Home



Thursday, March 26, 2009

Motobiurokracja

Najlepszą metodą ratunku dla przemysłu samochodowego jest możliwość odliczania pełnego VAT-u od zakupu nowych samochodów, bez względu czy kupowane auto posiada "kratkę", czy też nie.

Od dotacji do nacjonalizacji

Bieżący kryzys unaocznia bezradność polityków, ich niekompetencję oraz wiedzę ekonomiczną zredukowaną do neomarksizmu, a w najlepszym przypadku do prymitywnego keynsizmu.
W ramach walki z kryzysem pojawiają się coraz bardziej absurdalne pomysły ze strony rządzących. Zaczęto od dotowania koncernów samochodowych, czyli pokrywania ich strat, nieefektywnego zarządzania oraz płaceniu za to, aby działały równie źle jak do tej pory. Problem pojawił się wtedy, gdy w kolejce po dotacje zaczęły ustawiać się inne branże.
W sukurs rządowi przyszli demonstrujący związkowcy. Działacze z gliwickiej fabryki Opla zażądali? nacjonalizacji zakładu. Ciekawe, jak miałaby wyglądać nacjonalizacja prywatnej firmy, której roczne przychody to połowa budżetu naszego kraju.
W końcu media podsunęły ministrom kolejny pomysł z bogatej Europy, aby każdemu obywatelowi, który kupi nowe auto wypłacać 1000 euro. Pozostaje tylko czekać, aż po swoje dopłaty ustawią się producenci sprzętu AGD, telewizorów czy rowerów.
A przecież problem przemysłu samochodowego można rozwiązać w znacznie lepszy sposób. Wystarczy przestać oszukiwać samych siebie, że Fiat Panda i Seicento to świetne samochody dostawcze, które zmieniają swoje oblicze z ciasnych osobówek, gdy wmontuje im się między siedzeniami kawałek drutu i blachy.

Kafkę za kratkę

Idiota, który wymyślił przepis, który pozwala na masową produkcję ciężarówek przez ministerstwo finansów, powinien zostać uhonorowany medalem im. Franza Kafki. W swej istocie to genialny biurokratyczny projekt, który pozwala państwu zarabiać na fikcyjnej homologacji i daje zatrudnienie tysiącom nikomu niepotrzebnym urzędnikom.
Do czasu naszego wejścia do Unii przedsiębiorcy mogli odliczać VAT od zakupionych samochodów i paliwa, jeśli ministerstwo finansów uznawało je za samochody ciężarowe. Dzięki absurdalnemu przepisowi, przedsiębiorstwa przebierały w ofertach pseudociężarówek, przerabianych z najzwyklejszych samochodów osobowych. Zagraniczni turyści dziwili się dlaczego co drugie auto w kraju służy do przewożenia dzikich zwierząt, nie znając rzeczywistego powodu montażu osławionych ?kratek?.
Po 1 maja 2004 r. przepisy zmieniły się. Częściowo skończono z fikcją, ukarano jednak przedsiębiorców. W myśl nowego rozporządzenia odliczenie pełnego VAT-u zostało zarezerwowane dla aut, których ładowność przekracza 697 kg dla maszyn pięcioosobowych. Następnie, w sierpniu 2005 r., ograniczono ten przywilej dla samochodów z jednym rzędem siedzeń i pick-up'ów. Jak nie trudno się domyśleć, sprzedaż pick-up'ów bije od tego czasu rekordy.
Nabywcy aut osobowych mogli odliczyć maksymalnie 60 proc., ale tylko 6000 z VAT'u, co oznaczało, że dla auta o wartości ok. 90 tys. złotych brutto, udawało się uratować tylko ok. 1/3 kwoty z rzeczywiście zapłaconej 22 proc. VAT'u.

Powrót absurdu

Na ratunek polskim firmom przyszła znowu biurokracja, tyle, że unijna. Firma Magoora pozwała Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu. W grudniu ubiegłego roku ETS zakwestionował polskie przepisy podatkowe. Urzędy skarbowe będą musiały zwrócić 4 mld złotych zrabowane polskim firmom.
Naturalnie przedsiębiorcy cieszą się, że będą mogli odzyskać swoje pieniądze. Niestety grozi nam powrót absurdu zwanego ?kratką?. Podatnicy, którzy chcą odliczyć VAT, będą musieli mieć świadectwo homologacji, z którego wynika, że auto nie jest osobowe. Ministerstwo finansów nie daje jednak za wygraną i zapowiada, że utrudni odliczanie pełnego VAT-u nowymi przepisami. Niemniej urzędy, które będą wydawały świadectwa koncernom już zacierają ręce.
Producenci też nie narzekają. Z bombonierką i kwiatami ustawiają się w kolejce na schodach ministerstwa, aby za 2-3 miesiące wstawić do salonów nowe modele osobowych ciężarówek. Dealerzy zapowiedzieli, że auta z homologacją będą o kilka tysięcy droższe od tych bez. Producenci kratek też się cieszą ? czas żniw powraca.
Na tym właśnie polega absurdalność biurokratycznej machiny. Gdyby przedsiębiorca mógł odliczyć pełny VAT od każdego samochodu, sprzedaż aut rosłaby mimo kryzysu, bez zbędnych dopłat i dotacji.
Ceny aut firmowych byłyby niższe, bo nie trzeba byłoby płacić, ani za kratkę, ani za homologację.
Wzrosłaby efektywność wykorzystywania samochodów flotowych. Samochody homologowane najczęściej wożą? powietrze. "Ciężarowa" Toyota Yaris, jest rejestrowana do przewożenia 2 osób, zamiast 4, a Mitsubishi Outlander Van dla 4 osób, zamiast dla 7.
Producenci kratek zaczęliby produkować inne elementy, które są potrzebne na rynku.
Bez pracy pozostaliby jedynie urzędnicy. Ale nie oszukujmy się ? to przecież dla nich tworzone są podobne przepisy?

Artykuł został opublikowany w najnowszym Najwyższym Czasie!
Read more »

Wednesday, March 25, 2009

Komentarz dla TVP

Protesty brytyjskich związków zawodowych przeciwko zatrudnianiu robotników z Polski świadczą o tym, że Polacy są bardziej konkurencyjni od swoich kolegów z Wielkiej Brytanii.
Read more »

Tuesday, March 24, 2009

Wywiad w Polskim Radiu

Poszczególne kraje i przedsiębiorstwa oszukują urzędników, zawyżają limity emisji dwutlenku węgla, a potem odsprzedają je na wolnym rynku. To wszystko dzieje się na papierze, nie ma bowiem miarodajnych efektów tej polityki.

