Kryzys to zyski dla etatystów
Kryzys finansowy i gospodarczy, z którym mamy obecnie do czynienia, największe zyski przyniesie politykom.
Po raz kolejny unaocznia się konflikt indywidualnego konsumenta, zainteresowanego realizacją swoich potrzeb po rozsądnych cenach, a rządem dążącym do jak największej konfiskaty prywatnego majątku obywatela.
Zapaść wszystkim na rękę
Mimo, że to rządy spowodowały kryzys swoją interwencjonistyczną polityką, protekcjonizmem i drukiem ?do ostatniego drzewa?, papierowego pieniądza bez pokrycia media wmawiają światu, że zapaść jest spowodowana niewydolnością gospodarki rynkowej. Koniuktura gospodarcza jest zmienna. Perturbacje to okres choroby, którą należy zdiagnozować, wyleczyć i wyciągnąć wnioski.
Tymczasem bezmyślne pompowanie pieniędzy w gospodarkę powoduje, że żadna lekcja z kryzysu nie może zostać wyciągnięta. Nie przemawiają do mnie argumenty, że interwencjonizm jest konieczny, gdyż koszty pogłębionego kryzysu, mogą być dotkliwsze jeśli zaniecha się dotowania wybranych firm przez podatnika. Nic dziwnego, że w kolejce po państwowe pieniądze, po bankach i koncernach samochodowych, ustawił się np. przemysł pornograficzny, bez którego podobno współczesny człowiek żyć nie może.
Rozwiązanie kryzysu powinno być dziecinnie proste: źle zarządzane firmy bankrutują, a ich miejsce zajmują bardziej konkurencyjne.
Dzisiejsze perturbacje na rynkach to pestka w porównaniu z tym, co stanie się niechybnie. Prawdziwy kryzys czeka nas wtedy, gdy zbankrutuje pierwsza socjalna piramida finansowa, czyli system rent i emerytur. Gdy ludzie zostaną pozbawieni jedynego źródła dochodów i postawią zobowiązania budżetowe w stan natychmiastowej wymagalności, etatyzm może spodziewać się dużo poważniejszych kłopotów niż obecnie.
Zyski dla banków
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kryzys finansowy jest scenariuszem dokładnie wyreżyserowany przez najważniejszych graczy na rynku finansowym. Weźmy dwa pierwsze z brzegu przykłady z rodzimego podwórka. Rynek kredytów hipotecznych i rynek opcji. Przez wiele lat banki z powodzeniem sprzedawały kredyty denominowane we franku szwajcarskim. Denominowane czyli przeliczane w złotówkach, bo franków nikt w Polsce do ręki nie dostał. Nic więc dziwnego, że bankowcy zacierają ręce, gdy złotówka się osłabia, bowiem spływają do nich znacznie większe raty.
Zupełnie nie rozumiem biadolenia, że złotówkę osłabiają spekulanci. Przecież odpowiednie instytucje zajmujące się nadzorem finansowym mogą z łatwością sprawdzić, jakie transakcje są zawierane na rynku walutowym i czy aby gracze stojący za tymi transakcjami nie są powiązani z bankami udzielającymi kredytów walutowych.
Podobnie z opcjami. Skoro banki w bardzo krótkim okresie, latem ubiegłego roku, mamiły firmy opcjami walutowymi, mającymi przeciwdziałać dalszemu umacnianiu się złotówki, zapewne nie podpisywałyby takich umów, na których miałyby stracić. Obecnie realizują sute zyski, a przedsiębiorstwa dziwią się, że poniosły straty. Przecież i ten mechanizm można sprawdzić.
Naturalnie nie chodzi o ?anulowanie? dobrowolnie zawieranych umów, ale o sprawdzenie, czy nie mamy przypadkiem do czynienia z manipulacją na ogromną skalę, co z wolnym rynkiem ma tyle wspólnego co Platforma Obywatelska z klasycznym liberalizmem.
Zyski dla funduszy
Jeszcze lepiej mają się wszelkiego rodzaju fundusze. Fundusze komercyjne, inwestujące w akcje, mogą być zainteresowane pogłębianiem nastroju paniki na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych w nieskończoność. Przestraszeni niepewną sytuacją inwestorzy, wycofują się z ryku i odkupują od funduszy udziały za ułamek cen, które płacili wcześniej. Tym samym fundusze gromadzą gotówkę na zakupy po atrakcyjnych wycenach. Naturalnie im akcje są niżej, tym lepiej dla funduszy, bo to oznacza większe zyski w przyszłości.
