Home



Friday, October 24, 2008

Zdrowie POczeka

Rzekomo wolnorynkowa Platforma Obywatelska przyjęła najbardziej zabójczą strategię wobec rynku ochrony zdrowia. Zamiast zapowiadanych reform, politycy rządzącego ugrupowania wolą powstrzymywać się od jakiegokolwiek działania.

Taktyka, aby nie robić nic, tak aby rządzącą koalicję nie spotkały głosy krytyki, bo to negatywnie wpływa na wyniki sondaży opinii publicznej, odbija się na zdrowiu Polaków. Rząd premiera Tuska uważa, że zdrowie może poczekać, a chorują tylko ci, którzy głosują na opozycję. Jak wygląda rodzima służba zdrowia, każdy widzi. Od lat nie zmienia się nic. Korzystanie z usług państwowej opieki zdrowotnej może być niebezpieczne dla życia. Natomiast najpewniejszym sposobem podniesienia jakości usług pozostają łapówki.

Jest źle

Suchej nitki na środkowoeuropejskich systemach opieki zdrowotnej nie pozostawiają w najnowszym raporcie naukowcy z londyńskiego think-tanku Stockholm Network, który to raport ma być przyczynkiem do dyskusji o konieczności reform systemów ochrony zdrowia w tej części Europy. Polska obok Rumunii ma jeden z najgorszych systemów opieki zdrowotnej i to nie tylko w opinii pacjentów, ale także coraz większej liczby zewnętrznych ekspertów.
Trzeba jasno powiedzieć, że ochrona zdrowia zarówno w Polsce, jak i na Bałkanach to relikt komunizmu. Mniej więcej od lat 60. czas jakby zatrzymał się w miejscu. Dogłębny interwencjonizm, monopol centralnego planowania, despotyzm uprzywilejowanych kast lekarzy, przetrwał w systemach niemal w zakonserwowanej formie. Przejawy ?urynkowienia?, czy ?prywatyzacji?, wiążą się głównie z tym, że mimo powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, za dostęp do dobrej opieki zdrowotnej trzeba słono płacić, i to z roku na rok coraz więcej.
Według Stockholm Network sytuację w Europie Środkowej można opisać jako pogłębiającą się stagnację. W instytucjach zdrowia publicznego nowoczesne metody zarządzania są praktycznie nieznane. Monopole konserwują system zamieniając codzienną pracę w rutynę. Brakuje nawet wiarygodnych danych, żeby zacząć cokolwiek zmieniać.
W rezultacie w Europie Środkowej mimo mniejszej liczby łóżek szpitalnych czy lekarzy przypadających na pacjenta, notuje się znacznie więcej wizyt lekarskich czy dni hospitalizacji niż w krajach Europy Zachodniej. Nie znaczy to, że jesteśmy mnie zdrowi, czy częściej potrzebujemy pomocy lekarskiej. Choruje cały system.

Gdzie są nasze pieniądze?

Generalnie publiczne wydatki na zdrowie w Europie Środkowej są na przyzwoitym poziomie. W porównaniu ze średnią w krajach OECD, gdzie nakłady na zdrowie wynoszą 1,5 proc. Produktu Krajowego Brutto, Polska plasuje się powyżej średniej z 1,7 proc., podobnie jak Czechy z 1,8 proc. czy Węgry 2,4 proc.
Polska należy jednak do krajów gdzie całościowe wydatki zdrowotne (publiczne i prywatne) są na relatywnie niższym poziomie. W Polsce wydaje się na ten cel 6,2 proc. PKB, podczas gdy w Rumunii 5,5 proc., ale w Czechach już 7,1 proc., a w Słowenii nawet 8,5 proc.
Polacy wydają najwięcej z własnej kieszeni na usługi zdrowotne. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia wydatki prywatne w Polsce stanowią aż 31 proc., podobnie jak w Rumunii, Węgrzech czy Słowenii. Czesi prywatnie płacą zaledwie 11 proc. Według Stockholm Network 30 proc. prywatnych wydatków na zdrowie w Polsce to łapówki.
Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej ryzyko związane z ochroną zdrowia biorą więc na siebie. Wciąż ułamki procent wydatków na ochronę zdrowa pokrywane są z prywatnych polis ubezpieczeniowych. Związane jest to z monopolem płatnika czyli Narodowego Funduszu Zdrowia. Dopóki nie zlikwiduje się tej fundamentalnej bariery dla reformy służby zdrowia, nie ma co marzyć, że modernizacja rodzimej opieki zdrowotnej posunie się choć krok na przód.
Nie tylko im bogatszy kraj, tym większe wydatki na zdrowie i coraz lepsza kondycja obywateli. Prawdziwe jest stwierdzenie, iż więcej kapitalizmu oznacza lepsze zdrowie. Polska jest tego najlepszym przykładem. Podczas, gdy w latach 70. i 80. zeszłego stulecia, przeciętna długość życia obywateli kurczyła się, od czasów transformacji gospodarczej, średnia oczekiwana długość życia rośnie, a śmiertelność noworodków zmniejszyła się o połowę.

