Home



Friday, June 27, 2008

Komentarz dla TVN CNBC

Komisja Europejska żąda od nas niemożliwego. Chce, aby nowi inwestorzy spłacili długi stoczni, a przy okazji znacznie ograniczyli moce produkcyjne. Film do ściągnięcia tu.
Read more »

Tuesday, June 24, 2008

Egzekutorzy stoczni

Wieloletnie hamowanie prywatyzacji przemysłu stoczniowego w Polsce, musi nasuwać pytanie fundamentalne: komu zależało na upadku polskich stoczni?

Mija wiele lat, problem pozostaje ten sam. Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy publicznej dla stoczni, chyba, że zakłady zostaną sprywatyzowane i poddane radykalnej restrukturyzacji. Rząd zwleka, wycofują się kolejni inwestorzy. Zakłady balansują na krawędzi. Załoga obawia się bankructwa i utraty miejsc pracy.
Wydaje się, że najbliżej prywatyzacji przemysłu stoczniowego było za rządów PiS, chociaż zwłoka ówczesnego rządu była niezrozumiała i bardzo ryzykowna. Obecna, podobno wolnorynkowa ekipa rządząca, również nie spieszyła się z prywatyzacją podupadających zakładów. Podczas, gdy jeszcze rok temu można było wziąć za akcje stoczni wiele milionów, dziś prywatyzacja byłaby korzystna nawet za przysłowiową złotówkę.
Nie jest jasne komu zależało na przejęciu, bądź doprowadzenia do katastrowy polskiego przemysłu stoczniowego. Wyjaśnienie tej zagadki to zadanie dla dziennikarzy śledczych.

Prywatyzacja albo upadłość

Kolejny deadline prywatyzacji zakładów stoczniowych, podany przez Komisję Europejską, minął 1 czerwca 2008 r. Zresztą to nie była pierwszy ?ostateczny termin?, podobnie działo się rok temu i jeszcze wcześniej. Prywatyzacji, jak nie było, tak nie ma. Mimo, że co chyba jest ewenementem na skalę światową, domagali się jej zarówno: zarząd, jak i? związkowcy!
Na razie rząd Donalda Tuska przedstawił Komisji Europejskiej trzyletni plan restrukturyzacji przemysłu, natomiast KE zobowiązała się, że poczeka jeszcze do 26 czerwca, aby zapoznać się ze szczegółami planu. Gra toczy się o ponad 150 milionów euro (oficjalnie, faktycznie o wiele więcej) pomocy publicznej, które stocznie musiałyby zwrócić, gdyby prywatyzacja się nie powiodła. Faktycznie oznacza to likwidację polskiego przemysłu stoczniowego.
Podczas, gdy jeszcze rok temu do zakupu Stoczni Gdynia ustawiała się kolejka chętnych, obecnie są trudności z upchnięciem udziałów w tej największej polskiej stoczni. Jedyną ofertę kupna złożył Janusz Baran, właściciel Maritim Shipyard, który wyraził także zainteresowanie przejęciem Stoczni Szczecin. Ministerstwo Skarbu Państwa mówi jeszcze o dziesięciu innych inwestorach m.in. o Mostostalu Chojnice, lecz firma tego nie potwierdza. W ostatnich dniach Korporacja Polskie Stocznie przejęła 10 proc. akcji Stoczni Gdynia od Agencji Rozwoju Przemysłu.
Tymczasem gdańska ?Solidarność? zwróciła się o wyjaśnienie do premiera, gdzie podziało się 700 mln, które państwo rzekomo wpłaciło do spółki jako pomoc dla zakładu. Według związkowców, gdański zakład nigdy tych pieniędzy nie zobaczył, a takimi danymi dysponuje Komisja Europejska. Według szefów związku, mamy do czynienia z gigantyczną defraudacją.

