bez rewolucji

Po debiucie trudno spodziewać się rewolucji. Bardziej realne jest raczej dostosowywanie się nowego kraju do zwyczajów i modelu prezydencji obowiązującego ongiś tylko dla krajów piętnastki. Stara Europa liczy, że nauczy się czegoś nowego o Bałkanach, co być może przyczyni się to do rozwiązania konfliktu wokół Kosowa.
Najbardziej istotne problemy, naprzeciw których staje ten kraj w ciągu najbliższych sześciu miesięcy to liberalizacja rynku energii oraz nieszczęsna Strategia Lizbońska, która chyba już dawno powinna być zutylizowana w niszczarce do dokumentów. W sprawie energii odbędą się dwa spotkania ministerialne. Natomiast szczyt Strategii Lizbońskiej planowany jest na wiosnę.
Słoweńcy zapowiadają także, że będą walczyć z biurokracją za pomocą? bardziej efektywnych regulacji. Można więc sądzić, że poprawa będzie co najwyżej symboliczna. Nowym liderom leży też na sercu stabilność rynków finansowych oraz wyłudzeń podatku VAT, sięgających w UE aż 50 mld euro rocznie. Wydaje się, że najprostszą drogą do rozwiązania tego drugiego problemu byłaby likwidacja VAT-tu, lecz naturalnie nie ma na to co liczyć.
Z reform, zapowiadane jest także usprawnienie rynku telekomunikacyjnego. Bruksela będzie walczyć z konsolidacją na rynku.
Słoweńcy znajdą się po presją, ponieważ muszą znaleźć rozwiązanie jak pogodzić nowe ograniczenia, które nałożyli sobie Europejczycy w imię walki z ociepleniem klimatu, z rozwojem gospodarczym Starego Kontynentu. 20. procentowe cięcia emisji gazów cieplarnianych do 2020 r. oraz 20. procentowe zwiększenie udziału energii odnawialnej w bilansie energetycznym UE są w dalszym ciągu utopijne. Jakiekolwiek porozumienie może być bardzo trudne do osiągnięcia, choćby z tego powodu, że w dwa największe kraje UE ? Francja oraz Niemcy rządzone są przez prawicę, która w odróżnieniu od lewicy odnosi się sceptycznie do kwestii globalnego ocieplenia, jako rzekomo głównego problemu cywilizacyjnego współczesnego świata.

Unia na bocznym torze

Płonne są też nadzieję, że Słowenia może choć trochę zawrócić Unię z kierunku wyznaczonego przez Traktat Reformujący i interwencjonistyczną praktykę gospodarczą. Europa zmierza w stronę superpaństwa federacyjnego opartego na kruchych fundamentach ekonomicznych i moralnych. Zapewne wiosną, podczas okresowego przeglądu wyników Strategii Lizbońskiej, dowiemy się, że Chiny czy Indie depczą po piętach Europejczykom, albo są już pół kroku przed nami. Zamiast deregulacji gospodarki, unijni eksperci znów zapewne zaproponują nowe cele, deklaracje i ?usprawnienia?.
Rozszerzona strefa Schengen będzie natomiast nowym wyzwaniem w kwestii swobodnego przepływu towarów i osób. Większa wolność poruszania się wewnątrz Unii może przyczynić się do pewnego ożywienia gospodarczego. Nie bez wpływu na przywództwo Słoweńców pozostanie skład rządu tego kraju. Słowenia rządzą socjaldemokraci, a więc to z czego cieszy się Bruksela, nie musi być koniecznie dobre dla obywateli.
Po Słowenii, Unią rządzić będą Francuzi, natomiast w 2009, z czym można wiązać większe oczekiwania, Czesi. Sami Słoweńcy nie są rozentuzjazmowani nową rolą w UE. Mają nadzieją, że w końcu przestaną być myleni ze Słowakami.