Kapitalizm leczy

Kraje Europy Środkowej stoją obecnie u progu zmian demograficznych, analogicznych do tych, które nastąpiły na zachodzie. Nasze społeczeństwo będzie się stopniowo starzeć, z tym, że odsetek pracujących będzie dużo niższy, głównie za sprawą niskiego odsetka imigrantów. Innymi słowy, nie będzie miał kto pracować na nasze emerytury, a wydatki na ochronę zdrowia, mogą stać się dla państwowego budżetu nie do udźwignięcia. Dlatego jak najszybsza reforma służby zdrowia jest kwestią tak palącą.
Zarządzanie obecnym systemem jest nieracjonalne. 2/3 rodzimych placówek służby zdrowia jest zadłużonych, a za złe zrządzanie płaci podatnik. Największym wydatkiem polskich pacjentów są leki. Po Łotwie, mamy najdroższe leki w Europie. Tym samym ogranicza się dostęp pacjentów do nowoczesnej farmakoterapii.
W Polsce oszczędza się głównie na pacjentach, nie licząc się z ich zdrowiem. Jak wykazują liczne kontrole placówek publicznych, zakupy nowych technologii i urządzeń idą w parze z łapówkami dla podejmujących decyzje inwestycyjne, a nie z potrzebami pacjentów. Na to nigdy nie ma pieniędzy. W istocie polscy pacjenci, w porównaniu do obywateli państw zachodnich, są dyskryminowani i mają gorszy dostęp do nowoczesnej medycyny.
Być może możliwość otrzymywania usług medycznych w innych krajach Unii Europejskiej, czego wdrażanie jest forsowane przez Brukselę, otrzeźwi rodzimych decydentów, gdy przyjdzie płacić za leczenie Polaków w klinikach w Wielkiej Brytanii czy Niemczech.
W ocenie pacjentów, uwzględnionej w Europejskim Indeksie Zdrowia, Polska ma jeden z najmniej przyjaznych konsumentowi systemów opieki zdrowotnej. Prawa pacjentów respektowane są w niskim stopniu, pomoc medyczna nie zawsze dociera na czas, dostęp do informacji jest znikomy, a wolność wyboru ? ograniczona.

Reforma ? teraz!

Służba zdrowia stała się zakładnikiem polityki. Niestety opozycja straszy pacjentów morderczą ?prywatyzacją?, która uderzy głównie w emerytów i rencistów. Nie jest prawdą, że prywatyzacja ograniczy dostęp do usług medycznych. Jest dokładnie odwrotnie. Im większa konkurencja, im większy udział podmiotów prywatnych w rynku, tym usługi stają się bardziej powszechne, a tym samym tańsze. Prawdą jest natomiast, że nie wystarczy sprywatyzować szpitale i od razu będzie lepiej. Gruntownie zreformować potrzeba cały system.
Klasycznym modelem udanej reformy służby zdrowia jest nasz południowy sąsiad ? Słowacja, gdzie pacjent sam wybiera sobie ubezpieczyciela, a obok polisy na podstawową opiekę medyczną, za dodatkowe usługi ? takie jak specjalistyczne badania czy hospitalizację, ponoszone są niewielkie opłaty. Gdy wprowadzono opłaty Słowacy cudownie ozdrowieli. Nie oznacza to, że nie mają kilku złotych za dzień w szpitalu. Po prostu przestali chodzić do lekarzy na towarzyskie pogaduszki, a szpitale traktować jak hotel.
Model Słowacki jest prosty, efektywny i godny naśladowania. W Polsce natomiast debata na temat służby zdrowia sprowadza się do udowadniania wyższości socjalistycznego planowania nad wolnorynkową konkurencją. Polacy mają prawo być zdrowi. Obecnie zaś są najsłabszym ogniwem systemu ochrony zdrowia. Najważniejsi wydają się być politycy, lobby lekarskie, urzędnicze i farmaceutyczne. Najwyższy czas odwrócić tę absurdalną piramidę do góry nogami.
Read more »

Thursday, October 23, 2008

Niemoralność dotacji

W latach 2007-2013, Polska otrzyma nawet 90 mld euro rozmaitych dotacji. To blisko 300 mld złotych, suma zawrotna przekraczająca dwukrotność budżetu Polski. Czy rzeczywiście jest się z czego cieszyć?