Limity zostają na papierze
niedziela, 15 marca 2009

Z Tomaszem Telukiem, dyrektorem Instytutu Globalizacji, autorem książki "Mitologia efektu cieplarnianego", rozmawia Petar Petrović.

Czy kraje, które zobowiązały się do przestrzegania limitów emisji gazów, rzeczywiście się do nich stosują?

Poszczególne kraje i przedsiębiorstwa oszukują urzędników, zawyżają limity emisji dwutlenku węgla, a potem odsprzedają je na wolnym rynku. To wszystko dzieje się na papierze, nie ma bowiem miarodajnych efektów tej polityki. Wydaje mi się, że przedsiębiorstwa i poszczególne rządy nadal będą starały się omijać te wszystkie regulacje i, nie zważając na przepisy, będą szukać sposobów na oszczędzenie tych niepotrzebnych wydatków. Mamy więc do czynienia z klasycznym przykładem błędnego koła. Urzędnicy są oszukiwani przez polityków i przedsiębiorców, fabryki trują jak truły, nie inwestuje się w nowe technologie, bo pieniądze wydaje się na pozwolenia. Gdyby wprowadzić zapisy pakietu klimatycznego, polskie przedsiębiorstwa straciłyby na konkurencyjności, co w szczególności w warunkach kryzysu finansowego, zahamowałoby wzrost gospodarczy i zwiększyło bezrobocie. Gdyby na serio potraktować żądania ekologów, trzeba by zamknąć połowę zakładów na świecie! W gruncie rzeczy nic by to dla klimatu na ziemi nie zmieniło, gdyż wybuch wulkanu Krakatau spowodował wzrost emisji dwutlenku węgla o 50%, w stosunku do tego co emitował przemysł na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

Dlaczego określenie ?globalne ocieplenie? zrobiło taką karierę w mediach?

Tsunami, powodzie, czy erupcje wulkanów, zdarzały się od tysiącleci, nie było wtedy jednak nikogo, kto by przeprowadził z nich spektakularne relacje. Wskutek rozwoju mediów politycy w większym niż kiedyś stopniu straszą społeczeństwa. Obecnie na pierwszy plan wychodzi globalne ocieplenie, choć w latach 70. i 80. mówiono o globalnym oziębieniu. Wszyscy pamiętamy ptasią grypę, która ostatecznie zabiła kilkadziesiąt osób, wirus Ebola, problem roku 2000, dziurę ozonową. Takich haseł możemy znaleźć jeszcze więcej. Służą one do utrzymania status quo polityków, którzy zawsze mogą dzięki walce z tymi "zagrożeniami" robić karierę współczesnych super bohaterów i wybawców ludzkości. Najlepszym tego przykładem jest Al Gore, człowiek, który za swoją działalność dostał nagrodę Nobla. Ten "naukowiec" pisał, że na Śląsku dzieci są sprowadzane do głębokich kopalń, a gdy chcą sprawdzić, czy można już wyjść bezpiecznie na powierzchnię, to wypuszczają kanarki!

Niedawna rozmowa europarlamentrzystów z Vaclavem Klausem pokazała, że Unia Europejska jest postdemokracją, która zmierza w stronę autorytaryzmu, poprawności politycznej i centralnego planowania gospodarczego. Pamiętajmy o tym, że na badania dotyczące zmian klimatu przeznacza się ponad 10 mld dolarów rocznie!

Od kiedy ocieplenie klimatyczne jest przedstawiane jako największ bolączka ludzkości?

Za moment przełomowy w dyskusji nad klimatem można uznać szczyt w Rio, na którym zapadła decyzja, że to właśnie globalne ocieplenie stanie się punktem jednoczącym światową lewicę w walce z kapitalizmem, cywilizacją industrialną, ale także w walce z ludzkim życiem. Wszyscy sygnatariusze tego porozumienia perorowali, że wrogiem planety jest człowiek, którego nie omieszkali porównać do nowotworu, który niszczy środowisko naturalne. Jest to taki sam przejaw głupoty, jak porównywanie globalnego ocieplenia do Holocaustu, czy do wojny jądrowej. Niestety, tego typu retoryka ciągle jest obecna w mediach.

Wydaje mi się, że moda na ekologię bierze się także stąd, że wielu młodych ludzi czuje się zagubionych, odczuwa pustkę duchowości. Zastępowanie Boga mityczną Matką Naturą i uleganie takiej propagandzie, jest chyba największym zagrożeniem dla rozwoju naszej cywilizacji.

Czym jest "mityczny stan naturalny", który tak często przywoływany jest przez ekologów?


Jest to ich najważniejszy dogmat, stan który prawdopodobnie nigdy nie istniał, skończył się bowiem wraz z pojawieniem się pierwszych rodziców. Przeciwko temu mitowi występowali uczeni m.in. w Apelu Heidelberskim, który podpisało kilkanaście tysięcy naukowców, w tym kilkudziesięciu laureatów nagrody Nobla. Innym mitem, w który wierzą ekolodzy jest uznanie człowieka za szkodnika. Jest to o tyle zagadkowe, że sprzeciwia się to zdrowemu rozsądkowi. Powinniśmy się zastanowić nad tym po co nam czysta natura skoro warunkiem jej istnienia jest nasza nieobecność? Najbardziej radykalni ekolodzy głoszą bowiem, że najlepszym stanem dla natury byłoby ograniczenie populacji ludzkiej o 90 proc. Należy się zastanowić, czy ekolodzy rzeczywiście chcą walczyć ze zmianami klimatycznymi i czy chcą polepszać jakość środowiska naturalnego. Sprzeciwiają się oni bowiem jakimkolwiek działaniom, które mogłyby doprowadzić do redukcji emisji gazów cieplarnianych np. poprzez budowanie elektrowni atomowych, czy nowoczesnych technologii zgazowania węgla.

Kolejny mit dotyczy chęci eliminacji ze środowiska substancji, które oni uważają za trujące, zapominając o czym mówił Paracelsus, że: ?Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Odpowiednia dawka czyni truciznę?. Znaczy to, że jakaś substancja może być szkodliwa, ale dopiero po przekroczeniu odpowiedniej dawki. Wmawianie ludziom, że dwutlenek węgla jest trucizną, jest przejawem skrajnej głupoty, dla każdego kto miał lekcje chemii w szkole podstawowej. Bez efektu cieplarnianego temperatura na Ziemi wynosiłaby minus 17 stopni, co nie dopuściłoby do rozwinięcia się na niej życia. Za efekt cieplarniany w największym stopniu odpowiedzialna jest para wodna mórz i oceanów, żeby go powstrzymać powinniśmy więc osuszać wszystkie zbiorniki wodne. Przecież to jest kompletny absurd?