Klęska giganta

Już rok temu wiadomo było, że Stocznia Gdynia nie przetrwa kolejnych kilkunastu miesięcy bez prywatnego inwestora. Gdynia to najważniejszy z zakładów, którego upadłość pociągnęłaby na dno kolejne stocznie na zasadzie domina.
Stoczniami można efektywnie zarządzać bez pomocy państwa. Jeszcze w 2001 r. polski przemysł stoczniowy nie był subwencjonowany. Udana restrukturyzacja mogłaby pomóc powrócić do tej rynkowej praktyki. Prywatyzacja wzmacnia bowiem konkurencyjność firmy, urealnia program zmian i odciąża budżet od konfliktowej i krótkowzrocznej polityki dotacji.
Według Instytutu Globalizacji upadłość Stoczni Gdynia, drugiego producenta statków w Europie, kosztowałoby nawet 20 mld złotych. Bankructwo spowodowałoby bezrobocie oraz zagrożenie dla setek firm z rozmaitych branż: od hutnictwa, po przemysł meblarski, po elektromaszynowy i handel. Utrata miejsc pracy może dotyczyć nawet 80 tys. ludzi.
Przemysł stoczniowy stał się ofiarą transformacji gospodarczej z lat 90. ubiegłego stulecia. Postkomuniści zemścili się za opór wobec poprzedników i uzależnili zakłady od państwowych pieniędzy. Niestety szansy pomocy stoczniom nie wykorzystał rząd Prawa i Sprawiedliwości. W ciągu dwóch lat rządów PiS, stocznie mogły stanąć na nogi.
Stocznia Gdynia była perełką wśród polskich stoczni, gdyby dopuszczono do prywatyzacji. Co ciekawe podczas, gdy w latach 90. o mały włos nie została przejęta przez fińską konkurencję, już 7 lat później role się odwróciły i Gdynia chciała kupić fińskiego Kvaernera.
Polska jest ważnym graczem na globalnym rynku stoczniowym, produkując rocznie od 51-111 jednostek, co oznacza, że portfel zamówień wszystkich stoczni jest na poziomie ok. 80 kontraktów, a rocznie przekazywanych jest ok. 30 statków.

Wielu chętnych, zero transakcji

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu o Stocznię w Gdyni ubiegały się duże firmy, m.in. ZPD Steel, należący do ukraińskiego Donbasu czy izraelski Ray Car Carriers, dotychczasowy akcjonariusz firmy. Nic dziwnego, Gdynia to najnowocześniejszy zakład w kraju, specjalizujący się w produkcji zaawansowanych technicznie jednostek: kontenerowców, samochodowców czy gazowców. Negocjacje z inwestorami nie były łatwe, bo oprócz majątku udziałowiec brał na siebie długi. Według ówczesnego zarządu spółki było to ok. 600 mln złotych, nie licząc wielomiliardowej pomocy publicznej.
Tak więc Polska z globalnego gracza (portfel polskich stoczni wynosił dwa lata temu 1,4 proc. światowego portfela zamówień, a Stocznia Gdynia była 23 zakładem stoczniowym na świecie), staje się powoli bankrutem. Nie pomagał spadający dolar i rosnące ceny surowców, głównie stali, powodujące, że wiele kontraktów było źle oszacowanych.
W Europie 40 proc. handlu wewnętrznego i 90 proc. międzynarodowego odbywa się drogą morską. To gigantyczny przemysł zatrudniający ponad 350 tys. ludzi i przynoszący ponad 20 mld euro dochodu. Największymi graczami na świecie są jednak Koreańczycy, Chińczycy i Japończycy mający łącznie ponad 62 proc. udział w rynku. Europa zarzuca azjatom nieuczciwą konkurencję na forum organizacji międzynarodowych (OECD i WTO), między innymi poprzez subsydia.
Niemniej przemysł stoczniowy może być pewny swojej przyszłości, ze względu na duże zainteresowanie usługami transportowymi drogą i stale rosnącymi zamówieniami na jednostki pływające.

Zatrzymana restrukturyzacja

Przemysł stoczniowy realizował mozolnie swój plan restrukturyzacji. Zatrzymano wzrost kosztów pracy, zracjonalizowano zarządzanie. Poszczególne zarządy porządkowały swoje grupy, inwestując w technologie i modernizację. Niemniej filarem udanej zmiany miała być zmiana struktury właścicielskiej z państwowej na prywatną. Gdyby tak się stało, już w tym roku Stocznia Gdynia miała wykazać zysk netto, a w kolejnych latach utrzymać rentowność na poziomie niecałych 3 proc.
Niestety brak woli prywatyzacji ze strony kolejnych rządów spowodował, że zakładowi i pracownikom, w twarz zajrzało widmo bankructwa. Ekonomiczne i społeczne efekty upadłości przemysłu stoczniowego mogą okazać się nieodwracalne.
Według danych Instytutu Globalizacji tylko bezpośrednie skutki upadłości jednego zakładu to 3,35 mld złotych, na co składają się wymagalności kredytowe i poręczenia. Blisko 11 mld złotych to strata z tytułu zaprzestania działalności przez samą Stocznie Gdynia. Gdy dodać do tego bankructwo innych zakładów i firm kooperujących, łącznie byłaby to kwota 15-20 mld złotych.
Jeszcze gorsze będą skutki społeczne. Blisko 7 tys. osób z Gdyni i okolic straciłoby pracę, co oznacza, że bezrobocie w tym dynamicznie rozwijającym się mieście skoczyłoby o 100 proc.! Szanowana liczba pracowników związanych z branżą to jednak 80 tys. ludzi. Wówczas bezrobocie mogłoby wzrosnąć 1-3 proc. w skali kraju. Wygląda na to, że zamiast prywatyzacji rząd woli wypłacać zasiłki.
Koszty zaniechania prywatyzacji są więc ogromne. Poszczególne ekipy będą solidarnie odpowiadały za upadek polskich stoczni i tragedię wielu rodzin, które z budową statków związały swoje życie.