Nie ustaje fala euforii związana z wydawaniem unijnych pieniędzy. Nawet ekonomiści dają się ponieść emocjom i w ich wypowiedziach więcej entuzjastycznych opinii, niż wyważonych analiz.

Co zakrawa na absurd dotacje, forma pomocy finansowej zwykle kojarzona ze wspieraniem nieporadnych, stały się synonimem? przedsiębiorczości, na nawet specyficznym nowym rynkiem, alternatywną formą pozyskiwania finansowania inwestycji, a także czynnikiem dzięki, któremu ?wartość PKB Polski zwiększy się o kilka procent?.

Może dla równowagi warto obalić najpopularniejsze mity dotyczące polityki dotacji.

1. Dotacje zwiększają PKB.

Nietrwale. Wydawanie funduszy dotacyjnych przypomina trwonienie spadku po bogatym wuju. Jeśli środki będą inwestowane (np. w dobra trwałe, infrastrukturę, wiedzę) PKB rzeczywiście wzrośnie. Jeśli będą przejadane (np. na wynagrodzenia, byle jakie szkolenia czy biurokrację), fundusze przysporzą niewiele pożytku. Podobnie jak nadmierna konsumpcja, która co prawda polepsza bieżące wskaźniki ekonomiczne, lecz nie powoduje trwałej poprawy ekonomicznej kraju.

2. Dotacje daje nam Unia

Niezupełnie. UE nie posiada własnych mocy wytwórczych, szczególnie jeśli chodzi o kapitał. Na dotacje składają się podatnicy z krajów członkowskich, w tym Polski. Dotacje są pewną wyszukaną formą redystrybucji kapitału. Przymusowymi dawcami są wszyscy podatnicy. Biorcami są osoby odpowiadające na propozycje stworzone przez biurokratów. To tak, jakby przedsiębiorca oddawał pieniądze urzędnikowi, a potem starał się o ich zwrot, ale na warunkach ustalonych przez urząd.

3. Dotacje tworzą miejsca pracy

Głównie na nowopowstałym ?rynku pozyskiwania dotacji?. To ogromny żyjący własnym życiem konglomerat, na który składają się tysiące firm konsultingowych, szkoleniowych, rozmaitych agend i organizacji. Cała armia pracowników biurowych powielających informacje, zajmujących się ich analizą, opiniowaniem, zatwierdzaniem bądź odrzucaniem. Naturalnie można się cieszyć, że ludzie mają pracę, lecz owa machina jest coraz droższa i coraz bardzie przypomina carską biurokrację.

4. Dzięki dotacjom kwitnie biznes

Statystyki (kto nie daje wiary niech sobie poszuka) nie wykazują boomu nowych pomysłów inwestycyjnych, ani nawet wysypu nowych przedsięwzięć. Malejąca liczba bankructw może natomiast świadczyć o tym, że dotowane są przedsięwzięcia nierentowne. Przypomina się stara prawda, że dobry biznes rozwija się samodzielnie i nie potrzebuje dotowania.


5. Dotacje pomagają małym i średnim przedsiębiorstwom

Wątpliwe. Wiele nowozakładanych firm upada. Niektórzy zakładają firmy tylko po to, aby uzyskać dotację, bez innego ekonomicznego sensu. Powstają projekty bezcelowe, wtórne, nieużyteczne. Założenie firmy za podarowane pieniądze staje się azylem na kilka lat, przypominającym pójście na dowolne studia, aby nie być wziętym w kamasze.

6. Dotacje zwiększają innowacyjność firm

Jeśli duża firma może sobie pozwolić na poświęcenie części zasobów (pracy, czasu, kapitału) na pozyskiwanie dodatkowego finansowania, to dla małej firmy ubieganie się o dotacje pochłania lwią część pracy i czasu, które mogłaby przeznaczyć na kontynuowanie swojej podstawowej działalności. Jeśli ubieganie się o dotacje zastępuje marketing, trudno mówić o racjonalnym wykorzystywaniu swoich zasobów.

7. Dotacje rozwijają ?kapitał ludzki?

Wiele szkoleń czy sympozjów jest pomocnych, lecz niektóre nie przydadzą się na długo. Jeśli gros czasu poświęca się prezentacji kolejnych programów dotacyjnych czy technikom wypełniania wniosków, ów rozwój ogranicza się do umiejętności biurowych.

8. Dotacje finansują projekty polskich firm

Nie zawsze. Jeśli dotuje się kupno licencjonowanych programów czy określonego sprzętu komputerowego, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to zawoalowana forma dotowania producentów, współpracujących z urzędnikami. Naturalnie nie jest to teoria poprawna politycznie, ale cele polskich przedsiębiorców nie zawsze są zbieżne z urzędniczymi.