Jeśli chodzi o tzw. kraje Trzeciego Świata to wykorzystują one lotne hasła, by zapewnić sobie dodatkowe źródła finansowania. Wmawiają więc światu, że ze względu na zmiany klimatyczne zaraz znikną z powierzchni ziemi. Problemem tych krajów nie jest jednak brak dotacji, tylko brak rządów prawa. Dla państw rozwiniętych przeznaczanie pomocy materialnej jest korzystniejsze niż głębsza reforma światowego handlu. Obawiają się one otwarcia swoich rynków na kraje ubogie, dlatego wolą rzucać "ochłapy" skorumpowanym politykom z mniejszych państw, niż polepszyć byt ich społeczeństw.

Jak pan ocenia polską politykę energetyczną?

Za rządów Jerzego Buzka była szansa na oderwanie się od rosyjskiej zależności energetycznej, została ona jednak zaprzepaszczona. Obecna sytuacja zagraża naszej suwerenności, Rosja prowadzi agresywna politykę i wymusza pewne decyzje polityczne poprzez przykręcanie kurka z surowcami. Tę sytuację powinniśmy jak najszybciej zmienić poprzez dążenie do jak najszerszego dywersyfikowania wszystkich surowców. Dopóki tego nie uczynimy, nie możemy wprowadzać tak drastycznych regulacji, jak te zapisane w pakietach klimatycznych. Również polityka energetyczna prowadzona przez UE nie jest w interesie polskiej racji stanu. Gazociąg Północny, jeden z unijnych filarów strategii energetycznej, jest tego najlepszym przykładem.

Źródło: http://www.polskieradio.pl/publicystyka/opinie/artykul90861.html

Read more »

Monday, March 23, 2009

Wypowiedź dla Panoramy

Być może protekcjonizm wydaje się krótkoterminowo atrakcyjny, jednak w długim okresie regulacje okażą się niekorzystne dla wprowadzających je państw oraz dla rynków i konsumentów.
Read more »

Wypowiedź dla Polsatu

Cyfryzacja musi przyspieszyć. Jesteśmy w ogonie Europy, a w 2010 r. wyprzedzi nas Białoruś, która zapowiedziała uruchomienie telewizji naziemnej na 80 proc. powierzchni kraju.
Read more »

Friday, March 13, 2009

Schyłek ery lichwiarzy

Rosnąca liczba globalnych oszczędności powoduje, że ludzie zaczynają omijać sektor bankowy szerokim łukiem i zaczynają pożyczać sobie nawzajem, bez zbędnych pośredników. W biedniejszych krajach, drogie kredyty bankowe są stopniowo wypierane przez mikropożyczki.

W 2007 r. polski sektor bankowy zarobił na czysto blisko 14 mld złotych, prawie 30 proc. niż rok wcześniej. To nietypowa tendencja w krajach rozwijających się i być może ostatnie tak bogate lata dla bankowców. W Peru czy Bośni, mali i średni przedsiębiorcy wolą czerpać z funduszy mikropożyczkowych, z których korzysta już 3-4 proc. populacji. Popularność Internetu pozwala globalizować się rynkowi pożyczek wzajemnych. Dziś nie wychodząc z domu, można stać się dobroczyńcą potrzebującego przedsiębiorcy z Czarnej Afryki.

Internetowa umowa

Poprzez serwis Kiva.org drobne pożyczki najmniejszym przedsiębiorcom udzieliło już blisko 300 tys. osób na kwotę prawie 40 mln dolarów. Pieniądze nie są oprocentowane. Korzyścią jest ogromna satysfakcja, że zamiast ryby, daje się wędkę. Kiva znaczy w języku Suahili ?umowa?. Potrzebujący dotrzymują umów. Jednie 1,5 proc. to złe, niespłacone, zobowiązania.
Hanna Eshun mieszka w Ghanie. Sprzedaje na targu mąkę, jaja i fasolę. Ma męża i trójkę dzieci. Chciałaby rozwinąć biznes i potrzebuje gotówki. Potrzebuje 350 dolarów na 7 miesięcy, kwotę kosmiczną jak na lokalne warunki. Dzięki pomocy Christian Rural Aid Network (CRAN), szybko znajdzie dawców kapitału. Takich jak Agnieszka, która mieszka w Sacramento, w Kaliforni i studiuje medycynę. Agnieszka uważa, że każdy dolar może pomóc.
Kiva współpracuje z 88 lokalnymi partnerami, takimi jak CRAN, z 42 krajów. Najmniejszą sumą, jaką można komuś pożyczyć jest 25 dolarów.
Pożyczają głównie Amerykanie, którzy są nie tylko wrażliwi społecznie, ale wiedzą jak działa wolnorynkowy kapitalizm. Jak twierdzi wybitny ekonomista Hernando de Soto, kredyt jest kluczowym komponentem gospodarki rynkowej. Mikropożyczka jest lepsza dla przedsiębiorcy od kredytu komercyjnego, który nie musi płacić wysokich odsetek bankowi. Dla pożyczkodawcy jest to znacznie bardziej satysfakcjonująca działalność charytatywna od darowizny. Dający pieniądze może być pewien, że dzięki jego kapitałowi, pożyczający staje się coraz bardziej samodzielny i staje na nogi. Być może kiedyś to on będzie pożyczał innym potrzebującym.

Wędka zamiast ryby

Kraje grupy G8 zamierzają przeznaczyć na pomoc krajom ubogim 50 mld dolarów do 2010 i anulować zadłużenie krajów Trzeciego Świata. Mimo, że co roku do krajów ubogich trafiają miliardy dolarów, głodujących nie ubywa, a za międzynarodową kasę kupuje się broń i umacnia autorytarne reżimy lokalnych watażków.
Muhammad Yunus, założyciel Grameen Bank i zdobywca pokojowej Nagrody Nobla w 2006 r., uważa, że charytatywne rozdawnictwo tylko pozwala przetrwać istniejącej biedzie. Kluczowe dla przerwania błędnego koła ubóstwa jest wyzwolenie w ubogich mechanizmu przedsiębiorczości, szczególnie niepiśmiennych czy kobiet. Aż 77 proc. pożyczkobiorców systemu Kiva.org to kobiety. System mikropożyczek naprawdę działa. Dochody już połowy klientów Grameen Bank przekroczyły umowny próg ubóstwa!
Według danych instytucji zrzeszających pożyczkodawców rynek mikropożyczek podwaja się co 7 lat. UNDP szacuje globalny popyt na mikropożyczki na 0,5 mld gospodarstw domowych. Rynek mikropożyczek szybko wykreował nowe produkty znane z tradycyjnych rynków, takie jak mikroleasing czy mikroubezpieczenia, niedostępne dla małych przedsiębiorców w tradycyjnych bankach.
Finanse w skali mikro mają wiele zalet. Nie tylko znacznie mniejsze oprocentowanie (lub jego całkowity brak), czy elastyczne warunki spłaty. Największym plusem jest brak pazernych pośredników i zbędnej biurokracji. Nie jest to bez znaczenia w świecie, w którym 2/3 populacji globu wciąż nie posiada konta bankowego.
W ten sposób biedota uwalnia się od łupiącego kieszeń rządu, lichwiarza, banków, sądów, komorników i lombardów. Rodzina korzystająca z mikropożyczek zwiększa swoją wiedzę ekonomiczną ? uczy się skutecznych zasad zarządzania firmą, a następnie dzieli się swoją wiedzą z rodziną, członkami wspólnoty i dziećmi, które mają od tej pory większą szansę wyrwać się z objęć niedostatku.