Read more »

Friday, January 25, 2008

Komentarz dla Pulsu Biznesu

Polska jest muzeum techniki w dziedzinie cyfryzacji. Cyfryzacja dla większości Polaków jest tylko hasłem, ale do czasu. Według zaleceń UE, analogowe nadawanie programów radia i telewizji powinno zostać w Polsce zastąpione nadawaniem cyfrowym do 2012 roku, jednak już dziś większość ekspertów uważa to za całkowicie nierealne.

Wynika to m.in. z założenia parametru pokrycia Polski naziemnym nadawaniem cyfrowym, który wynosi 95%. Dodatkowo cala sprawę komplikuje fakt małej ilości częstotliwości dostępnych na potrzeby tzw. multipleksów cyfrowych. Dość powiedzieć, iż w obecnych projektach cyfryzacyjnych tworzonych przez różne rozproszone ośrodki rządowe i eksperckie mówi się o zaledwie 7 kanałach telewizji cyfrowej. Radia cyfrowego w tych projektach nie uwzględniono w ogóle.

Wbrew wielu opiniom, cyfryzacja przekazów medialnych nie jest tożsama z wprowadzeniem tylko cyfrowej telewizji naziemnej - cyfryzacja jest pojęciem znacznie szerszym i obejmuje również inne media transmisyjne takie jak np. cyfrowy przekaz w sieciach kablowych, cyfrowy przekaz DVB-H, i wreszcie cyfrowe nadawanie satelitarne, które dominuje w zdecydowanej większości krajów europejskich. Trzeba w tym miejscu jasno stwierdzić, iż wszystkie te technologie są komplementarne, czego najlepszym przykładem są kraje najbardziej zaawansowane w cyfryzacji takie jak np. Wlk. Brytania czy Francja.

Ciekawym przykładem ilustrującym tę tezę jest fakt, iż w połowie roku 2007 we Francji przyjęto ustawę dotyczącą obowiązkowego nadawania cyfrowych programów francuskich również z satelity w celu zapewnienia powszechnego odbioru tych programów dla wszystkich obywateli (nie mylić z istniejącymi platformami satelitarnymi telewizji płatnej).
Read more »

Wynalazczość na krawędzi

Finansowanie badań naukowych nad nowymi lekami z kieszeni podatników oraz powierzenie zarządzania własnością intelektualną instytucjom międzynarodowym, to najważniejsze postulaty, które padły podczas ostatnich obrad Światowej Organizacji Zdrowia.
Nieoczekiwanie zakończyła się listopadowa sesja Międzyrządowej Grupy Roboczej ds. Zdrowia Publicznego, Innowacji i Własności Intelektualnej. Kraje rozwijające się oraz przeciwnicy własności intelektualnej odnieśli duży sukces i otworzyli furtkę do dalszego ograniczenia ochrony praw własności intelektualnej w medycynie.
Podczas obrad zapowiedziano prace nad wprowadzeniem centralnego planowania w badaniach naukowych. Kraje rozwijające się, wspierane przez skrajnie lewicowe organizacje pozarządowe i polityków, domagają się zastąpienia istniejącego systemu ochrony patentowej, systemem ?nagród pieniężnych?, dla firm, które opracują nowe leki oraz rozdziałem tych środków przez instytucji międzynarodowe.
Nie jest jasne, jak ma działać ten system w praktyce. Wiadomo jednak, że ?nagrody? ufundują podatnicy, natomiast centralne sterowanie badaniami nad nowymi lekami prawdopodobnie zahamowałoby postęp w medycynie.
Co zadziwiające, niektórzy politycy Europarlamentu (socjaliści, komuniści i zieloni) poparli autorytarny reżim Tajlandii, który ostatnimi czasy wywłaszczył kilka firm z Europy i Stanów Zjednoczonych i powołując się na instytucję tzw. ?przymusowego licencjonowania? przekazał patenty na produkcję leków? państwowej firmie.
?Przymusowe licencjonowanie? jest praktyką pozwalającą na produkcję leków chronionych w sytuacjach krytycznych dla zdrowia publicznego. Wojskowa junta w Tajlandii kierował się wyłącznie własnym interesem, natomiast kraje rozwijające się chciałyby, aby ?przymusowe licencjonowanie? stało się powszechnie obowiązującą praktyką.
Pomyślmy co by się stało, gdyby postulaty przeciwników własności intelektualnej kiedykolwiek się ziściły. Kto produkowałby nowe leki? Urzędnicy? Która firma zaryzykowałaby milionowe inwestycje, wiedząc, że wynalazczość nie jest chroniona?
Najpewniej dynamiczny rozwój innowacji zostałby zahamowany. Najwięcej szkód ponieśliby pacjenci, bowiem na rynek nie trafiałyby nowe leki. Zapewne zyskaliby urzędnicy oraz stworzone przez nich firmy produkujące generyki.
Centralne sterowanie badaniami naukowymi nie sprawdzi się. Medycyna zawdzięcza swój dynamiczny postęp siłom rynkowym oraz inicjatywie prywatnych przedsiębiorców. Nie wyobrażam sobie, aby którakolwiek instytucja międzynarodowa udźwignęłaby ciężar finansowania badań naukowych na światową skalę. Wyobrażam sobie natomiast kolejne dziesięciolecia nierozwiązanych problemów zdrowia publicznego i skandali korupcyjnych.
Powoływanie się na interes pacjentów jest cynizmem. Pacjentom zależy na jak najlepszym dostępie do nowych leków. Ten dostęp może być zapewniony tylko na poziomie międzynarodowych negocjacji, a nie pod przymusem. Gdy polityk zabiera patent i powierza założonej przez kolegów firmie, myśli o sobie, a nie o chorych.
Żyjemy w czasach, gdzie, jak podają firmy innowacyjne, ponad 95 proc. z listy leków podstawowych WHO nie posiada ochrony patentowej. Nie jest też prawdziwa teza, że ?przymusowe licencjonowanie? pozwoli na dostęp do leków dla najuboższych. Jeśli ktoś ma przeżyć za dolara dziennie, nie będzie go stać zarówno na lek za 100 dolarów, jak i za 10.
Read more »

