UE to nie USA
Unii Europejskiej bliżej do neosocjalistycznej mutacji Związku Sowieckiego, niż do niedoścignionego wzoru: Stanów Zjednoczonej Europy na wzór USA.
Kilka tygodni temu agencje informacyjne obiegła wiadomość, że Stany Zjednoczone nie są już największą gospodarką świata i utraciły swoją hegemonię na rzecz Unii Europejskiej. Jak wyliczył Goldman Sachs, zeszłoroczny PKB USA wyniósł 13,84 bln dolarów, podczas gdy PKB strefy euro 13,88 bln dolarów. Owo symboliczne zwycięstwo nie jest jednak spowodowane tym, że Europa jest bardziej innowacyjna, przedsiębiorcza i rozwija się szybciej od Ameryki. Zmiana warty, prawdopodobnie chwilowa, spowodowana była spadkiem wartości dolara.
Podczas debaty nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, często pojawiał się argument, że jest to krok w stronę utworzenia Nowego Wspaniałego Świata, o którym śnili ojcowie-założyciele UE, że powstanie nowe supermocarstwo, coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy.
Tak jak nigdy nie byłem entuzjastą budowania kolejnego związku państw europejskich, tak często raziły mnie porównania UE do ZSRR. Niemniej warto brać pod uwagę doświadczenia tych osób, którzy żyli pod obydwoma systemami i dostrzegają w nich wiele wspólnego.
Jeden z najbardziej szanowanych radzieckich dysydentów Władimir Bukowski, na podstawie dokumentów źródłowych, udowodnił współpracę radzieckich towarzyszy za czasów Gorbaczowa z czołowymi socjalistami europejskimi, aby umożliwić ewolucję idei sowieckiej w stronę nowoczesnego socjalizmu zachodnioeuropejskiego. Bukowski znalazł kilkanaście uderzających podobieństw między dwoma systemami, w tym bezkarność i brak odpowiedzialności najwyższych urzędników, machina ideologiczno-propagandowa czy skłonność do centralnego planowania. Ten niestrudzony bojownik o prawa człowieka jest jednak spokojny, że i ta utopia, jak każda inna, w końcu upadnie.
Innego zdania wydaje się być niemal 99 proc. europejskiej elity, wyłączając symboliczną liczbę odsądzanych od czci i wiary eurosceptyków. Europejczycy są przekonani, że tworzą lepszą przyszłość, wartą tworzenia bez względu na koszty i niosącą ze sobą nowe wartości, z którymi co prawda nie wszyscy muszą się zgadzać, ale w końcu, które i tak większość zaakceptuje, tak jak zaakceptowała specyficzną formę ?pobudzania? gospodarki za pomocą mechanizmu składania wniosków i przyznawania gigantycznych eurodotacji.
Nie są jasne jednak podstawy takiego optymizmu, skoro jedynymi czynnikami świadczącymi o przewadze UE względem amerykańskiej konkurencji ma być ?sprawiedliwy społecznie? system socjalny oraz walka ?z największym wyzwaniem współczesnej ludzkości?, jakim ma być zwalczanie globalnego ocieplenia.
Często, rozmawiając z amerykańskimi partnerami, mam duży problem w wytłumaczeniu, po co tak naprawdę istnieje Unia Europejska. Czy jedynym motywem ma być wyrównywanie szans i zmniejszanie różnic między krajami Starego Kontynentu, które i tak należą już do najbardziej rozwiniętych państw świata? Czyli tym, którym jest dobrze, ma być jeszcze lepiej? Czy nie można robić tego samego bez utrzymywania kolejnej biurokracji?
Myślę, że coraz częściej z wytłumaczeniem ?europejskiej idei? mają problem sami przywódcy UE. W każdym numerze prestiżowego amerykańskiego magazynu o stosunkach międzynarodowych ?Foreign Policy? znajduje się opasła wkładka reklamowa o UE sygnowana przez delegację Komisji Europejskiej w USA. Nie wiem, czy ktokolwiek czytający tę opłacaną przez europejskiego podatnika reklamę, zrozumiał cokolwiek więcej. Nie jestem pewien także, czy owo wydawnictwo nie służy tylko poprawie wizerunku unijnych decydentów i jest jeszcze jednym przejawem owej ?propagandowej machiny?, o której mówi Bukowski.
Dlaczego Unia Europejska nigdy nie stanie się drugim USA? Po pierwsze, u podnóża powstania obu struktur leżą odmienne idee. Podczas, gdy Stany Zjednoczone powstały po to, aby chronić wolność, własność i tożsamość jednostki przed zakusami państwa, niejako oddolnie, budowane od podstaw, Unia Europejska jest od początku do końca wytworem odgórnego centralnego planowania, służąc coraz większemu uzależnianiu obywatela od państwa.