BRIC omijają zachód

Kraje o niskich dochodach mają już dość ?pomocy? zachodu, która zamyka się w tworzeniu nowych charytatywnych programów, agend i projektów, a w rzeczywistości: kolejnych posad i szczebli kariery dla starzejących się urzędników.
Finansiści przewidują, że kluczową rolę w wyciąganiu z biedy nie odegrają potęgi, takie jak Unia Europejska czy Stany Zjednoczone, które hamują globalizację za pomocą blokowania liberalizacji rynków w ramach Światowej Organizacji Handlu, lecz dynamicznie rozwijające się kraje BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny). Już za kilkadziesiąt lat kraje BRIC zdetronizują kraje zachodu w wyścigu ekonomicznym. Te dynamicznie rozwijające się społeczeństwa należą do najmłodszych w świecie, mogą pracować ciężej i nie krąży nad nimi widmo kryzysu demograficznego.
Według CATO Institute kraje rozwijające się dysponują nadwyżkami rzędu 2 trylionów dolarów. Chiny zainwestowały już ponad miliard dolarów rocznie w Afryce. 600 mln dolarów pomocy dostała od Chińczyków Kambodża. W Afryce aktywna jest także Rosja, otwierając sobie drogę do tamtejszych złóż surowcowych. Brazylia jest adwokatem słabych krajów na forum międzynarodowym w kwestiach własności intelektualnej i ograniczenia eksploatacji bogactw naturalnych przez ponadnarodowe korporacje. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczebność klasy średniej w Indiach podwoiła się, a bogaczy przybyło ponad czterokrotnie.
Biedni emancypują się i niedługo, dzięki nowym technologiom informacyjnym i łatwiejszemu dostępowi do kapitału mikropożyczkowego, uniezależnią się od wpływów zachodu. Podczas, gdy nasycenie rynku telefonii komórkowej wyniosło miliard w ciągu 12 lat, osiągnięcie drugiego miliarda zabrało już dwa i pół roku. 82 proc. nowych abonentów stanowili mieszkańcy BRIC i krajów o niskich dochodach. Liczba użytkowników komórek w Afryce potroiła się w ciągu ostatnich dwóch lat.
Innymi graczami na rynku dawców kapitału dla ubogich są bogaci arabscy szejkowie, będący hojnymi sponsorami krajów islamskich oraz organizacje pozarządowe. Darowizna sławnego inwestora giełdowego Warrena Buffeta dla Fundacji Billa i Melindy Gatesów wynosząca 31 mld dolarów, to przecież więcej niż PKB przeszło 40 najbiedniejszych krajów świata.

Pomoc popłaca

Według Mircrofinance Information Exchange liczba mikropożyczkobiorców na całym świecie przekroczyła już 100 mln inicjatyw i stale rośnie. Ta forma pozyskiwania kapitału jest najpopularniejsza w Południowej Azji, Wschodniej Azji, Ameryce Łacińskiej i Afryce. Średnia wartość pożyczki waha się od niespełna 100 dolarów w ubogich regionach Południowej Azji do 850 USD w Ameryce Łacińskiej.
Podczas, gdy w Europie Wschodniej mikropożyczki dopiero zdobywają rynek, w Bangladeszu niemal co 10 obywatel zadłuża się właśnie w ten sposób. Pożyczkodawcami są głównie lokalne unie kredytowe i organizacje pozarządowe. Tylko w Indiach i Pakistanie w rynek aktywnie angażują się banki.
Przedsiębiorcom zatruwa życie brak odpowiednich regulacji. Największe braki legislacyjne występują w Chinach. Specjaliści od mikrofinansów szacują jednak, że w przyszłości banki staną jednymi z głównych dostawców kapitału pożyczkowego w mikroskali, podczas, gdy obecny udział banków w rynku przekracza 10 proc. (najaktywniejsze są organizacje pozarządowego ? 50 proc. udziału w rynku).
Niektóre banki już teraz specjalizują się w pożyczaniu niewielkich kwot np. Mibanco w Peru, K-REP w Kenii, Banco Caja Social w Kolumbii czy Bonco Pichincha w Ekwadorze. Niektóre z nich, jak Bank Rakyat z Indonezji czy brazylijski Banco de Nordeste są bankami państwowymi.
Rynek mikropożyczek prawdopodobnie czeka więc komercjalizacja, z tym, że przewagę z pewnością będą miały mniejsze banki, niszowe, bardziej wyspecjalizowane, lepiej znające lokalną specyfikę i zwyczaje. Niewykluczone, że banki będą tylko dostarczać kapitał przedsiębiorcom, natomiast ich obsługą zajmą się jak teraz NGO?sy.
Wzrastająca popularność mikropożyczek zmieni obraz rynku kredytów. Na rynku pojawią się nowe produkty i zwiększy się konkurencja. Wówczas po kredyty konsumpcyjne będą ustawiać się tylko bogaci. Biedniejsi dostrzegą, że kredyt naprawdę sporo kosztuje, a kupowanie czegoś, na co po prostu nas w danej chwili nie stać, nie ma ekonomicznego sensu. Dzięki mikropożyczkom najmniejsi przedsiębiorcy dowiadują się, że opłaca się inwestować, a kapitał, jeśli nie jest drogi, jest kluczowy dla rozwoju każdej firmy.

Tekst ukazał się w najnowszej Gazecie Polskiej

Read more »

Thursday, March 12, 2009

Ani libertarianin, ani konserwatysta

W jednym z ostatnich numerów NCzasu! redakcja zafundowała czytelnikom kuriozalny tekst Włodzimierza Kowalika pt. "Bóg też jest libertarianinem!". Cóż, postarajmy zrozumieć się autora, co skłoniło go do postawienia tej rewolucyjnej tezy.