Wednesday, January 23, 2008

Wypowiedź dla TVP

W dzisiejszej Panoramie komentarz dotyczący roli informacji w kształtowaniu trendów giełdowych. Czy internet zmienił dostęp do informacji? Czy analitycy, dziennikarze i politycy korzystają z pokusy wpływania na trendy? Już dziś w Panoramie.
Read more »

Wypowiedź dla Parkietu

Rynek oczekiwał wypowiedzi polityków odnośnie sytuacji na giełdzie, natomiast, gdy politycy posiadają akcje, można snuć domysły, co do celów takich wypowiedzi.Do Polski powoli docierają zwyczaje amerykańskie i brytyjskie, gdzie komentowanie sytuacji gospodarczej jest przez polityków powszechne, czytamy w weekendowym wydaniu gazety Parkiet.
Read more »

Thursday, January 17, 2008

Energetyczny szał

Nowa strategia niszczenia europejskiej gospodarki nazywa się 3 razy 20 tzn. 20 mln więcej bezrobotnych i kurcząca się gospodarka o 20 mld euro rocznie do 2020 r.

Cena ropy naftowej przekroczyła 100 dolarów za baryłkę i to najprawdopodobniej nie koniec podwyżek. Lokalni dystrybutorzy energii podnieśli ceny o kilkanaście procent. Jednocześnie Unia Europejska postanowiła ograniczyć o 20 proc. emisje dwutlenku węgla do 2020 r. i chce, aby do tego czasu 20 proc. energii pochodziło ze źródeł odnawialnych (3x20).
Wszystko wskazuje na to, że Bruksela chce dokonać energetycznej eutanazji na swojej gospodarce. Podczas, gdy ceny surowców notują rekordowe poziomy, UE narzuca krajom członkowskim nierealne limity emisji gazów cieplarnianych wraz z życzeniową sugestią co do źródeł odnawialnych.
Na skutki takich działań nie trzeba było długo czekać. Firmy energetyczne od nowego roku zafundowały klientom gigantyczną podwyżkę. Nic dziwnego, przecież rząd obciął o 30 proc. limity emisji elektrowniom i elektrociepłowniom. Za funkcjonowanie europejskiego systemu handlu emisjami płacą konsumenci.