Podobnie dzieje się w OFE. Nasze przymusowe fundusze emerytalne podały niedawno szokującą informację, która niestety okazała się prawdziwa, że w długoterminowej, ponad dziesięcioletniej perspektywie, to właśnie inwestycje OFE okazały się dla ubezpieczonych najbardziej zyskowne.
Okazuje się więc, że jeśli najbardziej intratne jest inwestowanie za pomocą przymusowego ubezpieczenia, bardzo drogiego w zarządzaniu, to w zasadzie należy unikać wszelkich pośredników na rodzimym rynku finansowym. Jeśli w funduszach można tylko stracić, albo zyskać niewiele, czyli zarządzający portfelami potrafią ten portfel tylko oskubać, pozostaje inwestowanie indywidualne, a to nie każdy potrafi.
Odwrotnie jest np. w USA, gdzie większość amerykanów inwestuje za pomocą funduszy inwestycyjnych. Jednak w Stanach Zjednoczonych konkurencja jest bardzo duża, zaufanie do rynku finansowego większe, a wiedzy ekonomicznej inwestorów nie wspominając.
Zyski dla rządów
Jednak grupą, która na kryzysie ugra najwięcej są rządy. Ostatnimi czasy biurokraci otrzymali bardzo dużo pożywki ideologicznej i propagandowej, nie tylko dla usprawiedliwienia swojego istnienia, ale także dla podejmowanych interwencji.
Rządy ?walczą?, ?pomagają?, ?interweniują?, ?wyciągają z kryzysu?, ?pobudzają? i w ogóle, gdyby nie urzędnicy, świat zapewne pogrążył się w chaosie i w anarchii. Rodzima opozycja bardzo zazdrości, że akurat teraz nie znalazła się u steru władzy. PiS cały czas trąbi o konieczności ?pobudzenia? gospodarki i właściwie mówi już językiem Baracka Obamy i całej socjalistycznej Europy, bowiem Polska jedyny kraj Unii zapowiada cięcia wydatków, a nie ich zwiększanie, za co gabinetowi Tuska uczciwie należy się maleńki plus.
Tak więc opinia publiczna otrzymała potężną dawkę kłamstw i manipulacji, jakoby to właśnie rządy były instytucjami, które powinny zajmować się regulowaniem gospodarki, ustalaniem cen, a nawet poziomów produkcji w określonych branżach.
Równocześnie rugowana jest gospodarka rynkowa oraz przedsiębiorstwa. Poszczególni politycy chcą ugrać na kryzysie jak najwięcej dla siebie. Premierzy, prezydenci, czy ministrowie finansów i gospodarki, kreują się na zbawców narodów, podczas, gdy w rzeczywistości to oni są winni za spowodowanie kryzysu.
To rządy zachęcały przecież do nieodpowiedzialnej konsumpcji i do udzielania pożyczek na nieracjonalnych zasadach, każdemu kto o to poprosi. Jeśli w tak nieefektywnie działającą gospodarkę wpompuje się kolejne miliardy, kolejny kryzys o znacznie większej sile, jest tylko kwestią czasu.
Zyski dla firm
Paradoksalnie kryzys da także zarobić źle zarządzanym przedsiębiorstwom. Cóż z tego, że akurat teraz ponoszą one straty. Wielu inwestorów, zarówno instytucjonalnych i indywidualnych, i tak zachowa udziały, nie chcąc pozbywać się ich za bezcen. Natomiast zarządy źle zarządzanych firm, nie mają wstydu prosić się o rządowe wsparcie. Przypomina to migawki z telewizyjnych ?Wiadomości?, gdzie w czasie jakichkolwiek problemów na rynku, pytany przez dziennikarza przedstawiciel danej branży bez namysłu opowiada: ?bez pomocy rządu czeka nas bankructwo?.
Więc rządy wypłacają podatnicze miliardy, według własnego uznania, zapewne kierując się względami wizerunkowymi i układami. Jak bowiem wytłumaczyć, że firma A dostaje wsparcie, a firma B nie.
Przedsiębiorstwa chwalą więc rząd za rewelacyjną politykę, w kuluarach obiecując pieniądze na polityczne kampanie. Natomiast w swoich firmach robią dalej to samo. Wypłacają sobie milionowe premie, jak co roku, z tą różnicą, że nie jest to procent od wypracowanego zysku, ale procent od podatków skonfiskowanych podatnikom przez rządy. Zarządy wielu firm jednego dnia urządzają sobie rauty w luksusowych SPA, drugiego zwalniając setki ludzi, co tłumaczą kryzysem.
W ten sposób umacnia się socjalistyczno-etatystyczny niewolniczy system wyzyskiwania jednostki przez biurokratów pracujących w rządach, instytucjach międzynarodowych, największych bankach i korporacjach.