Bóg jest Bogiem, a nie konserwatywnym liberałem, ani tym bardziej marksistą. Starając zrozumieć intencję autora, rozumiem, że na pewnym etapie życia, człowiek stara się uporządkować swój światopogląd. Aby usunąć z niego sprzeczności, musi skonfrontować swoje wyobrażenia polityczne z wyznawaną religią. Niestety częściej dzieje się tak, że dostosowuje swoją religię do światopoglądu politycznego, czyli odwrotnie. Żeby było jasne, sam nie jestem bez winy. W wielu fragmentach mojej książki pt. "Libertarianizm", popełniłem ten sam błąd, dlatego zabieram się do jej wznowienia, z wielu krytycznymi uwagami wobec siebie i libertarianizmu. Miejmy jasność, że moja uwaga nie odnosi się wyłącznie do libertarianizmu. Wielu konserwatystów staje się tradycjonalistami, nie dlatego, że wynika to z ich głębokich przekonań religijnych, lecz dlatego, że religia staje się kolejnym elementem ich konserwatyzmu, takim jak tęsknota za królem czy silnym państwem. Podobnie ma się z lewakami, którzy uważają, że katolicyzm to w zasadzie kolejna wersja socjalizmu, a "Jezus był lewicowcowcem", bo "olewał własność, dzielił się z innymi jedzeniem i krytykował bogatych". W ten sposób tworzą nam się kolejne nurty filozofii polityki, jak libertarianizm chrześcijański, konserwatywny tradycjonalizm, czy teologia wyzwolenia. Nurtów, które wzbogacają filozofię, czasami jednak zniekształcając religię.

Wolność-tak, anarchia-nie

Oczywiście formowanie się Kościoła Katolickiego odbywało się w dużej mierze na płaszczyźnie woluntarystycznej (pomijając te okresy, w których dominował sojusz ołtarza i tronu). Natomiast wiele zarzutów dotyczących libertarianizmu ? promowanie egoizmu, amoralności czy jego utopijności jest słuszne. Wystarczy zapoznać się np. z otwarcie promującą egoizm filozofią Ayn Rand, która wyznawanie katolicyzmu uważała za przejaw choroby psychicznej. Filozofia Rand, dla katolika mającego w sercu służbę bliźniemu wyrażającą się w altruizmie, jest nie do przyjęcia. Jeśli chodzi natomiast o amoralność, to wystarczy przypomnieć teorie Murraya Rothbarda czy Jaya Narvesona na temat aborcji. Obaj panowie traktowali płód jako intruza wdzierającego się w ciało matki, która to może zadecydować czy go żywić czy usunąć. Nie trzeba więc tłumaczyć, dlaczego katolik powinien odrzucać taką filozofię. Jeśli chodzi o utopijność, libertarianizm jest naturalnie kolejną synkretyczną utopią, ale taką samą jak socjalizm, czy konserwatyzm! Słusznie zauważył Hans Herman-Hoppe w książce ?Teoria Socjalizmu i Kapitalizmu?, że konserwatyzm to socjalizm burżuazyjnego establishmentu. Regulacje pozostają bowiem te same, zmieniają się natomiast kryteria ich wprowadzania: zamiast egalitaryzmu ? elitaryzm, zamiast postępu ? regres. Natomiast jeśli chodzi o prawidłowość pewnych elementów libertarianizmu, należy ich szukać, ale nie tam, gdzie robi to autor tezy, o pewnym światopoglądzie wyznawanym przez? samego Boga. O konieczności naprawiania świata przypominał nam przecież Jan Paweł II w encyklice Sollicitudo rei, socialis: "Kto by chciał odstąpić od trudnego, ale wzniosłego zadania polepszania losu całego człowieka i wszystkich ludzi pod pretekstem ciężaru walki i stałego wysiłku przezwyciężania przeszkód czy też z powodu porażek i powrotu do punktu wyjścia, sprzeciwiałby się woli Boga Stwórcy".

Kościół Katolicki nie jest libertariański

Włodzimierz Kowalik ma momentami słabe rozeznanie w tym, o czym próbuje pisać. Pokuta nie jest karą za popełniane grzechy. Postulat likwidacji państwa nie jest odrzucany przez katolików wskutek "braku historycznych potwierdzeń jego wykonalności", lecz z powodu jego niekatolickości. W spuściźnie Najświętszej Matki Kościoła Katolickiego nie znajdziemy ani postulatu zniesienia państwa, ani postulatu tworzenia prawa na podstawie konkurujących ze sobą systemów etycznych, tak charakterystycznego dla anarchokapitalizmu. W tradycji Nowego Testamentu jest fragment Listu do Rzymian autorstwa św. Pawła, w którym apostoł określa obowiązki chrześcijan. Jednym z obowiązków jest posłuszeństwo wobec władzy świeckiej. "Każdy niech będzie poddany władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy ? przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili ściągną na siebie wyrok potępienia" (Rz 13, 1-3). W dalszej części swojego natchnionego wywodu św. Paweł doskonale wyjaśnia Boży zamysł. Tłumaczy, że rządzący są postrachem dla złych uczynków, a nie dobrych. Ten, kto czyni dobrze nie musi bać się władzy. Zaś na czyniących zło, władza nosi miecz. Dobry człowiek nie musi obawiać się państwa, dopóki czyni dobrze. Inna sprawa, że współczesne państwo uległo przeogromnej degradacji. Weźmy na przykład kwestie podatkowe. W wizji Marii z Agredy zawartej w książce pt. "Mistyczne Miasto Boże", dotyczącej rodziny Matki Boskiej, odnajdujemy przykład, gdy Święta Rodzina oddawała 1/3 dochodów na ubogich, 1/3 na kościół, a 1/3 zostawiała sobie. Obecnie państwo konfiskuje rodzinom co najmniej 50 proc. dochodów. Bycie szczodrym jest współcześnie znacznie trudniejsze.