9. Polska nie poradziłaby sobie bez dotacji

Dotacje na ?prawie wszystko? są typowo unijnym wynalazkiem. Wiele krajów świata poradziło sobie bez dotacji, doskonale radziliśmy sobie bez większego wsparcia w pierwszym okresie transformacji gospodarczej. Co z tego, że Polska rozwijałaby się może trochę wolniej? W filozofii ?dajmy tym którzy się mają dobrze, aby mieli się jeszcze lepiej? trudno doszukać się jakiegoś głębokiego sensu.

10. Dotacje leżą w interesie obywateli

Dotacje leżą w interesie urzędników. Gdyby nie dotacje ich praca byłaby zbędna. Finansowane dotacjami projekty często wspierają propagandę sukcesu dotacji. Konsumentom zależy na jak największej konkurencji na rynku. Dotacje burzą naturalną, konkurencyjną, rynkową równowagę, dyskryminując tych, którzy starają się radzić samemu i nie korzystają z państwowej pomocy.

F.A von Hayek odmawiał moralnego prawa wszelkiej pomocy redystrybucyjnej wykraczającej poza pomoc kalekim, wdowom i sierotom. Polityka dotacji UE uznaje za potrzebujących pomocy wszystkich obywateli krajów członkowskich. Powstaje więc pytanie, czy europejscy przedsiębiorcy zbytnio się nad sobą nie użalają?
Read more »

Monday, October 20, 2008

Komentarz dla Super Ekspressu

Fakt, iż Lech Kaczyński jest murowanym kandydatem do reelekcji opinia publiczna powinna sobie uzmysłowić już podczas wojny Rosji z Gruzją. Prezydent podjął wtedy bardzo duże ryzyko osobiste i polityczne, stając na czele grupy państw Europy Środkowo-Wschodniej. Chciał grać rolę lidera regionalnego mocarstwa, co medialnie chyba mu się udało i zostało pozytywnie odebrane przez większość Polaków.

Dają do myślenia także objazdy Lecha Kaczyńskiego po kraju. Jest to charakterystyczny element poprzedzający każdą kampanię polityczną. Inna sprawa, że prezydent traktuje potencjalnych wyborców bardzo wybiórczo. Zdarza mu się nie docierać na umówione miejsce, co nie przysparza mu sympatii.
Kolejną odsłoną, która karze postrzegać działania Lecha Kaczyńskiego, jako potencjalnego kandydata PiS w wyborach prezydenckich jest ostry spór z Donaldem Tuskiem. Tusk jest naturalnym kandydatem do fotela prezydenta Platformy Obywatelskiej, mimo, że wskazywano też inne kandydatury np. Bronisława Komorowskiego czy Radosława Sikorskiego. Komorowski jest jednak zbyt mało wyrazisty, a Sikorski ? zbyt egzotyczny jak na polskie warunki, żeby kandydatura Tuska była zagrożona.
Konflikt Kaczyński-Tusk jest barwny medialnie i toczy się o przywództwo w prowadzeniu polityki zagranicznej. Kaczyński prezentuje się tu jako patriota walczący o polską rację stanu bez względu na koszty. Stąd pokazowy sceptycyzm wobec Traktatu Lizbońskiego, Euro, pakietu klimatycznego czy twarde stanowisko wobec Rosji. Naturalnie jest to poza, bowiem Kaczyński tak samo jak rząd skapitulował wobec eurokonstytucji, unijnego programu redukcji emisji gazów cieplarnianych czy Rurociągu Północnego. Wyborcy będą o tym pamiętać i pewnie nie raz mu wygarną. Tusk, natomiast, przyjmuje postawę polityka zrównoważonego i roztropnego, co ma kontrastować z nieprzewidywalnym Kaczyńskim.
W powyższym kontekście fakt iż ministrowi Kownackiemu wymsknęło się, że prezydent będzie starał się o reelekcję, należy oceniać jako wypuszczenie ?próbnego balonu?. Środowisko prezydenta najwyraźniej postanowiło wysondować jak dziennikarze, polityczni rywale i opinia publiczna, odniosą się do planów Lecha Kaczyńskiego.
Możemy spodziewać się, że prezydent będzie wkrótce zachowywał się jak panna na wydaniu, raz to potwierdzając, raz dając do zrozumienia, że chciałby, ale się waha. Do czasu podjęcia ostatecznej decyzji z pewnością napięcie będzie rosło, a wyborcy będą trzymani w niepewności.
Read more »

Saturday, October 18, 2008

Publicystyka w Polska The Times

Gdy rząd USA ogłosił zasilenie amerykańskiego systemu finansowego kwotą 700 mld dolarów, amerykańscy podatnicy zaczęli gwałtowne protesty. Gdy politycy Unii Europejskiej uchwalają pakiet klimatyczny, którego koszty mogą sięgnąć nawet biliona euro, obywatele krajów UE przyklaskują z entuzjazmem.