Ekolodzy zarządzają firmami

Jakie ministerstwo w największym stopniu wpływa na funkcjonowanie przedsiębiorstw? Ministerstwo ochrony środowiska. MOŚ przedstawił propozycje rozdziału uprawnień na lata 2008-2012. 45,2 proc. limitów otrzymają elektrownie, 16,2 proc. ciepłownie i elektrociepłownie, 6 proc. cementownie a 7 proc. przemysł hutniczy. Resztę pozostawiono innym branżom oraz rezerwom na nowe instalacje.
Przedsiębiorcy, delikatnie mówiąc, nie są zachwyceni. Średnie redukcje sięgnęły 1/3 w porównaniu z okresem 2005-2007 r. Podczas, gdy w poprzednim okresie takie firmy jak Synthos, Kogenereacja czy Mondi zyskały na sprzedaży nadwyżek miliony złotych, w tym roku prawdopodobnie będą zmuszone do zakupu pozwoleń na rynku. Wiele firm zainwestowało pokaźne kwoty w modernizację zakładów. W następnych latach, nie będzie już na to pieniędzy.
Zwłaszcza, że ceny pozwoleń na emisje rosną. Z początkiem zeszłego roku cena kontraktów terminowych na emisję tony CO2 wynosiła 17,5 dolarów, natomiast pod koniec doszła do 22 USD. Drastyczne redukcje narzucone krajom członkowskim przez Komisje Europejską, sugerują, że rynkowe ceny limitów mogą rosnąć, a rosnący popyt ma być dowodem na skuteczność genialnego projektu handlu emisjami.
Warszawa nie złożyła jednak broni i zaskarżyła decyzje KE do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Nie mamy szans, jeśli w trybunale także zasiadają ekolodzy. Jak uczą postępowcy, sędziowie wszystkich trybunałów mają przecież jakieś poglądy, a słuszny światopogląd w Europie jest jeden.

Wyzyskiwani przez Brukselę

Szaleństwo na rynku cen energii trwa w najlepsze. Warszawiacy zapłacą rachunki za energię elektryczną wyższe o 17 proc. Ślązacy ?tylko? o 13 proc., ale Vattenfall chce 18 proc. podwyżki. Kilkukrotnie zwyżkowały ceny energii na giełdzie. Nie jest jednak jasne, czy były to racjonalne ruchy, czy próba manipulowania cenami i rynkiem.
Polska energetyka tkwi w marazmie. Obecna produkcja oscylująca wokół 162 TWh z trudem zaspokaja potrzeby konsumentów. Mimo, że rocznie zapotrzebowanie na zużycie energii elektrycznej rośnie o 3 proc., w 2008 r. nie zostanie oddany do użytku żaden nowy blok energetyczny.
Część poprawnie politycznych analityków za sytuację obwinia nie słabnący apetyt konsumentów na prąd, brak nawyków oszczędzania energii czy zwykłe marnotrawstwo. Inni, bardziej trzeźwi zauważają dynamiczny rozwój gospodarki, determinujący zwiększone zapotrzebowanie na energię. Czy zatem powinniśmy błogosławić globalne ocieplenie, bo tylko wtedy nie zabraknie nam prądu? Lżejsza zima to przecież mniejsze zużycie energii elektrycznej.
Już teraz w godzinach szczytu zarządzający elektrowniami patrzą z niepokojem na wskaźniki. Natomiast dystrybutorzy energii namawiają klientów do wyłączania świateł i wymiany okien na szczelniejsze. Zapewnie wspólnie modląc się o ciepłą zimę i chłodne lato.
Nie ukrywajmy: unijna dyrektywa o konieczności wyregulowania globalnej temperatury na 20 stopni Celciusza jest bliska! Co na to producenci klimatyzacji? Czy będą protestować, czy przedłożą projekt budowy globalnego klimatyzatora, finansowanego, oczywiście, przez podatników?