Artykul ukazal sie w Gazecie Polskiej
Read more »

Thursday, June 19, 2008

Drogocenna NAFTA

Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu jest największym rynkiem na świecie, który przyczynia się do sukcesu gospodarczego jej uczestników. Od Unii Europejskiej różni ją fakt, że z powodzeniem radzi sobie bez horrendalnie drogiej, biurokratycznej, nadbudowy.

Mija 16 lat od podpisania umowy trójstronnej między Stanami Zjednoczonymi, Kanadą a Meksykiem o powołaniu NAFTA czyli Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu. Organizacja jest dobrowolnym stowarzyszeniem mającym likwidować bariery w obrocie gospodarczym między jej członkami. W odróżnieniu od UE, NAFTA nie jest ciałem politycznym, nie posiada więc celów politycznych ani rozbudowanej biurokracji. Nie ma więc, ani dwóch siedzib parlamentu, ani rady, ani dyrektoriatów generalnych, ani prezydenta.
Właśnie temu związek państw Północnej Ameryki zawdzięcza swój sukces.

Strefa wolności

W kwietniu tego roku, we wspólnym oświadczenia prezydenta USA Geroge?a Busha, prezydenta Meksyku Felipe Calderona oraz premiera rządu Kanady Stephena Harpera, opublikowanym podczas Szczytu Liderów Północnej Ameryki w Nowym Orleanie, szefowie wymienionych państw podkreślili ogromny sukces wspólnego przedsięwzięcia. W bieżącym roku obroty strefy mają sięgnąć zawrotnej sumy tryliona dolarów, co stanowi trzykrotnie więcej niż w 1993 r.
Kolejnymi celami, jakie postawili przed sobą przywódcy są: dalsze zwiększenie konkurencyjności północnoamerykańskich firm, ale także uszczelnienie granic, zapewne dla lepszej ochrony amerykańskiej własności intelektualnej, do czego Waszyngton przywiązuje szczególnie wielką wagę. Amerykanie, Kanadyjczycy i Meksykanie zapowiedzieli także współpracę w zakresie zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego oraz rozwiązanie problemu zmian klimatu poprzez innowacyjność technologiczną.
NAFTA jest największą strefą wolnego handlu na świecie, skupiającą ponad 440 mln konsumentów i wytwarzającą bogactwo rzędu 15,5 tryliona dolarów rocznie w produkcji i usługach. Dzięki układowi, Kanada i Meksyk stały się głównym partnerem handlowym USA, gdzie Amerykanie eksportują 35 proc. swoich towarów, przebijając tym samym handel z Unią Europejską czy Japonią. Zgodnie z danymi rządu USA, podczas funkcjonowania strefy produkt narodowy jej członków zwiększył się o połowę. O blisko 160 proc. zwiększył się eksport USA do strefy. Dzienne obroty wolnego obszaru szacuje się na 2,4 mld dolarów.
Nie spełniły się obawy wielu Amerykanów, że tamtejsze firmy będą przenosić się masowo do Meksyku, gdzie płace są znacznie niższe, czego efektem będzie wzrost bezrobocia. Przeciwnie, od 1993 r. w USA powstawało 2 mln nowych miejsc pracy rocznie.