Ideologia w szponach diabła

Wydaje się, że więc, że problem leży w tym, aby nasza wiara nie stawała się kompromisem ze względu na wyznawaną ideologię. Z drugiej strony pewne elementy pozytywne, z punktu widzenia chrześcijaństwa, można znaleźć nawet w socjalizmie (wrażliwość ? co prawda specyficznie pojmowana), troska o bliźniego, postulaty solidarności dotyczące poprawy najgorzej sytuowanych itd. Za daleko idą jednak, ci którzy w ideologiach szukają tylko wpływów szatana, jak publicyści Radia Maryja określający libertarianizm jako satanizm polityczny. Niemniej istnieją nurty libertarianizmu, które można tak określać. Na przykład lewacki, ateistyczny agoryzm. Bonifacius Günther CCD w książce "Szatan istnieje naprawdę", podaje kilka elementów, dzięki którym jest możliwe rozpoznanie dzieła szatana. Jednym z nich jest negacja Boga, Chrystusa i Ewangelii, bunt, egoizm, obłuda i rozpacz ostateczna. Najwięcej takich elementów znajdziemy w anarchizmie i marksizmie, dlatego tych ideologii chrześcijanin winien wystrzegać się w pierwszej kolejności. Jak rozumiem, autor omawianego artykułu, próbował zwrócić uwagę konserwatystom, że w swym woluntaryzmie libertarianizm jest bardziej chrześcijański, niż np. monarchizm odwołujący się do scalania wiary i polityki. Myślę, że wobec tego co napisałem powyżej rozważanie czy Kościół Katolicki jest libertarianizmem, czy konserwatyzmem nie ma żadnego sensu, ponieważ nie jest ani pierwszym, ani drugim. Dla katolika światopoglądem jest katolicyzm, a poglądy na politykę ? jedynie nic nie znaczącym dodatkiem.

Read more »

Wednesday, March 04, 2009

Państwo a Polacy

Polityka międzynarodowa Polski i jej konsekwencje, zmuszają do zadania pytania o funkcje państwa oraz jego obowiązki i zobowiązania wobec obywatela.

Tragedia, która wydarzyła w Pakistanie, gdzie w bestialski sposób zamordowanego naszego rodaka po kilku miesiącach niewoli, musi każdemu z nas podsuwać zasadnicze pytanie: co wynika z tego, że jesteśmy obywatelami państwa polskiego? Na jakie korzyści możemy liczyć przez całe życie utrzymując owo państwo naszymi podatkami? I wreszcie: jakie obowiązki ma Polska wobec każdego z nas?

Monopol na przemoc

Jeśli państwo istnieje, jego cechą jest monopol na używanie przemocy. Monopol na przemoc, pozwala na skuteczne sprawowanie funkcji egzekwowania prawa oraz zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Naturalnie nowoczesne państwo może cedować określone funkcje firmom prywatnym. Takim przykładem, znanym z USA, są prywatne więzienia, czy prywatne armie np. osławiona Blackwater. Nie zmienia to faktu, że system sprawiedliwości czy prowadzenia wojen, nie tylko nie zostaje sprywatyzowany, ale państwo nadal pozostaje monopolistą w obu przypadkach. Na nim spoczywa więc ciężar odpowiedzialności za prawidłowe sprawowanie swoich funkcji.
Przejdźmy więc do meritum. W przypadku porwania w niewolę polskiego obywatela, państwo polskie miało psi obowiązek użyć wszelkich dostępnych środków, włącznie z działaniami wojennymi, aby nasz rodak cały i zdrowy wrócił do domu. Zapewne każdy, kto płaci podatki, oczekuje, że gdy wpadnie w tarapaty za granicami naszego kraju, państwo przyjdzie mu z pomocą, nie zostawi na pastwę losu i pozwoli bandytom na bezkarny mord. Jest to żądanie naturalne, które musi się pojawić. Stawia bowiem pytanie fundamentalne o sens bycia obywatelem Polski. O wartość życia każdego obywatela dla rządu. O wywiązywanie się państwa z podstawowej funkcji zabezpieczenia bezpieczeństwa swoim obywatelom.

Bliżej Rosji niż USA

Oczywiście można filozofować, czy praca tego biednego człowieka była obarczona ryzykiem, czy zatrudniająca go firma nie potrafiła zapewnić mu bezpieczeństwa. Jednak rozumując w ten sposób zamykalibyśmy się w domu i w cale nie podejmowalibyśmy ryzyka, bowiem teoretycznie za każdym wyjazdem zagranicznym kryje się potencjalne niebezpieczeństwo.
Pytanie jest innego gatunku. Czy Polsce bliżej do Rosji, gdzie pojedynczy człowiek jest dla państwa g? wart? Mieliśmy przykłady wielu akcji zbrojnych Rosji, w których obywatele tego kraju traktowani byli jak mięso armatnie. Czy bliżej Polsce do Stanów Zjednoczonych? Zapewne można sobie wyobrazić, że w przypadku uwięzienia obywatela Stanów Zjednoczonych, służby specjalne w którymś momencie przerwałyby tę trwającą kilka miesięcy gehennę. Nie ważne czy wylądowałby w górach oddział komandosów i odbił napastników, czy odzyskana wolność byłaby przedmiotem układu lub targu.
Gdy jednak Radek Sikorski, znający skądinąd tamtejsze realia, przekonuje, że rząd Polski nie jest stroną tego konfliktu, lecz rząd Pakistanu, a premier Tusk dopowiada, że nie będzie negocjował z terrorystami, to wygląda na to, że obywatelstwo polskie jest warte tyle, co pojedynczy obywatel dla Kremla. Czyli, że bliżej nam jednak do rosyjskiego traktowania jednostki.
Z zażenowaniem można teraz posługa spolegliwych dziennikarzy na usługach rządu, tych który swój prestiż budują na gadaniu i kumplowaniu się z politykami. Oczywiście, nic nie dało się zrobić. Rząd zrobił wszystko, tylko dla naszego dobra nam nie powie, a w ogóle to są zupełne inne uwarunkowania kulturowe. Ale winnych na pewno złapiemy. Skoro złapiemy, może można było zapobiec zbrodni?

Agresywna polityka rządu

Zapewne jest to także dobry moment na zadanie pytania, jakiego rodzaju politykę prowadzi państwo polskie, narażając na szwank bezpieczeństwo swoich obywateli? Naturalnie trzeba zapytać o sensowność łożenia miliardów złotych na prowadzenie przez polskie oddziały działań wojennych w Iraku i w Afganistanie (a także w innych miejscach globu), gdy równie dobrze owe miliardy można było wydać z większym pożytkiem na jałmużnę dla sierot, wdów i chorych.
Gdy poprzednie rządy wysyłały ochoczo pierwsze oddziały do Iraku, w ustach polityków i sekundujących im dyżurnych komentatorów pojawiały się zasadniczo trzy argumenty. Pierwszy, najbardziej skandaliczny, to korzyści ekonomiczne, które Polska miała uzyskać za udział w okupacji Iraku. Powiedzmy to sobie wprost: nasi żołnierze jechali tam, aby w razie czego zabijać i ginąć, po to aby jakaś firma, która ma układy z rządem, podpisała jakiś parszywy kontrakt budowlany! Czy można sobie wyobrazić bardziej perfidny argument? Zabijać po to, żeby zarobić. Oczywiście Pan Bóg, tak wszystkim pokierował, że żołnierze wracali w trumnach do kraju, a dolary ominęły rodzime firmy szerokim łukiem.
Kolejnym argumentem było podniesienie rzekomego prestiżu Polski na arenie międzynarodowej. To akurat można skwitować krótko, że najbardziej na prestiżu zyskali polscy zakładnicy, czego byliśmy świadkami w przypadku inżyniera-geologa.
Naturalnie przytaczany był jeszcze jeden arcyważny argument, że staniemy się najbliższym sojusznikiem USA, które być może zniosą nam kiedyś wizy. Owe zniesienie wiz było bardzo potrzebne politykom, aby emigranci poprawili wskaźniki bezrobocia. Z wizami jest jak było.