Wiecej w drukowanej wersji Najwyzszego Czasu.
Read more »

Wednesday, January 09, 2008

Komentarz dla TVP

Kluby piłkarskie na giełdzie? Promocja dla działaczy, ryzyko dla inwestorów. Film z wypowiedzią do ściągnięcia tu: http://ww6.tvp.pl/3142,20080109634835.strona
Read more »

Tuesday, January 08, 2008

Polska strefa ekonomiczna

Nawet największe światowe koncerny bez żenady korzystają w Polsce z państwowych dotacji. Zróbmy z Polski jedną wielką specjalną strefę ekonomiczną Europy. Wówczas inwestorzy będą się do nas pchali drzwiami i oknami, a podatnik do ich biznesu nie dołoży ani złotówki.

Zakrawa na absurd, że każdy polski podatnik dopłaca do działalności w Polsce znanych światowych marek. To co dla koncernów jest zachętą dla inwestycji, z punktu widzenia małego i średniego przedsiębiorcy, który nie ma szans na analogiczną pomoc państwa, jest jawną niesprawiedliwością. Mimo, że to z sektora małych i średnich przedsiębiorstw pochodzi większość miejsc pracy a MSP wytwarzają większość dochodu narodowego, przedsiębiorcy są dyskryminowani we własnym kraju.
Skoro tak świetnie funkcjonują specjalne strefy ekonomiczne, do których ściągają korporacje z wszystkich stron świata, dlaczego nie przenieść doświadczeń poza strefy? Zróbmy z Polski jedną wielką specjalną strefę ekonomiczną wprowadzając zerową stawkę podatku CIT i PIT dla firm, które reinwestują zyski. Wówczas zarówno mali i średni przedsiębiorcy, jak i korporacje, będą miały stworzone takie same warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Z ulgą odetchną także podatnicy, którzy nie będą musieli już dopłacać do każdego zaciągniętego do Polski inwestora.

Wszyscy biorą

Co łączy firmy LG, Philips, Hewlett Packard, IBM, Volvo, Volkswagen czy MAN? Wszystkie robią biznes w Polsce i otrzymują za to państwowe dotacje. Wydawałoby się, że znana marka, wysoka pozycja korporacyjna i miliardowe obroty wystarczą do inwestowania w tak perspektywicznych krajach jak Polska. Niestety, kilkanaście lat po obaleniu komunizmu, wracają czasy gdy do każdego towaru produkowanego w kraju dopłacają podatnicy.
Według najnowszego raportu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wzrasta pomoc publiczna dla firm. Po pieniądze podatnika wyciągnęło rękę blisko 140 tys. przedsiębiorstw.
Rekordzistą jest koreański konglomerat LG. Jego spółki-córki, głównie produkujące sprzęt RTV i AGD w 2006 r. otrzymały łącznie 441,2 mln zł pomocy publicznej. Oprócz producentów elektroniki podatnicy wspierają także potentatów rynku komputerowego: Hewlett Packard otrzymał w analogicznym okresie 8,6 mln zł.
Dopłacamy także do firm motoryzacyjnych. Potentat na rynku ciężarówek MAN otrzymał 52,5 mln zł z Ministerstwa Gospodarki, natomiast Isuzu ? 40,8 mln zł, Fiat ? 31,7 mln zł, a Volkswagen 24,2 mln.
UOKiK wylicza: płacimy za koleje państwowe, górnictwo, przemysł stoczniowy. 1,13 mld rocznie kosztują podatników dopłaty do PKP. Blisko 600 mld do górnictwa, a ponad 103 mln zł do budownictwa okrętowego. Z roku na rok dopłacamy coraz więcej. Pomoc publiczna w 2006 r. wyniosła prawie 4,47 mld w porównaniu z 3,65 mld zł w roku poprzednim.