Krytyka z lewa i z prawa

Nie brakuje jednak głosów krytycznych. Daniel T. Griswold z CATO Institute uważa, że NAFTA nigdy nie miała znacznego wpływu na gospodarkę USA, a pakt jest elementem polityki zagranicznej Białego Domu. Natomiast najwięcej na układzie zyskali Meksykanie, zmniejszając interwencjonizm w swoim kraju, zwiększając demokrację i wzmacniając gospodarkę kapitalistyczną.
W podobnym tonie do libertarian z CATO, wypowiadają się konserwatyści. Ich flagowy periodyk The Nation, zwraca uwagę, że mimo wszystko NAFTA jest jeszcze wciąż zbyt małym rynkiem, aby mieć wpływ na ekonomię tego kraju. Z kolei gazety biznesowe, takie jak the Wall Street Journal, zwracają uwagę, że pakt nigdy nie cieszył się entuzjazmem korporacji. Inne tytuły np. The Washington Post podkreślają, że co prawda zniknęło wiele ceł, a wraz z nimi niektóre problemy trapiące przedsiębiorców, nielegalna emigracja wciąż spędza sen z powiek urzędnikom.
Mniej przychylni przedsięwzięciu są demokraci i centryści. Zwracają oni uwagę na problem meksykańskich rolników, szczególnie małorolnych. Szacuje się, że kilkaset tysięcy ludzi z najmniejszych gospodarstw straciło pracę w rolnictwie, nie wytrzymując konkurencji ze strony farmerów z USA i Kanady. Wielu lewicowo nastawionych intelektualistów, za kreowanie bezrobocia obwinia błędnie wolny handel.
Wolny handel nie jest rzeczywistą przyczyną porażki meksykańskich chłopów. Przyczyną jest protekcjonizm, a przede wszystkim gigantyczne dotacje dla rolnictwa w największych krajach Ameryki Północnej. Interwencjonizm i subwencje zagrażają nie tylko rolnikom w Meksyku, ale także z innych, uboższych krajów świata. Gdy świetnie zorganizowani farmerzy są w stanie rzucić na rynek znacznie tańsze produkty od konkurencji, to dzieje się tak dlatego, że rząd w Waszyngtonie dopłaca im do produkcji, a wówczas nikt nie jest w stanie z nimi konkurować.
Nie brakuje także spiskowych teorii wokół NAFTA. Antyglobaliści i cała lewicowa międzynarodówka, nie ustaje przeciw protestom w sprawie wolnego handlu. Uważają oni, że jest to tylko pierwszy krok do stworzenia Unii Półnoamerykańskiej i rządu globalnego, który podporządkuje sobie cały świat. Narzędziami mają być nowoczesna komunikacja i kontrola obywateli za pomocą stosowanej w handlu technologii identyfikacji częstotliwości fal radiowych (RFID), pozwalającą zarządzać przepływem ludzi, tak jak towarami.

Historia sukcesu

Warto przypomnieć, że NAFTA narodziła się właśnie w wyniku? ciężkie sytuacji ekonomicznej Meksyku. Gdy w latach 80. cena ropy zaczęła spadać, interwencjonistyczna gospodarka tego kraju wpadła w poważne tarapaty. Rządzący zaczęli poszukiwać ratunku dla trawionych przez blisko 100 proc. inflację portfeli meksykańskich konsumentów. Postawiono na liberalizację i otwarcie się na świat. W połowie lat 80. Meksyk wszedł do negocjacji na forum GATT.
Naprzeciw Meksykanom wyszli Amerykanie, który spodziewali się, że inwestycja w demokrację meksykańską przyniesie USA wymierne korzyści. Jednak to przede wszystkim Meksykanie obawiali się nowy ceł i taryf w przyszłości, na co stać ich potężnego sąsiada. Wejście do strefy nie obyło się bez protestów. Przeciwni byli nie tylko drobni rolnicy, ale także prywatni przedsiębiorcy, którzy zmuszeni zostali do uczciwej, rynkowej konkurencji, bez dotychczasowych powiązań i układów.
Kalkulacja Białego Domu była prosta. Jeśli gospodarka meksykańska stanie na nogi, będzie coraz bardziej atrakcyjnym rynkiem zbytu. Jeśli Meksykanie zaczną się bogacić, nie będą masowo emigrować do USA. Podczas, gdy realizacja pierwszego scenariusza się powiodła, problem emigracji pozostał, bowiem różnice w stopie życiowej między sąsiadami wciąż pozostają bardzo duże.
Jeśli chodzi o Kanadę, Kanadyjczycy, mający fiksację na punkcie ochrony środowiska, obawiali się ze strony Meksyku zaniżenia poziomu norm ekologicznych i niskiej jakości towarów konsumpcyjnych. Wszystko wskazuje na to, że owe obawy okazały się bezpodstawne.
NAFTA zlikwidowała większość ceł i barier handlowych w stosunku do produktów regionalnych. Na jej forum toczą się także spory i dysputy. Układ współpracuje także z wieloma podobnymi organizacjami z całego świata oraz z poszczególnymi krajami, gwarantując członkom dużą autonomię.