Tekst ukazal sie w Najwyzszym Czasie.
Read more »
Po raz kolejny unaocznia się konflikt indywidualnego konsumenta, zainteresowanego realizacją swoich potrzeb po rozsądnych cenach, a rządem dążącym do jak największej konfiskaty prywatnego majątku obywatela.
Zapaść wszystkim na rękę
Mimo, że to rządy spowodowały kryzys swoją interwencjonistyczną polityką, protekcjonizmem i drukiem ?do ostatniego drzewa?, papierowego pieniądza bez pokrycia media wmawiają światu, że zapaść jest spowodowana niewydolnością gospodarki rynkowej. Koniuktura gospodarcza jest zmienna. Perturbacje to okres choroby, którą należy zdiagnozować, wyleczyć i wyciągnąć wnioski.
Tymczasem bezmyślne pompowanie pieniędzy w gospodarkę powoduje, że żadna lekcja z kryzysu nie może zostać wyciągnięta. Nie przemawiają do mnie argumenty, że interwencjonizm jest konieczny, gdyż koszty pogłębionego kryzysu, mogą być dotkliwsze jeśli zaniecha się dotowania wybranych firm przez podatnika. Nic dziwnego, że w kolejce po państwowe pieniądze, po bankach i koncernach samochodowych, ustawił się np. przemysł pornograficzny, bez którego podobno współczesny człowiek żyć nie może.
Rozwiązanie kryzysu powinno być dziecinnie proste: źle zarządzane firmy bankrutują, a ich miejsce zajmują bardziej konkurencyjne.
Dzisiejsze perturbacje na rynkach to pestka w porównaniu z tym, co stanie się niechybnie. Prawdziwy kryzys czeka nas wtedy, gdy zbankrutuje pierwsza socjalna piramida finansowa, czyli system rent i emerytur. Gdy ludzie zostaną pozbawieni jedynego źródła dochodów i postawią zobowiązania budżetowe w stan natychmiastowej wymagalności, etatyzm może spodziewać się dużo poważniejszych kłopotów niż obecnie.
Zyski dla banków
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kryzys finansowy jest scenariuszem dokładnie wyreżyserowany przez najważniejszych graczy na rynku finansowym. Weźmy dwa pierwsze z brzegu przykłady z rodzimego podwórka. Rynek kredytów hipotecznych i rynek opcji. Przez wiele lat banki z powodzeniem sprzedawały kredyty denominowane we franku szwajcarskim. Denominowane czyli przeliczane w złotówkach, bo franków nikt w Polsce do ręki nie dostał. Nic więc dziwnego, że bankowcy zacierają ręce, gdy złotówka się osłabia, bowiem spływają do nich znacznie większe raty.
Zupełnie nie rozumiem biadolenia, że złotówkę osłabiają spekulanci. Przecież odpowiednie instytucje zajmujące się nadzorem finansowym mogą z łatwością sprawdzić, jakie transakcje są zawierane na rynku walutowym i czy aby gracze stojący za tymi transakcjami nie są powiązani z bankami udzielającymi kredytów walutowych.
Podobnie z opcjami. Skoro banki w bardzo krótkim okresie, latem ubiegłego roku, mamiły firmy opcjami walutowymi, mającymi przeciwdziałać dalszemu umacnianiu się złotówki, zapewne nie podpisywałyby takich umów, na których miałyby stracić. Obecnie realizują sute zyski, a przedsiębiorstwa dziwią się, że poniosły straty. Przecież i ten mechanizm można sprawdzić.
Naturalnie nie chodzi o ?anulowanie? dobrowolnie zawieranych umów, ale o sprawdzenie, czy nie mamy przypadkiem do czynienia z manipulacją na ogromną skalę, co z wolnym rynkiem ma tyle wspólnego co Platforma Obywatelska z klasycznym liberalizmem.
Zyski dla funduszy
Jeszcze lepiej mają się wszelkiego rodzaju fundusze. Fundusze komercyjne, inwestujące w akcje, mogą być zainteresowane pogłębianiem nastroju paniki na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych w nieskończoność. Przestraszeni niepewną sytuacją inwestorzy, wycofują się z ryku i odkupują od funduszy udziały za ułamek cen, które płacili wcześniej. Tym samym fundusze gromadzą gotówkę na zakupy po atrakcyjnych wycenach. Naturalnie im akcje są niżej, tym lepiej dla funduszy, bo to oznacza większe zyski w przyszłości.
Podobnie dzieje się w OFE. Nasze przymusowe fundusze emerytalne podały niedawno szokującą informację, która niestety okazała się prawdziwa, że w długoterminowej, ponad dziesięcioletniej perspektywie, to właśnie inwestycje OFE okazały się dla ubezpieczonych najbardziej zyskowne.