Fenomen strefy

Od ponad 10 lat funkcjonuje w Polsce 14 specjalnych stref ekonomicznych. Strefy przyciągnęły setki zagranicznych inwestorów. Firmy zachęca do otwierania placówek w strefach zwolnienie z płacenia podatku CIT i PIT. O tym marzy każda firma w Polsce, niestety nie wszyscy spełniają określone kryteria, które pozwoliłyby na działanie w strefie.
De facto, firmy działające na terenach SSE, korzystają z pomocy publicznej, którą jest nie tylko zwolnienie z płacenia podatku dochodowego, ale także ulgi i zwolnienia w podatkach od nieruchomości, a w niektórych przypadkach samorządowe inwestycje w infrastrukturę ułatwiającą działalność.
Unia Europejska wyjątkowo zgodziła się na funkcjonowanie stref do 2018 r. (strefa krakowska). Strefa katowicka i suwalska zakończą działalności w 2016 r., pozostałe strefy w 2017 r. Co zrobią firmy, które zakończą działalność w SSE? Prawdopodobnie wyniosą się tam, gdzie otrzymają równie atrakcyjne warunki funkcjonowania. Chyba, że zdecydujemy się zatrzymać je w Polsce.
Już dziś doradcy inwestycyjni zwracają uwagę, że atrakcyjność SSE będzie ważna jeszcze 3-4 lata. Po tym czasie, wykorzystanie ulg będzie trudniejsze. Szacuje się, że dotacje dla niektórych firm sięgają aż 40 proc. wydatków inwestycyjnych. Z ekonomicznego punktu widzenia pomoc publiczna dla wybranych firm, nie tylko burzy rynkową konkurencję, ale niszczy mechanizm przedsiębiorczości. Odwrotnie: równe warunki dla wszystkich firm, wzmocniłyby konkurencję i przyczyniłyby się do zwiększenia przedsiębiorczości.

Dochodowy zero procent

Jeśli Polacy chcą rozwijać się równie dynamicznie jak Estonia czy Irlandia, zamiast dotować wybrane przedsiębiorstwa, powinniśmy rozszerzyć specjalną strefę ekonomiczną na cały kraj i zwolnić inwestujące firmy z płacenia podatku dochodowego. Wówczas nie byłoby konieczności pomocy publicznej dla firm, a wszystkie przedsiębiorstwa konkurowałyby na jednakowych warunkach.
Inwestorzy spoza granic naszego kraju, mieliby zagwarantowaną atrakcyjność inwestycyjną na długie lata. Status raju podatkowego dla przedsiębiorczych, przyciągnąłby firmy z całego kraju. Specjalne strefy ekonomiczne nie ryzykowałyby zapaści, gdyby przestały funkcjonować, inwestorzy nie musieliby się przenosić do Chin bądź na Ukrainę. Zachodnie koncerny wreszcie zaczęłyby funkcjonować w Polsce na rynkowych zasadach, a nie dzięki dotacjom opłacanym przez podatnika.
Zwiększona konkurencja spowodowałaby, że spadłyby ceny wielu produkowanych w Polsce produktów. Zwiększyłby się także popyt na pracę. Wówczas realne stałyby się podwyżki płac. Należy pamiętać, że najgłośniejsze inwestycje tworzą miejsc pracy jak na lekarstwo, a płace utrzymywane są na poziomach minimalnych.
Tylko stworzenie konkurencyjnej gospodarki gwarantuje długotrwały wzrost PKB oraz wyższe płace. Wówczas możliwe okaże się zatrzymanie exodusu polskich pracowników zagranicę. Setki tysięcy polskich emigrantów otrzyma szansę powrotu do kraju na warunkach konkurencyjnych dla tych z Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Szkocji.
Polska nie musi być jak Irlandia, Estonia czy USA. Wystarczy, że uwolni potencjał, który już funkcjonuje i odejdzie od wspierania, na modłę socjalistyczną, każdej firmy, która zwróci się o dotacje do odpowiedniego urzędnika.

Read more »

Friday, January 04, 2008

Skończyć z wyzyskiem przedsiębiorców

Niech nowy rząd skończy z żerowaniem na przedsiębiorczych i represjach wobec biznesu.
Komentarz z wczorajszego Pulsu Biznesu.