Lekcja dla Europy

Sukces NAFTA powinien być lekcją dla Polski i dla Europy. Przykład Meksyku, pokazuje, że współpraca gospodarcza z silniejszymi pod względem ekonomicznym partnerami, może przynieść duże korzyści, teoretycznie słabszym krajom. Dlatego lęki przed integracją z jednolitym rynkiem europejskim należało uznać za bezpodstawne.
Co ciekawe, eurosceptycy z gorliwością podkreślali, że NAFTA mogłaby stać się alternatywą dla integracji Polski z Unią Europejską. Tego typu rozumowanie świadczy jednak o nieznajomości współczesnych procesów globalizacyjnych. Czy tego chcemy, czy nie, podstawowym czynnikiem wspomagającym współpracę gospodarczą, niezmiennie od setek lat, mimo gigantycznego postępu w komunikacji, pozostaje bliskość geograficzna! Obecnie mamy raczej do czynienia z regionalizacją światowego handlu, niż z globalizacją w jej potocznym rozumieniu. O współpracy gospodarczej wciąż decyduje fizyczne sąsiedztwo, a przykłady unii państw północnoamerykańskich, europejskich, afrykańskich czy azjatyckich, potwierdzają powyższą tezę.
Istnieje jednak istotna różnica między wspólnym rynkiem unijnym, a NAFTA. Rynek unijny jest niestety podporządkowany celom politycznym. Posiada także ogromną biurokratyczną nadbudowę, która w wielu przypadkach utrudnia, a nie ułatwia prowadzenie działalności gospodarczej. Podporządkowanie gospodarki polityce jest najgorszym z możliwych scenariuszy i wypacza rynkową równowagę. Polityka staje się bowiem narzędziem regulowania rynku, zwalczania konkurencji i politycznej walki o interesy.
Dobry przykładem regulacji rynku polskiego przez silniejsze gospodarki Niemiec czy Francji jest narzucenie naszemu krajowi limitów emisji dwutlenku węgla, pod pozorem walki z tzw. ?globalnym ociepleniem?. Praktycznie oznacza to zwalczanie konkurencji ze strony przedsiębiorstw polskich, produkujących niezgorzej, a taniej.
Dlatego najważniejszą lekcją płynącą z analizy sukcesu Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu jest brak celów politycznych, dobrowolność wielostronnych relacji gospodarczych i postawienie na wolny przepływ towarów i usług, jako na bazowy czynnik wzrostu gospodarczego. Wydaje się, że Unia Europejska ma w tym względzie wiele do nadrobienia, zwłaszcza w sferze usług, których uwolnienie dodałoby nowego impulsu stetryczałej ekonomii krajów piętnastki.
Według badań opinii publicznej, jednolitego rynku, bez omnipotencji polityków, życzyliby sobie unijnie obywatele. Niemniej decydenci pozostają głusi na opinie mieszkańców Starego Kontynentu i forsują biurokrację swoich marzeń, coraz większą, coraz bardziej kosztowną i coraz mniej efektywną.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika Niezależna Gazeta Polska
Read more »

Komentarz dla TVS

Prywatyzacja ostatniej z hut to krok we właściwym kierunku. Państwo z definicji jest złym właścicielem. Prywatny właściciel dba o własność i racjonalnie dysponuje wydatkami. Prywatyzacja hutnictwa jest zdecydowanie spóźniona.
Read more »

Tuesday, June 17, 2008

Komentarz dla TVN CNBC

Kolejne przesunięcie daty prywatyzacji polskiego przemysłu stoczniowego przez Brukselę to porażka, a nie sukces polskiego rządu. Każdy dzień zwłoki w prywatyzacji tego sektora, zmniejsza jego wartość. Dojdzie do tego, że stocznie albo zbankrutują, albo zostaną przejęte za przysłowiową złotówkę.
Read more »

Monday, June 16, 2008

Nowy artykuł we Wprost

Grozi nam drogi oligopol Polsatu i TVN. Osłabić TVP i zablokować mniejszych konkurentów, to główne cele, które realizują dziś Telewizja Polsat oraz TVN.