Nie w moim imieniu

Nie dziwmy się zatem, że prowadząc agresywną politykę międzynarodową, stajemy się coraz częściej celem ataków ze strony terrorystów. Zapewne nie będzie tak, że jeśli nie będziemy zabijać w Afganistanie i Iraku, to kiedyś terroryści opanują Warszawę i zaczną dyktować nam warunki. Większe prawdopodobieństwo, że Warszawa stanie się celem ataku, pojawi wtedy, gdy agresywna polityka będzie kontynuowana.
Podczas, gdy rząd wystawia na szwank bezpieczeństwo swoich obywateli, w swojej całej niekonsekwencji nie tylko naraża każdego z nas, ale nie potrafi wywiązać się z obowiązku zabezpieczenia naszego bezpieczeństwa. Traktuje nas, bez naszej woli, jak owych żołnierzy, którzy są tylko armatnim mięsem polityków.
Nie wiem, jak można było uratować Polaka. Może trzeba było rozpisać międzynarodowy przetarg wśród prywatnych armii z całego świata, na uwolnienie rodaka? Myślę, że na ten cel opodatkowałaby się większość Polaków, a chętnych rozwiązania problemu nie brakowałoby. Może wygrałaby osławiona Blackwater, mająca 100 proc. skuteczność w ochronie swoich klientów? Jako obywatel nie życzę sobie jednak, żeby polityka okupacyjna i mieszania się w cudze wojny domowe była kontynuowana.

Zagrożenie wewnętrzne
Jeszcze gorzej wygląda traktowanie obywatela przez państwo w kraju. Nie dość, że rząd nie jest skutecznie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom, ponoszącym koszty jego utrzymania, to często zamienia się w agresora.
Polska policja goniąca bandytów wysłużonymi polonezami, funkcjonariusze piszący raporty na archaicznych maszynach do pisania, umarzane śledztwa pod byle powodem, świadczą o tym, że państwowy monopol na bezpieczeństwo wewnętrzne, nie jest w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec obywatela.
Natomiast wiele głośnych sprawa np. Kluski czy Olewnika, pokazuje, że aparat biurokratyczny nie tylko nie jest sojusznikiem obywatela, ale jawnie występuje przeciw niemu. Jak łatwo zniszczyć w Polsce uczciwą firmę lub przedsiębiorcę, wie każdy, nie tylko analitycy, którzy umieszczają nasz kraj w gronie państw, gdzie wolność gospodarcza praktycznie nie istnieje.
Fakt, że państwowa policja, prokuratura i politycy mogą być winnymi współudziału w porwaniu, morderstwie i próbie przejęcia prywatnej firmy, muszą budzić postrach szarego człowieka i kazać jeszcze raz przemyśleć wzajemny stosunek państwa i obywatela. W Polsce instytucja państwa uległa wyjątkowej degradacji.

Read more »

Raport większości

W najnowszym raporcie na temat zmian klimatu 650 najwybitniejszych autorytetów z dziedziny nauk o Ziemi, podważyło przypisywanie człowiekowi wywoływanie efektu cieplarnianego.

Najnowszy 231-stronnicowy raport firmuje aż 650 sław z dziedziny meteorologii, fizyki, chemii, geologii, geofizyki i ochrony środowiska. Jest to grupa naukowców dwunastokrotnie większa od pracujących dla Międzynarodowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC ? International Panel on Climat Change) przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Obecnie coraz mniej akademików popiera badania prowadzone pod auspicjami tej organizacji.

Skandal stulecia

Raport, który został złożony pod koniec grudnia 2008 r. w Senacie Stanów Zjednoczonych, ma wpłynąć na politykę wobec zmian klimatu, nowej administracji powstałej po zeszłorocznych wyborach prezydenckich za oceanem.
Publikacja zawiera najnowsze naukowe dane, które podważają dotychczasowe prace IPCC. Według komentatorów, wkrótce może wybuchnąć olbrzymi skandal korupcyjny, którego rozmiary mogą być większe od skandalu wokół programu ?Ropa za żywność?, jeśli okaże się, że straszenie opinii publicznej efektami efektu cieplarnianego, było tylko pretekstem do wyłudzania olbrzymich środków finansowych. Szacuje się, że na badania nad zmianami klimatu podatnicy przeznaczali co najmniej 10 mld dolarów rocznie, z czego w większości pieniądze te szły na udowodnienie tezy o gwałtownym ocieplaniu się klimatu wskutek działalności człowieka.
Tymczasem, według Światowej Organizacji Meteorologicznej, rok 2007 r. był najzimniejszy od dekady, a kolejne lata mogą być coraz chłodniejsze. ? Ile lat ziemia musi się oziębiać, zanim zrozumiemy, że planeta się nie ogrzewa? ? pyta w raporcie dr David Gee, przewodniczący Międzynarodowego Kongresu Geologicznego.
Dr Kiminori Itoh z Japonii, członek IPPC nie pozostawia wątpliwości: ?Obawy związane z globalnym ociepleniem są największym skandalem w historii (?) Kiedy ludzie dowiedzą się jaka jest prawda, poczują się oszukani przez naukę i naukowców?.
?Jestem sceptykiem. (?) Globalne ocieplenie stało się nową religią? ? podsumowuje prof. Ivan Giaever laureat Nagrody Nobla z dziedziny fizyki.