Od wewnątrz odchodzący rok wyglądał nadzwyczaj dobrze. Malejące bezrobocie, dynamiczny wzrost gospodarczy, umacniająca się waluta, rosnące inwestycje. Gdy jednak spojrzy się na Polskę z perspektywy globalnej, czar pryska.
Nie było chyba rankingu (globalizacji, konkurencyjności, wolności gospodarczej), w której pozycja naszego kraju nie uległa pogorszeniu. Z jednym wyjątkiem ? korupcji, ale z tego akurat nie należy się cieszyć.
Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Niestety nie zmniejsza się liczba biurokratycznych przepisów krępujących ręce biznesowi. Wolności gospodarczej z roku na rok jest coraz mniej, także za sprawą absorpcji aquis communitaire. Nie zmniejsza się wyzysk podatkowy ? przedsiębiorczy są karani za swoją zaradność. Nic więc dziwnego, że niektórym puszczają nerwy i transferują swój biznes zagranicę.
Mimo, że nowy rząd swoją kadencję rozpoczął tradycyjnie od składania obietnic prosocjalnych, życzę mu czegoś, co opłaca się bardziej. Skończcie proszę z represjami wobec przedsiębiorców ? wobec tych, którym Polska zawdzięcza swój dobrobyt.
Wszyscy zachwycają się jak wspaniale działają Specjalne Strefy Ekonomiczne. Problem w tym, że w takiej formule jak obecnie podatnicy dopłacają do działalności największych korporacji, lokujących swoje interesy w strefach. Poza strefami mali i średni przedsiębiorcy ledwo wiążą koniec z końcem.
Dlaczego nie przenieść doświadczenia ze SSE na cały kraj? Zróbmy z Polski jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną, gdzie drobni przedsiębiorcy będą traktowani na równo z wielkimi firmami. Wówczas nie będziemy musieli robić z Polski Irlandii, lecz Irlandia będzie naśladować Polskę.
Read more »

Thursday, January 03, 2008

Ziemia jest okrągła

Globalizacja nie jest tak zaawansowana, jak wmawiają nam komentatorzy i publicyści. Mało tego, uwarunkowania współpracy ekonomicznej, takie jak bliskość geograficzna, nie zmieniły się od setek lat.


Czym jest globalizacja? Odpowiadając najprościej: gospodarcza, polityczna i społeczna integracja świata za pomocą nowych technologii komunikacji. Podczas, gdy eksperci spierają się, kiedy rozpoczęła się epoka globalizacji, pierwszym silnym impulsem do integracji starego i nowego świata był niewątpliwie rok 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb wypłynął w poszukiwaniu nowej drogi do Indii, odkrywając przy tym, że świat jest większy, niż się to współczesnym wydawało.



Płaski talerz na siedmiu krokodylach

Niestety, dzisiejsi myśliciele Ameryki nie odkrywają. Dziennikarz ?New York Timesa? Thomas L. Friedman, opublikował w 2005 r. książkę pt. ?Świat jest płaski?, w której starał się udowodnić, że znajdujemy się w bardzo zaawansowanej fazie globalizacji. Innymi słowy, żyjemy w świecie, którego stopień integracji określa fakt, że interesanci amerykańskich infolinii są obsługiwani przez operatorów telefonicznych znajdujących się w Indiach. Jednakże dane ekonomiczne przeczą takim wnioskom. Ziemia nadal jest okrągła. Świat się nie ?skurczył?. Wciąż najchętniej współpracujemy z sąsiadami.

Tezę Thomasa Friedmana obalił w jednym z ostatnich numerów magazynu ?Foreign Policy? profesor Pankaj Ghemawat z Harwardu. Ghemawat zauważył, że nie można mówić o zaawansowanej formie globalizacji, skoro ponad 90 proc. rozmów telefonicznych, komunikacji internetowej oraz inwestycji pozostaje... lokalnych. Co z tego, że używamy internetu, skoro komunikujemy się głównie z kumplami z pracy. Niech każdy z ręką na sercu spojrzy do swojej skrzynki adresowej i policzy ile procent zajmują tam korespondenci rozsiani po świecie.