Najpierw Zygmunt Solorz-Żak i Piotr Walter przyłączyli się do prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego, który zaapelował do marszałka Sejmu o to, aby posłowie nie likwidowali abonamentu jako źródła finansowania publicznych mediów. Ta na pozór dziwna solidarność wynikała z obawy o to, że pozbawiona abonamentu TVP zostanie dodatkowo zdopingowana do walki o wart około 4 mld zł rocznie rynek reklamy telewizyjnej, co uderzy bezpośrednio w interesy Polsatu i TVN. Potem przedstawiciele Polskiego Operatora Telewizyjnego (POT), spółki TVN i Polsatu powołanej do obsługi przyszłej naziemnej telewizji cyfrowej, spotkali się z szefową Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anną Streżyńską i zaproponowali jej, że wyłożą około 2 mld zł na dofinansowanie zakupu dla telewidzów dekoderów potrzebnych do odbioru telewizji cyfrowej. Pod warunkiem że urząd zamknie do 2012 r. polski rynek telewizyjny przed nowymi graczami.
Read more »

Monday, June 02, 2008

Quo vadis Polsko?

Nie wiem, czy dożyję 2050 roku. Wiem jednak, że państwo Polskie nie wypłaci mi wtedy emerytury. Skąd moja pewność? Przy takim tempie starzenie się społeczeństwa, kryzysie demograficznym, a przede wszystkim kryzysie etosu pracy, trudno liczyć na cud.

W Polsce nie ma komu pracować. Według danych OECD zaledwie połowa Polaków w wieku 15-64 lat para się jakąkolwiek pracą. Dla porównania w Holandii, Szwecji czy Danii wskaźnik ten przekracza 70 proc. Przypomina mi się opinia jednego z filozofów, że socjalne państwo dobrobytu to system redystrybucji środków zrabowanych podatnikom od zdrowych pracujących do zdrowych niepracujących. Jakiej deformacji uległy wartości w społeczeństwie, w którym wynagradza się unikanie pracy!
Jak będzie wyglądał rynek pracy w 2050 r.? Według tego samego źródła, Polska będzie jednym z najbardziej sędziwych narodów w świecie, w którym odsetek osób po 65. roku życia przekroczy 80 proc. Czy kilka procent pracujących udźwignie ciężar wypłacania świadczeń dla 80 proc. emerytów? Niemożliwe.
Zgodnie z ekonomią podaży, wypłacanie zasiłku dla samotnych matek zwiększa populację samotnych matek. Warto pamiętać, że ekonomia podaży działa także w drugą stronę. Redukcja pomocy socjalnej, redukuje populację jej beneficjantów, zwiększając brakującą liczbę pracujących.
Read more »

Najlepsza polityka socjalna to obniżka podatków.

Poszczególne rządy prześcigają się w tworzeniu pomysłów na uszczęśliwienie pracodawców i pracowników. Wszystko w myśl przeświadczenia, że to właśnie politycy u władzy są w posiadaniu recepty na sprawne sterowanie gospodarką.



Natomiast pracownikom i pracodawcom nie potrzebne są nowe przepisy regulujące wzajemne zobowiązania, płace i urlopy. Pracodawcy chcą uczciwie płacić swoim pracownikom, a pracownicy chcą zarabiać jak najwięcej.
Jeśli rządzący chcą rzeczywiście ulżyć rynkowi pracy, powinni zmniejszyć ucisk podatkowy. Żyjemy w czasach, w których rząd zabiera podatnikowi więcej, niż podatnik jest w stanie wydać na własną edukację, ochronę zdrowia, ubranie i jedzenie.
Premierze, jeśli chcesz pomóc rynkowi pracy ? miej odwagę obniżyć podatki! Jeśli chcesz uzdrowić relacje między pracownikami a pracodawcami: likwiduj przepisy, a nie twórz kolejne. Każdy dodatkowy przepis zmniejsza wolność na rynku pracy. A im mniej wolności na rynku pracy, tym większe bezrobocie i szara strefa zatrudnienia.
Według danych Banku Światowego Polska należy do krajów o niskim poziomie wolności na rynku pracy. Efektem jest wysoki poziom bezrobocia i jeden z najniższych na świecie współczynników zatrudnienia osób w wieku produkcyjnym.
Read more »

Artykuł we Wprost

Kolejna utopia krąży nad światem. Lewacy chcą nam zafundować globalną centralę rodzielającą patenty na leki.

Jest wzorowana na tzw. protokole z Kioto, wedle którego państwa sygnatariuszy zobowiązano do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Niedługo może powstać traktat o pracach badawczo-rozwojowych w medycynie. Będzie oparty na przymusie i ograniczaniu własności prywatnej w sferze patentowej.
Read more »