Pakiet klimatyczny, pakiet demoniczny.

Różnica między postawą Francuzów, Niemców i Polaków, a postawą Amerykanów jest znamienna. Podczas gdy za oceanem jest zrozumiałe, że rząd nie zarządza swoimi pieniędzmi, lecz środkami skonfiskowanymi podatnikom, w Europie obywatele potulnie godzą się na ponoszenie każdego rodzaju kosztów, które zafundują im biurokraci.

Można zrozumieć niski opór społeczny wśród Francuzów i Niemców przed planem ograniczenia o 20 proc. do 2020 r. emisji dwutlenku węgla i uzyskiwania 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych. Główne koszty tego szkodliwego dla gospodarki pomysłu poniosą przecież nowe kraje Unii Europejskiej, których energetyka bazuje na węglu, takie jak Polska.

Co zastanawiające, na pakiecie klimatycznym uderzającym w gospodarkę Europy, najbardziej zyskają jej konkurenci, czyli kraje Azji. Cóż z tego, że Francji czy Niemcom uda się odłożyć zagrożenie wewnętrznej konkurencji ze strony Polski, skoro za kilka, kilkanaście lat Unia Europejska zostanie pokonana przez Chiny i Indie na arenie globalnej? Jest zatrważające, że media i przedsiębiorcy chylą czoła przez ideologią "globalnego ocieplenia", w którą wierzą już chyba tylko zatwardziali lewicowcy i skrajni ekolodzy. Ich niewątpliwym sukcesem jest uczynienie z dwutlenku węgla gazu niezbędnego do życia na Ziemi, synonimu trucizny, katastrofy i destrukcji. Jest to jednak sukces wyłącznie propagandowy niezawierający ani krzty prawdy.

Kłamstwo globalnego ocieplenia oprotestowują od pamiętnego szczytu klimatycznego w Rio w latach 90. rzesze profesorów, w tym dziesiątki laureatów Nagrody Nobla i najwybitniejszych autorytetów nauk przyrodniczych z najlepszych światowych uczelni, sygnatariusze Petycji Oregońskiej, Apelu Heidelberskiego i petycji o zaprzestanie wykorzystywania mitu efektu cieplarnianego do niszczenia przemysłowej cywilizacji Zachodu, którą podpisało już 40 tys. naukowców.

Calosc w dzienniku Polska The Times
Read more »

Friday, October 17, 2008

Papierowy kapitalizm

Jak świat światem finansiści głowili się, jak zarobić jak najwięcej, nie posiadając wystarczającego kapitału. Realizację ich marzeń zapewnił rządowy interwencjonizm.

Pierwsze transakcje o odroczonej płatności typu futures zawierali już kupcy weneccy w XIII w. Trzy wieki później holenderscy bankierzy po raz pierwszy próbowali spekulacji, dokonując obserwacji astrologicznych, aby przewidzieć przyszły kształt cen. Pierwszą bańką spekulacyjną okazała się gorączka na rynku sadzonek rzadkich tulipanów w XVII w. W szczycie tulipanowej hossy za cebulkę określonego gatunku można było kupić 27 ton pszenicy, bądź okazałą rezydencję w Amsterdamie. Gdy zaczęto handlować instrumentami pochodnymi na kwiaty (prawo do dostarczenia określonej cebulki w oznaczonym terminie, umowa której dotrzymanie wydawało się wątpliwe), rynek się załamał.

Namiętność silniejsza od rozumu

Chciwość była głównym motywem dynamicznego rozwoju rynków kapitałowych. Mimo przyzwoitych zysków finansiści i bankierzy starali się pomnożyć majątki w możliwie jak najkrótszym czasie. Dlatego na rynku finansowym zadomowiły się instrumenty mające coraz więcej wspólnego z hazardem: opcje, futures, a nawet losy. Powszechne stało się wprowadzanie przedsiębiorstw na giełdę, aby wyciągnąć pieniądze z rynku, a inwestorów puścić z torbami.
W XVIII w. bańki spekulacyjne były związane z wyprawami kolonialnymi. Inwestorzy liczyli na gigantyczne zyski z wypraw handlowych, więc na pniu wykupywali akcje kompanii morskich, które po niepowodzeniach wypraw okazywały się bezwartościowe. Załamanie się planów Kompanii Mórz Południowych wstrząsnęło elitą ówczesnego Londynu. Na ten samej zasadzie w XIX w. inwestowano w spółki kolejowe.
Rozkwit Ameryki rozpoczął się od spekulacji gruntami. Brali w nim udział nawet Ojcowie Założyciele: Washington, Jefferson czy Franklin. W złotych latach 20. akcje firm kupowali wszyscy od sprzątaczek, kelnerów po artystów i polityków. Maklerzy zatracili poczucie wstydu i wciskali klientom śmieciowe udziały. Gracze stracili instynkt samozachowawczy i kupowali akcje na kredyt. Gdy piramida zawaliła się, zaczęło brakować pracy, aby spłacać długi.