Odmienne są także wartości, na których opierają się oba twory. Podczas, gdy za Oceanem ceniona jest przedsiębiorczość, indywidualny sukces czy religijność, Europa chełpi się pomocą socjalną, kolektywizmem i ateizmem.
Naturalnie są też podobieństwa i nie powinniśmy tworzyć tutaj przeciwieństw, ani idealizować modelu amerykańskiego. W odróżnieniu od pokojowo tworzonego modelu europejskiego, superpaństwo amerykańskie powstało zgodnie z egzogeniczną teorią austriackiego socjologa Oppenheimera, gdzie państwo powstaje w wyniku wojny i przemocy, podbicia jednej grupy przez drugą. Nie można także naiwnie przyjmować spontanicznego charakteru powstania potęgi amerykańskiej. Wystarczy sięgnąć po jakąkolwiek monografię (np. ?Historię Stanów Zjednoczonych? G.B. Tindalla i Davida E. Shi), aby unaocznić sobie ogromną rolę rządów (wpierw brytyjskiego, potem władz lokalnych) w powstaniu Nowego Świata. Nie powinniśmy także dłużej pielęgnować także mitu wolnej gospodarki USA, której regulacje nie są mniejsze niż te znane z UE.
Jednak wciąż niemożliwe jest do wyobrażenia, że pewnego dnia europejscy biurokraci oświadczą, że UE jest jednym państwem. Nawet jeśli różnice między poszczególnymi narodami sprowadzi się do konkurencji produktów regionalnych i rywalizacji między drużynami piłkarskimi. Bardziej optymistyczna i zarazem realistyczna, byłaby wizja związku w pełni suwerennych państw, bez celów politycznych, za to z doskonale funkcjonującym jednolitym wolnym rynkiem europejskim. Zważywszy na kombinacje polityków z ratyfikacją traktatu ustanawiającego superpaństwo europejskie, oczekiwania zwykłych obywateli są odwrotne od celów polityków, zamykając się w sprawach dotyczących codziennego funkcjonowania: dobrze funkcjonujących mechanizmów rynkowych, swobodnego przepływu osób, towarów i kapitału oraz perspektyw na przyszłość, czego UE w obecnym kształcie nie jest niestety w stanie zagwarantować Europejczykom.
Wystarczy spojrzeć na podstawowe wskaźniki ekonomiczne, aby przekonać się, że Europa nie jest dziś konkurencyjna wobec USA. Europa musi być konkurencyjna wobec Azji, która deszcze Staremu Kontynentowi po piętach. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, udział rozwijających się krajów azjatyckich w produkcji globalnego PKB przekroczył już 30 proc.
Natomiast porównując UE z USA, lepiej tego nie robić, aby nie popaść we frustrację. USA są bardziej otwarte na globalizację. Według OECD Europa jest społecznością znacznie starszą, gdzie odsetek emerytów zbliża się do 70 proc., podczas, gdy dla USA wskaźnik ten przekracza zaledwie 40 proc. Do tego zatrudnienie w USA przekracza 70 proc. populacji w wieku produkcyjnym, a średnia Europejska oscyluje wokół 65 proc. Wzrost zatrudnienia w USA jest znacznie szybszy niż w Niemczech, Danii czy Austrii. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych szczycą się większą wolnością na rynku pracy, niż w przesocjalizowanej Europie. Wydatki socjalne we Francji, Belgii czy we Włoszech są procentowo znacznie wyższe niż za oceanem.
Nic więc dziwnego, że Amerykanie są bogatsi i dysponują większą siłą nabywczą. Wskaźnik PKB na mieszkańca jest o kilka tysięcy dolarów wyższy niż w krajach piętnastki. Szybciej rozwija się także amerykańska gospodarka. Większa jest także efektywność sektora publicznego.
Wreszcie, Amerykanie cieszą się lepszym samopoczuciem, bowiem wydatki na zdrowie w USA są niemal dwukrotnie większe niż w Europie. Są lepiej wyedukowani, bowiem aż 18 z 20 najlepszych uniwersytetów na świecie znajduje się w USA. Blisko 2/3 z 15 letnich uczniów ma dostęp do komputera w USA. We Włoszech, w Polsce, Irlandii czy Austrii, tylko co trzeci.
Wszystkie te dane są w dużej mierze efektem polityki prowadzonej przez rządy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie oznacza to, że UE będzie rozwijała się lepiej dzięki traktatowi konstytucyjnego, bądź dzięki przymusowej integracji politycznej. Wręcz przeciwnie, podporządkowanie gospodarki celom politycznym spowoduje, że z ekonomią będzie coraz gorzej. Dzieje się tak zawsze, gdy politycy nie liczą się ani z kosztami, ani ze zdaniem zwykłych obywateli.