Okazuje się więc, że jeśli najbardziej intratne jest inwestowanie za pomocą przymusowego ubezpieczenia, bardzo drogiego w zarządzaniu, to w zasadzie należy unikać wszelkich pośredników na rodzimym rynku finansowym. Jeśli w funduszach można tylko stracić, albo zyskać niewiele, czyli zarządzający portfelami potrafią ten portfel tylko oskubać, pozostaje inwestowanie indywidualne, a to nie każdy potrafi.
Odwrotnie jest np. w USA, gdzie większość amerykanów inwestuje za pomocą funduszy inwestycyjnych. Jednak w Stanach Zjednoczonych konkurencja jest bardzo duża, zaufanie do rynku finansowego większe, a wiedzy ekonomicznej inwestorów nie wspominając.
Zyski dla rządów
Jednak grupą, która na kryzysie ugra najwięcej są rządy. Ostatnimi czasy biurokraci otrzymali bardzo dużo pożywki ideologicznej i propagandowej, nie tylko dla usprawiedliwienia swojego istnienia, ale także dla podejmowanych interwencji.
Rządy ?walczą?, ?pomagają?, ?interweniują?, ?wyciągają z kryzysu?, ?pobudzają? i w ogóle, gdyby nie urzędnicy, świat zapewne pogrążył się w chaosie i w anarchii. Rodzima opozycja bardzo zazdrości, że akurat teraz nie znalazła się u steru władzy. PiS cały czas trąbi o konieczności ?pobudzenia? gospodarki i właściwie mówi już językiem Baracka Obamy i całej socjalistycznej Europy, bowiem Polska jedyny kraj Unii zapowiada cięcia wydatków, a nie ich zwiększanie, za co gabinetowi Tuska uczciwie należy się maleńki plus.
Tak więc opinia publiczna otrzymała potężną dawkę kłamstw i manipulacji, jakoby to właśnie rządy były instytucjami, które powinny zajmować się regulowaniem gospodarki, ustalaniem cen, a nawet poziomów produkcji w określonych branżach.
Równocześnie rugowana jest gospodarka rynkowa oraz przedsiębiorstwa. Poszczególni politycy chcą ugrać na kryzysie jak najwięcej dla siebie. Premierzy, prezydenci, czy ministrowie finansów i gospodarki, kreują się na zbawców narodów, podczas, gdy w rzeczywistości to oni są winni za spowodowanie kryzysu.
To rządy zachęcały przecież do nieodpowiedzialnej konsumpcji i do udzielania pożyczek na nieracjonalnych zasadach, każdemu kto o to poprosi. Jeśli w tak nieefektywnie działającą gospodarkę wpompuje się kolejne miliardy, kolejny kryzys o znacznie większej sile, jest tylko kwestią czasu.
Zyski dla firm
Paradoksalnie kryzys da także zarobić źle zarządzanym przedsiębiorstwom. Cóż z tego, że akurat teraz ponoszą one straty. Wielu inwestorów, zarówno instytucjonalnych i indywidualnych, i tak zachowa udziały, nie chcąc pozbywać się ich za bezcen. Natomiast zarządy źle zarządzanych firm, nie mają wstydu prosić się o rządowe wsparcie. Przypomina to migawki z telewizyjnych ?Wiadomości?, gdzie w czasie jakichkolwiek problemów na rynku, pytany przez dziennikarza przedstawiciel danej branży bez namysłu opowiada: ?bez pomocy rządu czeka nas bankructwo?.
Więc rządy wypłacają podatnicze miliardy, według własnego uznania, zapewne kierując się względami wizerunkowymi i układami. Jak bowiem wytłumaczyć, że firma A dostaje wsparcie, a firma B nie.
Przedsiębiorstwa chwalą więc rząd za rewelacyjną politykę, w kuluarach obiecując pieniądze na polityczne kampanie. Natomiast w swoich firmach robią dalej to samo. Wypłacają sobie milionowe premie, jak co roku, z tą różnicą, że nie jest to procent od wypracowanego zysku, ale procent od podatków skonfiskowanych podatnikom przez rządy. Zarządy wielu firm jednego dnia urządzają sobie rauty w luksusowych SPA, drugiego zwalniając setki ludzi, co tłumaczą kryzysem.
W ten sposób umacnia się socjalistyczno-etatystyczny niewolniczy system wyzyskiwania jednostki przez biurokratów pracujących w rządach, instytucjach międzynarodowych, największych bankach i korporacjach.
Tekst ukazal sie w Najwyzszym Czasie.
Read more »