Głos rozsądku

Raport kwestionuje rzetelność dotychczasowych badań nad zmianami klimatu. Prognozy IPCC opierają się wyłącznie na modelach matematycznych, dodatkowo nie uwzględniających np. aktywności słońca. Tymczasem właśnie aktywność słońca powinna być kluczem do zrozumienia zjawisk klimatycznych. Badania prowadzone na 750-letnim lodowcu w górach
Ałtaj jednoznacznie stwierdziły, że zmiany w powłoce lodowcowej były związane z aktywnością słońca. Z kolei uczeni rosyjscy odrzucają tezę, że efekt cieplarniany powodowany jest przez dwutlenek węgla.
Naukowcy zwracają uwagę, że wzrost poziomu mórz zatrzymał się w 2005 r. Natomiast kluczowe dla dalszych badań nad zmianami klimatu, będzie włączenie do obliczeń najzimniejszych terytoriów globu ? Syberii. W Kanadzie 68 proc. z 51 tys. naukowców odrzuca obecny kompromis w kwestii efektu cieplarnianego. Przekonanie o apokaliptycznych skutkach efektu cieplarnianego odrzuciło też 2/3 uczestników niedawnego Międzynarodowego Kongresu Geologicznego, który miał miejsce w Norwegii w 2008 r.
Z racji powyższych faktów międzynarodowa społeczność naukowa wezwała IPCC, do zaprzestania praktyki bezkrytycznego propagowania poglądu o efekcie cieplarnianym wywołanym działalnością człowieka.
Sceptycyzm odnośnie zmian klimatu jest już stale obecny w amerykańskiej prasie głównego nurtu, nie tylko na łamach konserwatywnego ?Washington Post?, ale także w liberalnym ?New York Times?.

Czy można kupić prawdę?

Jeszcze niedawno pogląd, że globalne ocieplenie stanowi największe zagrożenie w historii ludzkości, był niereformowalnym dogmatem. Al Gore w filmie ?Niewygodna prawda? posunął się nawet to stwierdzenia, że liczba naukowców kwestionująca efekt cieplarniany wynosi zero. Ekolodzy swoich adwersarzy oskarżali, że działają w interesie lobby energetycznego i faktycznie niektóre działania były finansowane przez firmy prywatne np. koncern ExxonMobile. Były to jednak środki nie stanowiące nawet ułamka budżetów dostępnych dla propagujących katastroficzne tezy o skutkach efektu cieplarnianego. Obrońcy środowiska dysponowali bowiem nieograniczonym budżetami, na które składali się podatnicy z wszystkich krajów świata.
Czy prawda jest jednak po stronie tych, którzy mają więcej pieniędzy? Na szczęście czas kruszy sumienia ludzi nauki. Dowodzi tego wypowiedź Dr Joanne Simpson, byłego pracownika NASA, pierwszej kobiety na świecie, która uzyskała tytuł naukowy z meteorologii: ?Od kiedy nie jestem związana z żadną organizacją otrzymującą finansowanie, mogę rozmawiać szczerze. (?) Jako naukowiec jestem sceptykiem [w kwestii zmian klimatu wywoływanych przez człowieka ? przyp. autora]?.
Dr William M. Briggs, który pracował w Komitecie Prawdopodobieństwa i Statystyki Amerykańskiego Towarzystwa Meteorologicznego, opowiedział, że wszystkim, którzy podważali obowiązującą teorię globalnego ocieplenia, spotykał ?horror?, a ich zwierzchnicy i wydawcy szokowali nieetycznymi zachowaniami.
Z tych samych względów szeregi Greenpeace opuścił fiński naukowiec dr Jarl R. Ahlbeck. Z kolei Stanley B. Goldenberg z prestiżowej organizacji badającej huragany, kampanię ekologów prowadzoną w mediach określił mianem ?kłamstwa?.

Co mówi nauka

Prof. Geoffrey G. Duffy z Uniwersytetu Auckland z Nowej Zelandii, uważa, że podwojenie, lub nawet trzykrotne zwiększenie obecnych emisji dwutlenku węgla, nie będzie miało żadnego wpływu na klimat. Portugalski profesor Dolgado Domingos, uznaje ideologię lansującą niebezpieczeństwo ze strony dwutlenku węgla, jako ?niebezpieczny nonsens? oraz ?instrument społecznej kontroli?. ?Emisje dwutlenku węgla są bez znaczenia. Wszyscy naukowcy to wiedzą, ale za tą wiedzę nikt nie zapłaci? ? ujawnia Dr Takeda Kunihiko, wiceprezes Instytutu Nauki i Badań Technologicznych na Uniwersytecie Chufu w Japonii. Podobnego zdania jest człowiek, który postawił nogę na Księżycu ? astronauta i geolog Jack Schmidt: ?Lęk przed globalnym ociepleniem jest używany jako polityczne narzędzie, służące zwiększeniu kontroli rządu nad życiem, dochodami i podejmowaniem decyzji przez Amerykanów?.
Z kolei Miklos Zagoni, prominentny węgierski fizyk i początkowo entuzjasta Protokołu z Kioto, zmienił zdanie, dochodząc do wniosku, że natura posiada wystarczająco sprawne mechanizmy, aby utrzymywać się w równowadze. Zapoznając się z metodologią prac w IPCC, z tą organizacją pożegnali się m.in. Dr Philips Lloyd z RPA i holenderski meteorolog Hajo Smit. Skąd ten odwrót? Tłumaczy to amerykański fizyk James A. Peden: ?Wielu [naukowców] szuka drogi do wycofania się z twarzą [z promowania lęku przed efektem cieplarnianym], tak aby nie zrujnować swoich naukowych karier?. Ostatni z raportów IPCC z 2007 r. odważyło się podpisać tylko? 52 naukowców.
?Ziemia ochładza się od 1998 r., w przeciwieństwie od prognoz IPCC. (?) Globalne temperatury dla 2007 r. były najchłodniejsze zarówno od dekady, jak i stu lat. (?) dlatego globalne ocieplenie, nazywane jest zmianą klimatu? ? ironizuje klimatolog Richard Keen z Uniwersytetu z Kolorado.

Read more »

Monday, March 02, 2009

Publicystyka we Wprost

Wkrótce publiczną, powszechnie dziś dostępną TVP będziemy mogli oglądać wyłącznie za pomocą dekoderów Cyfrowego Polsatu albo platformy ?n" należącej do TVN.

Stanie się tak, jeśli rząd nie zmieni założeń planu cyfryzacji telewizji, który zaczął realizować. Po kilku latach nicnierobienia powołano pełnomocnika rządu ds. cyfryzacji i rozpoczęto opracowywanie strategii zastąpienia telewizji analogowej przez cyfrową. Mamy na to czas do 2015 r., choć Komisja Europejska sugeruje, abyśmy zakończyli ów proces przynajmniej trzy lata wcześniej. Nie chodzi jednak wyłącznie o to, by zdążyć na czas - z czym i tak będzie problem - lecz by zrobić to z głową. Rząd na koszt podatników chce zbudować naziemną telewizję cyfrową, dużo mniej opłacalną niż satelitarna.

Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika.
Read more »