Ku przepaści

Okresowe kryzysy są zupełnie zrozumiałe w gospodarce kapitalistycznej i wprowadzają na rynku normalność. Nikogo chyba nie dziwi absurdalność wyceny cebulek kwiatów, które można zamienić na domy, bądź miliardowe wyceny firm-wydmuszek, których akcje nie są warte nawet grosza.
To, co jest w miarę jasne dla każdego kierującego się rozumem człowieka, nigdy nie było zrozumiałe dla urzędników. Kierujący się emocjami i chęcią pozyskania tłumów, biurokraci od stuleci prowadzą ?walkę ze spekulantami?. Jednakże kolejne regulacje wprowadzały coraz więcej zamieszania.
Zrozumienie giełdowej wyceny przedsiębiorstwa jest rzeczą stosunkowo prosta. Wartość firmy można wycenić sumując jej majątek i gotówkę. Spółka emituje akcje, wypłaca dywidendy z zysku i wszystko jest zrozumiałe. Jednak, gdy wprowadza się coraz to nowsze instrumenty, umożliwiające cudowne rozmnożenie majątku za pomocą manipulacji księgowych, na rynku pojawia się bałagan. Pomijając już to, że instrumenty pochodne na akcje czy indeksy giełdowe to zwykłe zakłady hazardowe. Przewidywanie przyszłych wartości indeksów nie liczy się bowiem od próby przewidywania wyników sportowych.
Co zastanawiające, gdy w Bretton Woods, delegacja pod wodzą Keynesa, uzgodniła odejście od standardu złota, na rzecz standardu dolara, motywem była również ?walka ze spekulantami?. Efekty tego kroku odczuwamy do dziś.

Epoka papierowego pieniądza

Epoka papierowego pieniądza okazała się rajem dla finansowych alchemików. Dzięki temu, że pieniądz stracił realną wartość mógł być niemal dowolnie dodrukowywany przez rządy. Pojawiły się nowe instrumenty pochodne np. kontrakty terminowe dot. stopy procentowej dla eurodolara, zbywalne weksle o zmiennym oprocentowaniu, papiery umożliwiające zamianę długów, obligacje o zerowym oprocentowaniu itd. Rynek zapełnił się nie tylko papierowym pieniądzem, ale też nieuregulowanymi papierami wartościowymi.
Gdy pojawiały się kłopoty, zawsze zjawiał się rząd, który wpompowywał pieniądze w rynek, wybawiając z opresji finansowych hazardzistów. Podczas, gdy za grzechy bankierów płacili mali inwestorzy, finansiści otrzymywali od rządu wyraźny sygnał: możecie robić co chcecie, gdy rynek zacznie się walić, podatnik pokryje wasze straty.
Kryzys związany z pożyczkami hipotecznymi nie jest dla Ameryki niczym nowym. Podobna sytuacja do dzisiejszej miała miejsce w latach 90. ubiegłego stulecia, gdy runął system spekulacyjnych pożyczek hipotecznych kas oszczędnościowo-pożyczkowych. Wówczas, kwotę potrzebną do ?ratowania rynku?, wyceniono na 200 mld dolarów.
Krach w Japonii, również był związany z kryzysem na rynku nieruchomości. Ceny tamtejszej ziemi na przestrzeni 30 lat wzrosły o 5000 proc. Banki usiłowały nadążyć za hossą ?zwiększaniem kredytu?, czyli dodrukowywaniem pieniędzy. W latach 90. japoński rynek nieruchomości był wyceniany czterokrotnie wyżej od rynku USA! Wkrótce potem japoński system bankowości się załamał, a gospodarka tego kraju nie może wyjść na prostą do dziś.

Krucha równowaga

Przyglądając się obecnemu kryzysowi na rynku finansowym, trudno pozostać optymistą. Rządy nacjonalizują i dotują bankrutów, podatnicy za to płacą, a winny jest jak zwykle ?wolny rynek?. Nikt nie wyciąga z rynku żadnej lekcji, a kolejne tąpnięcie zostaje odroczone w czasie.
Przyszłość rzeczywiście może napawać lękiem. Kryzys hipoteczny pokazał, że inwestorom bardzo trudno będzie ponownie zaufać zarządzającym ich pieniędzmi. Równowaga rynków finansowych wydaje się krucha. Nieodpowiedzialni bankierzy, przekupni politycy. Do tego wiele decyzji dotyczących zawierania transakcji jest podejmowana automatycznie przez komputery, choć w porównaniu z dwoma pierwszymi czynnikami, nie jest to coś, co powinno przerażać, maszyny działają przecież w oparciu o jakiś logiczny algorytm.
Aż strach pomyśleć, co stanie się, gdy zacznie się walić największe oszustwo współczesności ? system socjalny nowoczesnego państwa dobrobytu. Ciekawe czy wystarczy lasów na druk nowych banknotów, niezbędnych do wypłaty rent i emerytur.