Read more »
Kilka tygodni temu agencje informacyjne obiegła wiadomość, że Stany Zjednoczone nie są już największą gospodarką świata i utraciły swoją hegemonię na rzecz Unii Europejskiej. Jak wyliczył Goldman Sachs, zeszłoroczny PKB USA wyniósł 13,84 bln dolarów, podczas gdy PKB strefy euro 13,88 bln dolarów. Owo symboliczne zwycięstwo nie jest jednak spowodowane tym, że Europa jest bardziej innowacyjna, przedsiębiorcza i rozwija się szybciej od Ameryki. Zmiana warty, prawdopodobnie chwilowa, spowodowana była spadkiem wartości dolara.
Podczas debaty nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, często pojawiał się argument, że jest to krok w stronę utworzenia Nowego Wspaniałego Świata, o którym śnili ojcowie-założyciele UE, że powstanie nowe supermocarstwo, coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy.
Tak jak nigdy nie byłem entuzjastą budowania kolejnego związku państw europejskich, tak często raziły mnie porównania UE do ZSRR. Niemniej warto brać pod uwagę doświadczenia tych osób, którzy żyli pod obydwoma systemami i dostrzegają w nich wiele wspólnego.
Jeden z najbardziej szanowanych radzieckich dysydentów Władimir Bukowski, na podstawie dokumentów źródłowych, udowodnił współpracę radzieckich towarzyszy za czasów Gorbaczowa z czołowymi socjalistami europejskimi, aby umożliwić ewolucję idei sowieckiej w stronę nowoczesnego socjalizmu zachodnioeuropejskiego. Bukowski znalazł kilkanaście uderzających podobieństw między dwoma systemami, w tym bezkarność i brak odpowiedzialności najwyższych urzędników, machina ideologiczno-propagandowa czy skłonność do centralnego planowania. Ten niestrudzony bojownik o prawa człowieka jest jednak spokojny, że i ta utopia, jak każda inna, w końcu upadnie.
Innego zdania wydaje się być niemal 99 proc. europejskiej elity, wyłączając symboliczną liczbę odsądzanych od czci i wiary eurosceptyków. Europejczycy są przekonani, że tworzą lepszą przyszłość, wartą tworzenia bez względu na koszty i niosącą ze sobą nowe wartości, z którymi co prawda nie wszyscy muszą się zgadzać, ale w końcu, które i tak większość zaakceptuje, tak jak zaakceptowała specyficzną formę ?pobudzania? gospodarki za pomocą mechanizmu składania wniosków i przyznawania gigantycznych eurodotacji.
Nie są jasne jednak podstawy takiego optymizmu, skoro jedynymi czynnikami świadczącymi o przewadze UE względem amerykańskiej konkurencji ma być ?sprawiedliwy społecznie? system socjalny oraz walka ?z największym wyzwaniem współczesnej ludzkości?, jakim ma być zwalczanie globalnego ocieplenia.
Często, rozmawiając z amerykańskimi partnerami, mam duży problem w wytłumaczeniu, po co tak naprawdę istnieje Unia Europejska. Czy jedynym motywem ma być wyrównywanie szans i zmniejszanie różnic między krajami Starego Kontynentu, które i tak należą już do najbardziej rozwiniętych państw świata? Czyli tym, którym jest dobrze, ma być jeszcze lepiej? Czy nie można robić tego samego bez utrzymywania kolejnej biurokracji?
Myślę, że coraz częściej z wytłumaczeniem ?europejskiej idei? mają problem sami przywódcy UE. W każdym numerze prestiżowego amerykańskiego magazynu o stosunkach międzynarodowych ?Foreign Policy? znajduje się opasła wkładka reklamowa o UE sygnowana przez delegację Komisji Europejskiej w USA. Nie wiem, czy ktokolwiek czytający tę opłacaną przez europejskiego podatnika reklamę, zrozumiał cokolwiek więcej. Nie jestem pewien także, czy owo wydawnictwo nie służy tylko poprawie wizerunku unijnych decydentów i jest jeszcze jednym przejawem owej ?propagandowej machiny?, o której mówi Bukowski.
Dlaczego Unia Europejska nigdy nie stanie się drugim USA? Po pierwsze, u podnóża powstania obu struktur leżą odmienne idee. Podczas, gdy Stany Zjednoczone powstały po to, aby chronić wolność, własność i tożsamość jednostki przed zakusami państwa, niejako oddolnie, budowane od podstaw, Unia Europejska jest od początku do końca wytworem odgórnego centralnego planowania, służąc coraz większemu uzależnianiu obywatela od państwa.