Elementem, który najszybciej ulega globalizacji, jest handel. Handel międzynarodowy to obecnie jedna czwarta obrotu gospodarczego. Ale trzy czwarte to obrót lokalny, a handel międzynarodowy to głównie obrót z najbliższymi sąsiadami. Czy nie powinniśmy zatem mówić o regionalizacji, a nie globalizacji?

Pozostałe wskaźniki globalizacji nie przekraczają swym zasięgiem lokalności. Najlepsze inwestycje to takie, które pozostają w domu. Wpływy z połączeń telefonicznych, zarządzania firmami, ochrony patentowej czy dobroczynności zaledwie w 10 proc. dotyczą obrotów zagranicznych. Czy możemy więc mówić o zaawansowanej formie globalizacji? Bynajmniej. Znajdujemy się w jej początkowej fazie ? uważa Ghemawat.



Globalofobia

We współczesnym świecie najchętniej rozmawia się o zagrożeniach rozmaitymi zjawiskami. Globalizację błędnie kojarzy się wyłącznie z biedą i ekspansją kultury masowej. Dane jednak temu przeczą. Gdyby globalizacja była nośnikiem rozprzestrzeniania się biedy, wzrastałoby ubóstwo w skali światowej. Dzieje się dokładnie odwrotnie. Kraje południowo-wschodniej Azji, takiej, jak Malezja, Korea Płd, czy Singapur były w latach 50. tak biedne, jak dziś kraje Czarnej Afryki. Stawiając na globalny handel, są dziś potęgami gospodarczymi.

Gospodarcza integracja świata wyciągnęła setki milionów ludzi z biedy, chorób i poniżenia. Średni globalny dochód na obywatela podwoił się w ciągu ostatnich 25 lat. Jednocześnie dwukrotnie wydłużyła się oczekiwana długość życia przeciętnego mieszkańca Ziemi. W ciągu ostatniego półwiecza trzykrotnie spadła umieralność noworodków, zmniejszyła się liczba ludności niedożywionej i analfabetów, co dowodzi, że na globalizacji zyskują także najbiedniejsi.

Podobnie ma się z kulturą masową. W opluwanej z byle powodu Ameryce sprzedaje się wielokrotnie więcej biletów do filharmonii, opery i muzeów niż w Europie. Jednocześnie większość oglądanych dzieł powstało na Starym Kontynencie. Wynika z tego, że w dziedzinie kultury wysokiej Europa zdominowała Stany Zjednoczone.

Największymi realnymi zagrożeniami globalizacji są masowe rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych oraz międzynarodowy terroryzm. W pierwszym przypadku można być optymistą, bowiem rozwój nowoczesnej medycyny pozwala na lepszą walkę z epidemiami. Największą przeszkodą w walce z mającymi globalny zasięg chorobami, takimi jak: AIDS, gruźlica czy malaria, są ucisk oraz ignorancja.

Ucisk związany jest z biurokracją lokalnych rządów najbiedniejszych krajów świata. Najczęściej są to socjalistyczne i autorytarne reżimy, które wpędzają ludność w zaklęty krąg rozpaczy: ludzie chorują, bo nie ma leków i jest bieda, nie ma leków, bo administracja każe sobie słono płacić za rejestrację i dopuszczenie do obrotu, a bieda jest, bo jak pracować, gdy wszyscy chorują?

Ignorancja związana jest z wmawianiem opinii publicznej, że od zabijających miliony ludzi rocznie chorób zakaźnych, groźniejsze są: ptasia grypa, choroba wściekłych krów i wąglik. Być może, dzieje się tak dlatego, że choroby zakaźne w mniejszym stopniu zagrażają bogatszej części świata.

W przypadku terroryzmu taktyka obrony najbogatszych krajów świata polega na... hamowaniu globalizacji: zwiększaniu inwigilacji obywateli za pomocą nowych technologii i ograniczaniu migracji. Taktyka wydaje się jednak zwodnicza, jak bowiem wynika z badań, kraje uznawane za największe zagrożenie dla współczesnego świata, takie jak: Iran czy Korea Płn., są najbardziej zamknięte na świat. Tak więc globalizacja, mogłaby im tylko ?zaszkodzić?.

Read more »