Read more »

Tuesday, October 14, 2008

Wywiad w Superstacji

Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego oceniam nieporównywalnie wyżej od poprzedniej. Zwoływanie hucznych konferencji na okazję weta ustawy, to była dopiero dziecinada w wykonaniu Kwaśniewskiego.
Read more »

Friday, October 10, 2008

Komentarz dla Superstacji

NSZZ Solidarność jest organizacją schizofreniczną, której brak wewnętrznej solidarności. Podczas, gdy związkowcy z Gdyni opowiadają się za wolnym rynkiem i jak najszybszą prywatyzacją stoczni, inne grupy wyrażają poglądy socjalistyczne, protestując przeciw rzekomej prywatyzacji szpitali.
Read more »

Wednesday, October 08, 2008

Komentarz dla TVS

Nie należy przeceniać wpływu kryzysu finansowego na sytuację przedsiębiorstw w Polsce. Zapowiadane przestoje w fabryce Opla w Gliwicach, mogą mieć także inne przyczyny, niż skutki kryzysu na światowych giełdach.
Read more »

Monday, October 06, 2008

Wywiad w Nowym Przemyśle

Firmy, które są uzależnione od państwowych dotacji, powinny zrobić to samo, co alkoholik uzależniony od tego, czy ktoś postawi mu kielicha: powinny poddać się terapii. Warto przypomnieć sobie w tym momencie słowa Jana Pawła II z encykliki Centesimus annus, że czynnikiem świadczącym o prawidłowym działaniu przedsiębiorstwa jest zysk. Więcej tu
Read more »

Friday, October 03, 2008

Kara za grzech konsumpcji

Państwa bałtyckie czeka recesja gospodarcza. Wszystko za sprawą nieodpowiedzialnej konsumpcji na kredyt i utraty suwerenności banków narodowych na rzecz europejskiego banku centralnego.

Gdy po raz pierwszy spotkałem się z pierwszym premierem Estonii i ojcem estońskiego cudu gospodarczego Martem Laarem, zapamiętałem naczelny warunek jakim kierował się ówczesny talliński "rząd studentów". Była to zasada: "nie wydawaj więcej niż zarabiasz". Tę złotą zasadę opracowali średniowieczni późnoscholastycy. Niestety kolejne rządy Estonii, Litwy i Łotwy, zaczęły zbaczać z kursu, który przyniósł im sukces.

Konsumpcja nie popłaca

Gdy w kolejnych latach wracałem do krajów bałtyckich, zauważałem, że ludziom coraz częściej tam żyć. Owszem, zmieniało się na lepsze, powstawało coraz więcej sklepów i miejsc, gdzie można wydawać pieniądze, ale zawsze uderzała mnie niesamowita drożyzna artykułów codziennego użytku i wysokie ceny nieruchomości.
Gdy podczas zeszłorocznych wakacji, które spędziłem na Litwie i na Łotwie, po wizycie w supermarkecie zostawiałem majątek, wychodząc niemal z pustym koszykiem i zdałem sobie sprawę, że mieszkania są już dużo droższe niż w Polsce, byłem pewien, że nadbałtycki szał konsumpcyjny nie może się dobrze skończyć.
Znad Bałtyku szybko zaczęły dopływać niepokojące wieści. Majowa inflacja wynosiła odpowiednio 18 proc. na Łotwie, 12 proc. na Litwie i 11,3 proc. w Estonii, w porównaniu z rokiem ubiegłym. Gorzej dzieje się w handlu. W pierwszym półroczu tego roku obroty handlowe na Łotwie zmniejszyły się o 3,9 proc. Na politykę socjalną przeznacza się w tym kraju już 12,2 proc. PKB, połowę tego ile wynosi średnia unijna. W Estonii o 5 proc. spadły ceny sprzedaży produktów. Zatrzymany został także wzrost płac w tym kraju. Na Litwie deficyt budżetowy osiągnął 15 mld litów, co stanowi 13,7 proc. planowanego na ten rok PKB. Płace w drugim kwartale tego roku wzrosły o ponad 25 proc.
Bałtowie dobrze radzą sobie z bezrobociem, wynoszącym od 4 proc. w Estonii, 4,6 proc. na Litwie i 5,7 proc. na Łotwie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak całej prawdy, bo liczna w tych krajach mniejszość rosyjska, nie ma po prostu dokumentów, aby skorzystać z przywilejów socjalnych. Na granicy ubóstwa w Estonii pozostaje co piąty obywatel. Natomiast łotewskie firmy nie mają już na podatki. Tamtejsze firmy są winne już fiskusowi blisko 60 mln łatów.