Odmienne są także wartości, na których opierają się oba twory. Podczas, gdy za Oceanem ceniona jest przedsiębiorczość, indywidualny sukces czy religijność, Europa chełpi się pomocą socjalną, kolektywizmem i ateizmem.
Naturalnie są też podobieństwa i nie powinniśmy tworzyć tutaj przeciwieństw, ani idealizować modelu amerykańskiego. W odróżnieniu od pokojowo tworzonego modelu europejskiego, superpaństwo amerykańskie powstało zgodnie z egzogeniczną teorią austriackiego socjologa Oppenheimera, gdzie państwo powstaje w wyniku wojny i przemocy, podbicia jednej grupy przez drugą. Nie można także naiwnie przyjmować spontanicznego charakteru powstania potęgi amerykańskiej. Wystarczy sięgnąć po jakąkolwiek monografię (np. ?Historię Stanów Zjednoczonych? G.B. Tindalla i Davida E. Shi), aby unaocznić sobie ogromną rolę rządów (wpierw brytyjskiego, potem władz lokalnych) w powstaniu Nowego Świata. Nie powinniśmy także dłużej pielęgnować także mitu wolnej gospodarki USA, której regulacje nie są mniejsze niż te znane z UE.
Jednak wciąż niemożliwe jest do wyobrażenia, że pewnego dnia europejscy biurokraci oświadczą, że UE jest jednym państwem. Nawet jeśli różnice między poszczególnymi narodami sprowadzi się do konkurencji produktów regionalnych i rywalizacji między drużynami piłkarskimi. Bardziej optymistyczna i zarazem realistyczna, byłaby wizja związku w pełni suwerennych państw, bez celów politycznych, za to z doskonale funkcjonującym jednolitym wolnym rynkiem europejskim. Zważywszy na kombinacje polityków z ratyfikacją traktatu ustanawiającego superpaństwo europejskie, oczekiwania zwykłych obywateli są odwrotne od celów polityków, zamykając się w sprawach dotyczących codziennego funkcjonowania: dobrze funkcjonujących mechanizmów rynkowych, swobodnego przepływu osób, towarów i kapitału oraz perspektyw na przyszłość, czego UE w obecnym kształcie nie jest niestety w stanie zagwarantować Europejczykom.
Wystarczy spojrzeć na podstawowe wskaźniki ekonomiczne, aby przekonać się, że Europa nie jest dziś konkurencyjna wobec USA. Europa musi być konkurencyjna wobec Azji, która deszcze Staremu Kontynentowi po piętach. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, udział rozwijających się krajów azjatyckich w produkcji globalnego PKB przekroczył już 30 proc.
Natomiast porównując UE z USA, lepiej tego nie robić, aby nie popaść we frustrację. USA są bardziej otwarte na globalizację. Według OECD Europa jest społecznością znacznie starszą, gdzie odsetek emerytów zbliża się do 70 proc., podczas, gdy dla USA wskaźnik ten przekracza zaledwie 40 proc. Do tego zatrudnienie w USA przekracza 70 proc. populacji w wieku produkcyjnym, a średnia Europejska oscyluje wokół 65 proc. Wzrost zatrudnienia w USA jest znacznie szybszy niż w Niemczech, Danii czy Austrii. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych szczycą się większą wolnością na rynku pracy, niż w przesocjalizowanej Europie. Wydatki socjalne we Francji, Belgii czy we Włoszech są procentowo znacznie wyższe niż za oceanem.
Nic więc dziwnego, że Amerykanie są bogatsi i dysponują większą siłą nabywczą. Wskaźnik PKB na mieszkańca jest o kilka tysięcy dolarów wyższy niż w krajach piętnastki. Szybciej rozwija się także amerykańska gospodarka. Większa jest także efektywność sektora publicznego.
Wreszcie, Amerykanie cieszą się lepszym samopoczuciem, bowiem wydatki na zdrowie w USA są niemal dwukrotnie większe niż w Europie. Są lepiej wyedukowani, bowiem aż 18 z 20 najlepszych uniwersytetów na świecie znajduje się w USA. Blisko 2/3 z 15 letnich uczniów ma dostęp do komputera w USA. We Włoszech, w Polsce, Irlandii czy Austrii, tylko co trzeci.
Wszystkie te dane są w dużej mierze efektem polityki prowadzonej przez rządy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie oznacza to, że UE będzie rozwijała się lepiej dzięki traktatowi konstytucyjnego, bądź dzięki przymusowej integracji politycznej. Wręcz przeciwnie, podporządkowanie gospodarki celom politycznym spowoduje, że z ekonomią będzie coraz gorzej. Dzieje się tak zawsze, gdy politycy nie liczą się ani z kosztami, ani ze zdaniem zwykłych obywateli.
Read more »