Dłużnicy oczerniają kapitalizm

Socjaliści reagują z entuzjazmem na kłopoty republik bałtyckich, co ma być dowodem, że ?wolny rynek się nie sprawdza?, powoduje kryzysy i rozwarstwienia społeczne. W rzeczywistości podstawowym powodem kłopotów tego regionu, jest zbytni optymizm konsumentów, zadłużających się i konsumujących z typowo wschodnim rozmachem. Podobnie jak młodzi Polacy, gros Litwinów czy Łotyszy, udało się w poszukiwaniu lepszego życia do Wielkiej Brytanii. Tylko w 2007 r. Łotysze pracujący w Irlandii, przetransferowali do kraju ponad 111 milionów łatów. Podobną kwotą zasili rynek Litwini. Nic więc dziwnego, że konsumenci w tych krajach rzucili się kupować mieszkania, samochody i telewizory. Większość inwestycji w nieruchomości była lewarowana, bowiem nabywców entuzjazmował horrendalny wzrost cen na rynku. Skandynawskie banki chętnie oferowały złaknionym kapitalizmu konsumentom atrakcyjne kredyty. Imponujący wzrost gospodarczy ostatnich lat, oscylujący w regionie wokół 10 proc., był osiągany dzięki konsumpcji, jak się okazało, nieodpowiedzialnej i na wyrost. Zaczęły szaleć ceny. W dwucyfrowym tempie wzrastały płace. Gdy pojawiła się wysoka inflacja, wielu inwestorów zaczęło się zastanawiać czy stać ich na podbijanie stawki.
Czołowe agencje ratingowe: Standard & Poor i Fitch, wystawiły europejskim liderom wzrostu gospodarczego surową cenzurkę. Ceny nieruchomości zaczęły spadać na łeb na szyję, a wzrost PKB stanął w miejscu. Według Fitch Estońska i Łotewska gospodarka w końcu osiągnęła tempo wzrostu ?starej? Europy, czyli niewidzialny 1 proc. Natomiast S&P, przewiduje, że PKB w tym roku w Estonii skurczy się o 0,9 proc., a na Łotwie wzrośnie o 0,7 proc. W najlepszej sytuacji mają się mieć Litwini, którzy będą rozwijać się na poziomie 4 proc. rocznie.

Narkomani Euro

Kraje bałtyckie płacą także wysoką cenę za tzw. currency board, czyli związanie sztywnym kursem lokalnych walut z Euro (pewnym wyjątkiem jest tutaj Łotwa). Zwolennicy tego rozwiązania wskazują na jego wolnorynkowe aspekty: rząd nie może wpływać na kursy walutowe, wielkość bazy monetarnej i wysokość stóp procentowych, pozostawiając zmiany stanu rezerw rynkowi (grze przepływu kapitału). Przeciwnicy wskazują utratę suwerenności banku narodowego na rzecz obcego banku centralnego, który decyduje o polityce monetarnej, w tym przypadku Euro. Małym krajom jest wówczas trudniej radzić sobie z inflacją, nie mogą wpływać na popyt itd.
Kłopoty krajów, które stosują currency board, stają się faktem i poddają w wątpliwość tezę o wyłącznych korzyściach tej metody. Najgłośniejszym przypadkiem załamania się gospodarki bazującej na sztywnym kursie był kryzys Argentyński, która odeszła od powiązania z dolarem w 2002 r. Co prawda Litwa, Łotwa i Estonia rozwijają się szybciej od reszty Europy, mają także niższy deficyt budżetowy, niemniej kraje z wolnymi kursami, takie jak Polska są stabilniejsze, mają niższą inflację, a umacniająca się złotówka coraz lepiej wpływa na nasze portfele.
Nic więc dziwnego, że mieszkańcy krajów bałtyckich mają coraz mniej entuzjazmu wobec Euro. 51 proc. Łotyszy i 51 proc. Litwinów jest przekonanych, że wprowadzenie Euro spowoduje dalsze negatywne konsekwencje gospodarcze. Przeciwnego zdania jest odpowiednio 37 proc. i 31 proc. ankietowanych. Ponadto 78 proc. Estończyków i 75 proc. Litwinów, jest przekonanych, że Euro przyczyni się do wzrostu cen w tych krajach. Bardziej pesymistyczni są tylko Polacy, którzy w 83 proc. uważają, że Euro oznacza pewną jak w banku drożyznę.

Read more »